Zobaczyć Italię i umrzeć z głodu

Redakcja
Wychudły, zziębnięty, z rozedrganymi rękami... Właśnie tak wyglądał chrzanowianin Adam P. po 34-dniowym pobycie na włoskiej ziemi obiecanej. Krewni i znajomi nie mogli go rozpoznać. Musiał się leczyć u specjalistów. Szpital, wizyty u neurologa... Do dziś z trudem opowiada o tym, co go spotkało w Mondragone.

Maria z Chrzanowa miesiącami szukała polskich pośredników, którzy “zatrudnili" we Włoszech jej męża. Wszystkie ich dane okazały się fałszywe

   Chciał jakoś zarobić na utrzymanie rodziny. Ponieważ w Chrzanowie i okolicach nie było dlań żadnej posady, pomyślał o wyjeździe za granicę. Już raz był we Włoszech, w Neapolu, zarabiał 17 euro dziennie. Przez 3 miesiące ciężko pracował, by przywieźć do kraju trochę grosza. Pieniądze jednak szybko się skończyły. Postanowił więc wyjechać ponownie.
   W dwutygodniku ogłoszeniowym "Rynek" przeczytał o intratnej pracy magazyniera - także we Włoszech. Zadzwonił pod podany numer. Okazało się, że jest robota i to dobrze płatna. Miał zarabiać dwukrotnie więcej, niż poprzednio - 35 euro dziennie.
   - Nie było się nad czym zastanawiać - wspomina - Specjalny minibus, zajmujący się przewozem pracowników z Polski do Włoch, zabrał mnie z placu św. Andrzeja w Katowicach. Po przyjeździe do Mondragone miałem skontaktować się z kobietą o imieniu Beata. Podczas rozmowy obiecała mi, że otrzymam pracę, ale najpierw muszę zapłacić jej 180 euro. Dałem jej te pieniądze, mimo to przez kolejne kilka dni pracy nie miałem. Cały czas musiałem utrzymywać się ze swoich oszczędności. Jedyne, co otrzymywali pracownicy, to talerz makaronu dziennie...
   Po prawie tygodniu i licznych naciskach Beata załatwiła Adamowi pracę. Razem z innym Polakami miał pomagać przy budowie domku letniskowego u włoskiego policjanta. Okazało się, że posada magazyniera, na którą liczył, jest już nieaktualna. Wspólnie z innymi robotnikami zamieszkali we wskazanym przez pracodawcę domku na plaży. Pracowali codziennie od rana do nocy, zamiast obiecanych przed wyjazdem 35 euro, otrzymywali od policjanta zaledwie 15. Za nocleg też musieli się odwdzięczyć wykonując kolejnemu Włochowi podmurówkę domu.
   - Niestety, praca szybko się skończyła. Poszedłem więc z powrotem do Beaty z prośbą o kolejne zlecenie. Powiedziała, że załatwi mi pracę, ale za dopłatą 70 euro. Nie miałem innego wyjścia, zapłaciłem z pieniędzy, które zarobiłem u policjanta. Znów miałem co robić, ale tylko na kilka dni - wspomina chrzanowianin. - Gdy praca się skończyła, poszedłem z powrotem do pośredniczki, ale ta kazała mi czekać w domku na plaży. Gdy tam wróciłem, okazało się, że na bramie wejściowej ktoś zawiesił kłódki, a nasze bagaże zostały wyrzucone na zewnątrz. Przez następne kilkadziesiąt dni, aż do powrotu do domu, spałem na plaży - bez jedzenia, pieniędzy. Nie mogłem zadzwonić do domu, bo nie miałem karty. Przez miesiąc moja żona w ogóle nie wiedziała, co się ze mną dzieje.
O bułce i serku
   Kilkadziesiąt kolejnych dni Adam spędził na plaży. Wegetował na resztkach pieniędzy. Beata ciągle prosiła o cierpliwość obiecując pracę. Bez efektów. Mężczyzna nie miał środków, by wrócić do kraju na własną rękę. Zgodnie z umową - 180 euro, które wpłacił po przyjeździe, miało wystarczyć na powrót w wyznaczonym terminie.
