reklama

Zwycięstwo albo śmierć

Redakcja
Na tamtą stronę gór, do Czeczenii, prowadzą tysiące ścieżek. Rosjanom nigdy nie uda się ich opanować i zamknąć. Wczoraj przyszło stamtąd dwóch ludzi. Czeczeniec, zwiadowca od Gełajewa, i potężny Gruzin, przewodnik. Szli dwa tygodnie, miejscami - po pas w śniegu. Spóźnili się o kilka dni i bojownicy zaczęli się już niepokoić. W końcu zjawili się i przynieśli wieść: górskie przełęcze otworzą się w końcu czerwca. Czeczeńcy przez całą noc ślęczeli nad mapami. Wszyscy rwą się do walki. Liczą godziny, jakie ich dzielą od dnia, kiedy góry staną przed nimi otworem.

Mirosław Kuleba

Na tamtą stronę gór, do Czeczenii, prowadzą tysiące ścieżek. Rosjanom nigdy nie uda się ich opanować i zamknąć.

Wczoraj przyszło stamtąd dwóch ludzi. Czeczeniec, zwiadowca od Gełajewa, i potężny Gruzin, przewodnik. Szli dwa tygodnie, miejscami - po pas w śniegu. Spóźnili się o kilka dni i bojownicy zaczęli się już niepokoić. W końcu zjawili się i przynieśli wieść: górskie przełęcze otworzą się w końcu czerwca. Czeczeńcy przez całą noc ślęczeli nad mapami. Wszyscy rwą się do walki. Liczą godziny, jakie ich dzielą od dnia, kiedy góry staną przed nimi otworem.
 Dzisiaj o świcie wyrusza w góry niewielki patrol zwiadowców, który ma rozplanować położenie baz i biwaków. Trzeba wytyczyć trasę przemarszu dla większych oddziałów, rozpoznać położenie pól minowych, założyć składy z żywnością, amunicją i sprzętem. To ciężka praca, bo wszystkie ładunki bojownicy muszą przenosić na własnych plecach.
 Zwiadowcy zabierają tylko broń, zapas amunicji i żywność. Lekka odzież, na nogach sportowe obuwie. W plecakach przeciwdeszczowe poncha z demobilu amerykańskiej armii. Właściwie nie ma na czym oka zawiesić; mundury skromne, najzwyklejsze wyposażenie - niewielkie noże, rosyjskie manierki i menażki. Tylko Chasan przytroczył do pasa sztylet, którego rękojeść zdobi rozdziawiona paszcza wilka.
 Bojownicy odziani i wyposażeni wedle najnowszej mody, paradujący na co dzień w mundurach i butach z goreteksu i obowiązkowo w przeciwsłonecznych okularach, nie chodzą na zwiad. Ich żywioł - to reklama. Pojawił się jednak pewien dylemat, nie znany wcześniej: jak reklamować wojnę i siebie, skoro nie można pozwolić dziennikarzowi na zrobienie fotografii? Bojownicy nie chcą dzisiaj żadnych zdjęć. Nie wolno pokazywać twarzy, ani podać nazwiska. Kto tego nie przestrzega, natychmiast staje się zwierzyną ściganą przez rosyjskie gestapo - Federalną Służbę Bezpieczeństwa. Nic sobie z tego nie robią tylko ci, którzy od dawna są już ścigani. I ci, którzy postanowili walczyć na życie i śmierć, i mają przed sobą tylko jeden wybór: zwycięstwo albo raj dla szahidów.
 - Z pomocą Wielkiego Allaha wrócimy i wyzwolimy Czeczenię - mówi Chasan, zarzucając na ramię snajperski karabin Dragunowa. - Allahu akbar!

Potomkowie Noego

 Uczuciem, które zagościło dzisiaj w sercach mudżahedinów, jest zakłopotanie. Czeczenowi trudno przyznać się do błędu. Jeszcze trudniej - do własnej niedoskonałości. Na to można sobie pozwolić tylko przed Allahem, Najwyższym Stwórcą: On przecież wszystko widzi, a stworzył nas wedle swojego upodobania. Przeciwko Jego wyrokom nie można się buntować. Ale tylko przed Nim, jedynym, Czeczeniec staje z pokorą. Nie zna tego uczucia wobec żadnego z ludzi.
 Wśród bliźnich nie ma człowieka bardziej niezależnego, pewnego siebie i utwierdzonego we własnej wyjątkowości niż Czeczen. Swój rodowód wywodzi wprost od biblijnego Noego, którego Arkę wody potopu przyniosły na szczyt Araratu; po czeczeńsku Noe to Nuch, a Czeczeńcy to jego potomkowie - Nochczi. Czy jakikolwiek inny naród na Ziemi może poszczycić się równie odległym rodowodem?
 Przeciętny Czeczen zna z imienia czternaście pokoleń swoich przodków. Drzewo genealogiczne wyrysowane jest na karcie rodzinnego Koranu lub tylko w pamięci. Świadczą o nim kamienie na rodowych cmentarzach. Zmarłego chowa się obok aułu, z którego wywodzi się ród. Czasem trzeba zwłoki transportować z odległych miejsc, a nawet krajów, bywa, że z Moskwy czy Dalekiego Wschodu. Z wygnania do Kazachstanu Czeczeńcy przywieźli tylko walizki ze szczątkami zmarłych na obczyźnie. Owinięte białym całunem i okryte kobiercem ciało krewni niosą na ramionach aż na pradawny cmentarz, gdzie spotykają się wszyscy patriarchowie rodu. Czyż mogą więc Czeczeńcy nie odczuwać dumy z tego obyczaju i odwiecznego dziedzictwa, kiedy stykają się z barbarzyńcami nie znającymi swych ojców?

Czas apokalipsy

 Pewien czeczeński bojownik ze zgrozą powiedział mi o przepowiedni, jaką słyszał od swoich dziadów: w Rosji nastanie czas, kiedy syn będzie zabijać ojca. Dla Czeczenów to jedna z największych zbrodni - siwe włosy starca czynią go godnym najwyższego szacunku, tak jak ukryte pod chustką długie włosy kobiety zapewniają jej nietykalność, a kędziorki na głowie dziecka nadają mu niemal aurę świętości. Czeczeńcy mówią, że dzieci to maleńkie anioły.
 - Dlaczego syn będzie zabijać ojca? - zapytałem, nagle zdjęty tą samą grozą, jaka trwożyła mojego rozmówcę.
 - Bo nie będzie go znać. W Rosji rodzą się dzieci, które nie znają swoich rodziców. Wychowują się w sierocińcach. Kiedy przyjdzie wojna, a te dzieci zostaną żołnierzami, będą mordować swoich nieznanych ojców i matki. Tak jak to robią rosyjscy żołnierze z Rosjanami, ciągle jeszcze mieszkającymi w Groznym.
 Przypomniałem sobie jego słowa, kiedy prezydentem Rosji został Władimir Putin. Rosyjski prezydent, który właściwie powinien nazywać się Władimir Płatonowicz Priwałow, wyrzekł się nie tylko ojca, ale i matki, żyjącej do dzisiaj w gruzińskiej wiosce Metechi. Powiedział, że jego ojcem i matką jest KGB. Właściwy prezydent dla Rosji czasów apokalipsy.

Długie ręce Rosji

 - Teraz w Czeczenii toczy się wojna minerska - mówi Zaindi z Tums Borzoja. - To najstraszniejsza wojna. Umierasz, nie widząc wroga.
 Kiedy Zaindi mówi o umieraniu, brzmi to tak, jakby opowiadał o najzwyklejszej sprawie. A przecież to piękny mężczyzna z twarzą filmowego amanta, o włosach i wąsie wysrebrzonych przedwczesną siwizną. Jest zapaśnikiem, mistrzem, w wolnych chwilach staje na rękach i w tej pozycji robi kilkadziesiąt pompek. Nigdy nie ćwiczył na siłowni - trening atlety przeszkadza w rozwoju mięśni potrzebnych do walki na macie. Jest jednak coś, co sprawia, że w jego ustach słowa o umieraniu brzmią złowieszczo i co budzi nieuświadomioną grozę. To oczy Zaindiego, jasne, błękitne i czyste. Oczy, które połyskują zimno, kiedy mówi o zadawaniu śmierci.
 Zaindi szczyci się tym, że nigdy nie wziął od swojej republiki nawet jednego rubla. Przeciwnie - za jego sprawą do ojczyzny płynął strumień dolarów, ludzie znajdowali pracę. Tuż przed wybuchem wojny chciał stworzyć w centrum Groznego lunapark dla czeczeńskich dzieci i ich młodych matek. Otrzymał już od władz miasta teren. Wiedział, że nie może na tym zarobić. A jak zarabiał? Sprawiał, że czeczeńscy biznesmeni prowadzący w Rosji interesy mogli spokojnie pracować. Do nikogo nie strzelał - wystarczyło, że się pojawiał gdzie trzeba, patrzył jasnymi oczami i mówił, że nikomu nie pozwoli ze sobą żartować. Nigdy też nikomu nie mówił, ile kosztuje jego przyjaźń. Biznesmeni płacili tyle, na ile cenili sobie swój bezpieczny sen.
 Dzisiaj też wierzę we wszystko, co Zaindi przepowiada Rosji. Wiem, że jeśli będzie trzeba, on pierwszy zrobi to, o czym mówi. Że w jego oczach zobaczę pożogę, płomień rosyjskiego Armageddonu.
 - Jeśli w Czeczenii nie osiągniemy oczekiwanych rezultatów, powiedzmy - stu mudżahedinów o słowiańskiej powierzchowności, a takich mamy wielu, pójdzie zakładać bomby w stu rosyjskich miastach. Nie jak ci idioci, którzy wysadzają domy handlowe w kraju Basków czy Irlandii. My będziemy niszczyć obiekty strategiczne, zakłady przemysłowe, wojskowe, lotniska. I na Rosję padnie taki strach, jakiego jeszcze nie zaznała w historii. I nie potrzebujemy heksogenu, jak Putin, ani plastyku, trotylu czy dynamitu. Wystarczy worek zwykłego nawozu sztucznego i trochę oleju napędowego. A inaczej jak mamy walczyć? Patrz, stoimy teraz u podnóża góry. Jeśli ja jestem na tej górze, a ty tutaj, to obaj widzimy się nawzajem. Ty wiesz, że ja tam jestem. A kiedy wiesz, gdzie jest wróg, to taki wróg jest niestraszny. Straszny jest ten, który pozostaje nieznany. Ty siedzisz tutaj i ja ci nie mogę nic zrobić, bo jesteś za daleko. A ty mi możesz, bo masz takie środki. Rosja powiedziała - w ringu zwycięża ten, kto ma ręce dłuższe. A Rosja ma długie ręce.

Najważniejsze słowa

 Jednym z tych, którzy stworzyli armii federalnej podziemny minerski front, jest Muslim z Aczchoj-Martana. Niedawno powrócił z Groznego, gdzie z grupą dywersyjną przez kilka miesięcy minował drogi. Bojownicy zniszczyli w tym czasie kilkadzisiąt rosyjskich pojazdów, zwykłych ciężarówek i transporterów opancerzonych. Muslim nie wie, ilu rosyjskich żołnierzy zginęło na tych minach. Mogło ich być kilkudziesięciu, mogło być więcej.
 - Działaliśmy nocą, zakładaliśmy miny i fugasy\*, a dzień spędzaliśmy w ukryciu, w ruinach domów. Karmili nas ludzie. Wszystko, co potrzebne do wojny minerskiej, można kupić od samych Rosjan, ale my mamy własne składy. Kiedyś natknęliśmy się na inną grupę, o której nic nie wiedzieliśmy. Dzielnica Fabryczna to był nasz rejon, Gełajewa, a tu - spotykamy mudżahedinów. Przysłał ich inny dowódca, albo sami przyszli.
 - Ten, który raz tego zakosztuje, samodzielnie zniszczy czołg albo transporter, już się nie uspokoi - dodaje Zaindi. - Już będzie myśleć o następnym. To jest jak narkotyk.
 Muslim dobrze poznał tę euforię, chociaż nie lubi o tym mówić. On też czeka na rozkaz wymarszu. Przed wojną zajmował się biznesem na dużą skalę, handlował w Rosji metalami kolorowymi. Pół miliona dolarów, które zdążył zarobić, poszło na wojnę. Wyposażył i uzbroił własny oddział, w którym walczą chłopcy z jego wioski.
 - Jestem szczęśliwy, że przyszło mi żyć w takich trudnych dla mojej ojczyzny czasach i że Allah pozwolił mi wziąć udział w tej wojnie - mówi, jakby zawstydzony, że w rozmowie ze mną używa wielkich słów. Ale obaj wiemy, że to najważniejsze słowa o tym, co najważniejsze.

Żelazna zasada

 Wierny odwiecznym zasadom ciążącym na rycerzu, Czeczeniec nigdy się nie wywyższa - gdyż skromność to ważna rycerska cnota. Przyszedł jednak czas, kiedy Czeczeni zapomnieli o żelaznych zasadach swojej etykiety. Allah ofiarował im wielkie zwycięstwo, które wbiło mudżahedinów w bezbrzeżną, nieokiełznaną dumę. Oślepieni blaskiem historycznej victorii, Czeczeńcy stracili z oczu swój ziemski horyzont, miarę wszystkich rzeczy doczesnych i nietrwałych. Pycha zagościła w sercach mudżahedinów. I wtedy przestali być ukochanymi dziećmi Allaha.
 To dlatego Allah zesłał im dzisiaj nową wojnę, w której wygubił połowę czeczeńskiej armii. Aby opamiętali się ci, których pozostawił przy życiu. I dlatego dzisiaj moi czeczeńscy przyjaciele, którym dane było przetrwać okrutną lekcję, patrzą na mnie niepewnie, z poczuciem winy i zakłopotaniem. Nie, nie czują się gorsi niż wtedy, przed pięcioma laty, kiedy świętowali wielkie zwycięstwo nad Rosją. Nie czują się przegrani - wojna jeszcze trwa i będzie się toczyć aż do zwycięstwa. Czują się nawet lepsi niż wtedy - oczyszczeni, mądrzejsi, doskonalsi.
 Tylko że pojawiło się u nich coś nowego: ta niespodziewana konfuzja, spowodowana tym, że na krótką chwilę utracili miłość Allaha.
 - Allah nam nie pomógł, bo zabrakło wśród nas zgody - potwierdza z pokorą "Duszman", obrońca Groznego. Z jego 300-osobowego oddziału 80 bojowników poległo. - Zlekceważyliśmy Rosjan, oni szykowali się do wojny, a my się kłóciliśmy. W tej wojnie było więcej ludzi, broni i dużo więcej pieniędzy, ale nie było zwycięstwa.

Strategiczny błąd Czeczeńców

 Rosjanie wyciągnęli wnioski z poprzedniej wojny w Czeczenii i zastosowali nową taktykę prowadzenia walk. Była prosta jak zasada cepa bojowego: piechota stała w bezpiecznej odległości, a przez pozycje czeczeńskie przewalał się ogniowy walec artylerii i lotnictwa. Krok po kroku, wypalając przed sobą pas ziemi, machina posuwała się do przodu. Czeczeńcy nie mieli wyboru - musieli się cofać, bo nie było z kim walczyć. Artyleria strzelała z odległości wielu kilometrów, a piechoty nie można było dosięgnąć z broni strzeleckiej. W tej sytuacji postanowiono wciągnąć wojska federalne do walk pozycyjnych w Groznym.
 - To był błąd - uważa "Duszman". - Wszyscy dowódcy i nasze główne siły znalazły się w mieście, a powinniśmy umacniać się w górach.
 Bojownicy zbiegli się do Groznego z całej republiki, licząc na łatwy łup. Jeszcze żywa jest pamięć o rzezi rosyjskich czołgów w Groznym, w noworoczną noc 1995 r. Tymczasem - i tutaj Rosjanie zmienili taktykę. Zamiast szturmować miasto czołgami, wysłali do boju piechotę. "Duszman" odpierał ataki w osiedlu Miczurina, gdzie toczyły się najcięższe boje.
 - Pojazdy pancerne szły tym razem za piechotą. Znam tę taktykę z Afganistanu. Kiedy odrzucaliśmy piechotę, zaczynała pracować artyleria. Musieliśmy się wycofywać, bo wszystko leżało w gruzach, chociaż z piechotą walczyliśmy do końca, pięciu naszych ludzi powstrzymywało całą kompanię. Rosjanie rzucili do Groznego elitarne wojska, specnaz, spadochroniarzy. Mieli bardzo duże straty, tylko w osiedlu Miczurina tracili każdego dnia co najmniej stu ludzi i pięć - sześć pojazdów pancernych. Starali się nie zostawiać zabitych, żeby zabrać trupa, czasem kładli jeszcze kilku ludzi. Zwłoki ściągali z pola siatkami do obezwładniania przestępców, pojazdy ewakuowali za zasłoną dymną. Znajdowaliśmy się jednak od listopada do końca stycznia w pełnej blokadzie, nie było rezerw i amunicji. Z powodów strategicznych trzeba było miasto zostawić.

Rosyjska ruletka

 Obszary górskie Rosjanie opanowali za pomocą desantów śmigłowcowych, wysadzanych na każdym szczycie po kolei. Nie opuścili żadnego ze szczytów, gdyż w ten sposób pozbawiliby się możliwości dostępu do kolejnego. Czeczeńska armia była zbyt nieliczna, aby obsadzić pozycje na każdej górze. W ten sposób federałowie doszli aż do Szatoja i wyparli bojowników z gór na równiny, gdzie zastawili na nich pułapkę w Komsomolskoje.
 Inny nowy wynalazek taktyczny Rosjanie nazwali "powszechnym minowaniem". Zastosowali na wielką skalę minowanie narzutowe z powietrza, rozrzucając ze śmigłowców, samolotów i rakiet ogromne ilości niewielkich min przeciwpiechotnych. Pokryły czeczeńskie góry jak śmiercionośny grad. Piechota wyrąbywała leśne masywy i minowała najmniejsze ścieżki.
 Uzupełnieniem "powszechnego minowania" stał się "ogień nękający" artylerii. Polega na tym, że od czasu do czasu artylerzyści strzelają na chybił-trafił, gdziekolwiek: w las, drogę, wioskę, dom. W opinii rosyjskiego dowództwa, taki ogień ma niepokoić bojowników. W rzeczywistości jest zbrodniczym terrorem skierowanym przeciwko ludności cywilnej, której zafundowano nowy rodzaj rosyjskiej ruletki.
 Z czasem wojska federalne spróbowały walczyć z bojownikami przy pomocy niewielkich grup zwiadowców. Było to w istocie przyjęcie taktyki stosowanej od początku przez Czeczeńców. Sposób ten niekiedy rzeczywiście przynosił sukces, zwiadowcom udało się nawet zaskoczyć i zlikwidować kilku znanych czeczeńskich dowódców. Mudżahedini zwiększyli jednak czujność i kiedy grupy zwiadowców zaczęły przepadać bez śladu, chętnych do takich akcji zaczęło w rosyjskich szeregach brakować.

Ocalić naród

 Na Kaukazie mówi się, że warto mieć w życiu cztery dobre rzeczy: dagestańską klingę, kabardyjskiego konia, osetyńską narzeczoną i przyjaciela - Czeczeńca. Ale też wszyscy wiedzą, że nia ma bardziej zaciętego wroga, niż Czeczeniec. Nigdy nie zapomina zniewagi. I nie ma, niż Czeczen, twardszego człowieka. Na Kaukazie ludzie modlą się do Allaha, aby odwrócił od nich nieszczęście i zesłał je na głowy Czeczeńców. Bo tylko oni potrafią je unieść.
 A jednocześnie - sami Czeczeńcy widzą swoje fundamentalne, niezniszczalne wady: anarchię, egoizm, egocentryzm. "Nie ma lepszego człowieka niż dobry Czeczen, i straszniejszego niż zły" - powiedział mi kiedyś akademik i dowódca Daud Achmadow, a jego słowa potwierdza plejada czeczeńskich zdrajców, sprzedawczyków i morderców: Zawgajew, Gantemirow, Denijew, Kadyrow i legion im podobnych. Tysiące rosyjskich agentów, rozkładających społeczność jak gnilne bakterie. Ich zbrodnie - wymordowanie lekarzy w szpitalu Czerwonego Krzyża, obcinanie głów cudzoziemcom, porwania, skrytobójcze mordy dziennikarzy. Czeczeni potrafili wygrać wojnę nie do wygrania, a przegrali pokój. Trzy lata antraktu między wojnami z Rosją to czas rozkładu państwa - takiego, jakie zdołał wyrwać z sowieckiego archipelagu Dudajew.
 - Mówiłem, że nie trzeba odbudowywać Groznego, usuwać ruin, asfaltować ulic, nie trzeba fontanny na miejscu Pałacu Prezydenckiego - mówi dzisiaj z gniewem Mansur, nauczyciel z Urus-Martana, wychowawca generała Musy Bakajewa, jego syna Alisana i setek innych mudżahedinów. - Niech to zostanie jako świadectwo rosyjskiego barbarzyństwa, jak ruiny Kartaginy. Mówiłem - trzeba zbierać nabój do naboju. Nowodworska\\ ostrzegała z Moskwy - nie myślcie, że Rosja zostawi was w spokoju. A oni zaczęli budować sieć sklepików i pałaców.
 Tak, widziałem te pałace. Mowładi Udugow, szara eminencja kolejnych czeczeńskich rządów, wybudował rezydencję dla każdej z czterech żon. Pytałem o to, zdumiony, towarzyszy broni dowódców, u których nagle pojawiły się wielkie pieniądze. "Oni na to zasłużyli" - odpowiadali bojownicy. Sami musieli sprzedawać własną broń, żeby kupić coś do jedzenia.
 - Straciliście trzy lata - jestem dla Mansura bez litości. - Szarpaliście się między sobą, a wszyscy byliście przeciwko Maschadowowi. Uważaliście go niemal za zdrajcę.
 - A co można było pomyśleć, kiedy człowiek wchodził do jakiegokolwiek ministerstwa, a tam siedzieli jawni zdrajcy? Trzeba ich było - i pokazuje ręką, jakby odcinał sobie głowę.
 - Maschadow nie chciał wojny domowej - oponuję. - Chciał budować państwo. Co miał zrobić z połową narodu?
 - Był za miękki! Oni wszyscy przesięgali, że już wszystko zrozumieli, ale ciągle mieli łączność z Moskwą. I kiedy dostali sygnał, że będzie nowa wojna, wszyscy pouciekali.
 Prezydent Maschadow pozostał. Walczy dzisiaj w górach, w okupowanej Czeczenii. "Uważałbym dla siebie za poniżające wszystko rzucić i uciec. Trzeba ratować naród" - powtarza z uporem.
 Rosjanie, swoim zwyczajem, wzięli jako zakładników braci prezydenta. Po dwóch miesiącach spędzonych w areszcie telewizja pokazała najstarszego z braci, Leczi, który od początku wojny leżał ranny w łóżku. Wezwał prezydenta do zaprzestania oporu. "Mój brat jest zakładnikiem u Rosjan i wszystko, co mówi, jest spowodowane naciskiem rosyjskich służb specjalnych - odrzekł prezydent. - Leczi Maschadow odpowiada tylko za siebie i za rodzinę Maschadowów, a ja, jako prezydent państwa czeczeńskiego odpowiadam za cały naród. - Czeczeński naród - to moja rodzina. Walczę, aby ją zachować. Gdybym przerwał opór, naraziłbym Czeczeńców na wieczne cierpienie, gdyż najwyższa wartość w naszym życiu to wolność i niepodległość. Czeczeńcy nigdy nie padną na kolana".
 Ten, który miał być rosyjskim agentem i zdrajcą, dał przykład dla następnych pokoleń. Czy tylko dla Czeczeńców? Przypomnijmy sobie, Polacy, marszałka Rydza-Śmigłego i zaleszczycką szosę.

Mesjanizm mudżahedinów

 Wojna z Rosja stała się dla całego narodu czeczeńskiego doświadczeniem ekstremalnym i ostatecznym. Zarówno dla kasty rycerzy, która jeszcze nigdy w historii nie stanęła wobec tak trudnego wyzwania, jak i sfory zdrajców, których upadek będzie budzić grozę pokoleń. Z jednej strony - przykłady heroizmu godnego bohaterów mitologii, z drugiej - najpodlejszych zbrodni. Wszystko w wymiarze uniwersalnym, co poraża nawet samych Rosjan. "Kaukaz przeżywa dzisiaj kolejny najazd mongolsko-tatarski - wołała w Moskwie Waleria Nowodworska. - Czeczeńskie przedszkola i szpitale położnicze rosyjscy Mongołowie niszczyli z ziemi i powietrza. Po to, by potomstwo tych śmiałych Czeczeńców nie wzięło odwetu na wnukach rosyjskich esesowców. Zrozumiałeś, Graczow\\\*, na co podniosłeś rękę? Na wieczność, na legendy, na baśnie narodu, na wszystkich bohaterów, jakich znała ludzkość. Czy zrozumiałyście, wszystkie narody, że powinnyście stać razem z żołnierzami Dudajewa, który przywrócił nasz trywialny świat w czasy antycznego heroizmu?".
 Czeczeńcy wierzą, że Allah złożył na ich barki mistyczne przesłanie: to oni, niespełna milionowy naród, mają zadać imperium śmiertelny cios.
 - Możemy się dzisiaj przyznać Rosji w naszym jedynym i najgroźniejszym akcie terrorystycznym przeciw niej - powiedział mi Wacha Ibragimow, pisarz i dziennikarz z karabinem. - Ten akt terroru to prezydent Putin! To my, Czeczeńcy, uczyniliśmy go prezydentem Rosji, a to oznacza, że całą resztę zrobi on sam.

\ \ \*

 Herbem wolnej Czeczenii-Iczkerii jest wilk, leżący na rozżarzonych węglach. Kiedy nastąpi koniec świata, zacznie dąć wielki wiatr, który zmiecie z Ziemi wszystko żywe, co stworzył Bóg. Czeczeński wilk stanie na skale i zwróci pysk ku wiatrowi zagłady. Wicher powoli zedrze z niego skórę, z kości spełzną mięśnie... Świat wokół zniknie w otchłani, tylko na nagim kamieniu będzie trwać biały szkielet wilka. Dopóki nie zniknie wszystko.

 \* fugas - mina sporządzona np. z pocisku artyleryjskiego lub bomby;
 \\ Waleria Nowodworska - rosyjska działaczka demokratycznej opozycji;
 \\\* gen. Paweł Graczow, rosyjski głównodowodzący w poprzedniej wojnie z Czeczenią

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3