   - Pieniądze wystarczały tylko na jeden serek i bułkę dziennie. To było naprawdę straszne, w dzień o tej porze roku we Włoszech jest ciepło, ale noce są naprawdę zimne. W obcym kraju, bez środków do życia, nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Wspólnie z innymi oszukanymi pracownikami ulokowaliśmy się w baraku po starej restauracji. Codziennie chodziłem do Beaty pytać o pracę, ale bezskutecznie. Po 34 dniach uprosiłem kierowcę busa jadącego do Polski, by mnie zabrał.
   Po powrocie do kraju był w tragicznym stanie. Wycieńczony, bez pieniędzy, zamknięty w sobie. Jego żona nie mogła go poznać. Trzęsły mu się ręce, stał się bardziej nerwowy. Trafił do szpitala, leczył się u neurologa. Przez długi czas w ogóle nie chciał mówić, co go spotkało.
Żona detektyw
   - Od wyjazdu męża praktycznie nie miałam z nim z żadnego kontaktu - opowiada zdenerwowana żona Adama - Nie dzwonił, nie dawał żadnego znaku życia. Zaczęłam się martwić. Zadzwoniłam na komórkę Beaty. Cały czas uspokajała mnie, że Adam mieszka u niej, ale pracuje. Gdy prosiłam, by podała go do telefonu, nagle się rozłączała, a potem telefon milczał przez noc i następne dni.
   Zaalarmowała policję, kupiła kilkanaście kart telefonicznych i dzwoniła codziennie, by się czegoś dowiedzieć. Kontaktowała się z polską ambasadą we Włoszech. Bez efektów.
   Pierwszą informację o miejscu pobytu Adama (i o tym, że w ogóle żyje) uzyskała dopiero od kierowcy minibusa, który go przywiózł do Polski. Kierowca ów zadzwonił do niej i zażądał 400 zł za przejazd męża. - Tym razem nie dałam się naciągnąć - wspomina kobieta. Wezwała policję. Po sprawdzeniu dokumentów kierowcy okazało się, że wcześniej podał nieprawdziwe dane osobowe. - Nie można mu było jednak nic zrobić. Przecież to był tylko kierowca, który przewoził ludzi - mówi jeden z policjantów.
   Także sprawdzanie numerów kontaktowych do osób, które obiecywały Adamowi pracę, nie przyniosło efektu. Większość pośredników słysząc o zamieszaniu, jakie zrobiła żona Adama, zmieniła numery komórek. Ustalenie ich właścicieli też okazało się niemożliwe, bo były to bez wyjątku telefony na kartę.
   - Na własną rękę udało mi się ustalić, że personalia wszystkich osób, z którymi kontaktował się mąż, by wyjechać, były fałszywe - opowiada Maria - Próbowałam dzwonić pod podane numery, ale aparaty były wyłączone. Raz jedynie udało mi się połączyć z inna pośredniczką, która także załatwiała pracę we Włoszech i oszukała ponoć jedną z mieszkanek Chrzanowa. Miałam powiedzieć, że w związku problemami rodzinnymi potrzebuję szybko wyjechać. Chciałam się z nią umówić w jakimś miejscu, dzięki czemu policja mogłaby ją zatrzymać, a może i dojść do innych osób zamieszanych w ten interes. Niestety, nim zdążyłam powiedzieć, o co mi chodzi, kobiecie rozładowała się komórka. Potem ten telefon był już ciągle wyłączony.
   Również reporterka "Dziennika" próbowała się kontaktować z osobami oferującymi pracę za granicą. Numery podane w ogłoszeniu, które przeczytał Adam, cały czas jednak milczą.
Wendetta naciągaczy?
   Polski konsul obiecał Marii, że jeżeli przyjedzie do Włoch, by wskazać podejrzane osoby, tamtejsza policja zajmie się tą sprawą. Anna chce to zrobić. Czy się nie boi?
   - Ktoś musi wreszcie zrobić porządek z naciągaczami, którzy oszukują rodaków - podkreśla - Poza tym mam na utrzymani dwójkę dzieci i chcę też popracować.
   Jedzie do zaprzyjaźnionej pośredniczki, u której już pracowała. - Tutejsza policja wie, gdzie będę. Nic mi się nie stanie - dodaje.
   Adam, po swych przejściach w Italii, jest jednak pesymistą. Sam nie chce na razie nigdzie wyjeżdżać. Zresztą, gdy zadzwonił do jednego ze znajomych we Włoszech, ten powiedział mu, że nie ma tam czego szukać. - Ci, którzy załatwili mi ostatni wyjazd, grożą, że jeżeli przyjadę jeszcze do Włoch, to już stamtąd nie wrócę - twierdzi P. Ponoć wszystko przez to, że Maria zrobiła za dużo zamieszania. By móc sprowadzić ludzi nawet do sezonowej pracy, pośrednicy muszą załatwić obcokrajowcom wizy. Po incydencie z Adamem i śledztwie jego żony, minibusy z Polski zaczęły być podobno o wiele wnikliwej kontrolowane...
Bezsilna Temida?
   Choć małżeństwo P. zawiadomiło o oszustwie chrzanowską policję i prokuraturę, wydaje się, że finałem całej sprawy będzie jej... umorzenie. Właśnie to słowo pada najczęściej w nieoficjalnych rozmowach z osobami znającymi sprawę. Dlaczego? Wszyscy pośrednicy zaangażowani w załatwianiu pracy za granicą podali Adamowi fałszywe dane. Telefony komórkowe, pod którymi mieli być uchwytni, zostały wyłączone. Niewielu poszkodowanych zdecydowało się też zgłosić na policję.
   - Choć nieoficjalnie mówi się tylko na naszym terenie o kilkudziesięciu, a nawet kilkuset tego typu oszustwach, na razie otrzymaliśmy jedynie dwa oficjalne zgłoszenia od osób, które czują się oszukane - wyjaśnia nadkom. Marek Kuchta, naczelnik referatu do walki z przestępczością gospodarczą komendy powiatowej w Chrzanowie. - Z relacji poszkodowanych wiemy, że podobnych przypadków może być jeszcze wiele, ale inni być może wstydzą się do nas zgłosić, albo z innych powodów nie chcą ruszać sprawy.
   Bez ich zeznań, telefonów, kontaktów policja niewiele może zrobić. Wszystko wskazuje na to, że bezsilna jest także prokuratura.
   - Złożyłam zawiadomienie do Prokuratury Rejonowej w Chrzanowie, która skierowała sprawę do Katowic, gdyż mąż wyjeżdżał właśnie stamtąd. Potem dokumenty wędrowały z jednej prokuratury do drugiej, aż wylądowały w Prokuraturze Okręgowej, która ostatecznie... odesłała je z powrotem do Chrzanowa. Tutejsza prokuratura ma się zająć sprawą, po zebraniu materiałów dowodowych przez policję - mówi Maria P.
Ostrzeżenie
   Adam zapłacił bardzo wysoką cenę za możliwość pracy we Włoszech. I nie chodzi tu tylko o 2 tys. zł, które stracił, ale o jego zdrowie i psychikę, którą wydarzenia z Mondragone mocno nadszarpnęły. Opowiada o tym wszystkim "Dziennikowi", by przestrzec innych Polaków przed tego typu wyjazdami. Teraz, gdy zbliżają się wakacje, ofert pracy sezonowej za granicą będzie coraz więcej. Nie wszyscy zdają sobie jednak sprawę, że wiele z nich może pochodzić od zwykłych oszustów. Kto się skusi - skończy tak, jak Adam. A ukaranie winnych może się okazać niemożliwe.
   Specjaliści z biur zatrudnienia radzą wszystkim amatorom pracy za granicą, by sprawdzali dokładnie personalia osób oferujących im pracę i spisywali ich dane osobowe z dokumentów. Należy też żądać pisemnych umów oraz pokwitowań przy każdej wpłacie pieniędzy. Pozbawieni pracy w kraju ludzie są często tak zdeterminowani, że nie bardzo zawracają sobie głowę formalnościami i ślepo ufają swoim "zbawcom". Przypadek Adama i wielu innych, o których coraz głośniej w polskich mediach, świadczy o tym, że ufać nie warto. Naiwność zdesperowanych rodaków wykorzystują już nie tylko szeregowi oszuści, ale - coraz częściej - zorganizowane grupy przestępcze. Rośnie ryzyko wyjeżdżających kobiet - bywa, że zamiast do sezonowej zbiórki owoców, pozbawione dokumentów i pieniędzy, trafiają do domów publicznych.
   Adam P. do dziś nie wie, co się stało z jednym z jego współtowarzyszy. 7 dni przed wyjazdem Adama zniknął bez śladu, zostawiając na miejscu dokumenty i bagaże...
Eliza Jarguz

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie