"Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową"

Redakcja
Ten tytuł narobił sporo szumu, wyprzedzając premierę i wrażenia z filmu. Jeśli miałby być aforyzmem, to w wydaniu kolokwialnym, bo jest mało elegancki, brzmi żartobliwie czy wręcz prześmiewczo i zupełnie nie przystaje do powagi tematu, do poziomu kultury realizatorskiej i artystycznej, do wielkiej kreacji aktorskiej i do - pardon! - uroku osobistych manier reżysera. Krzysztof Zanussi broni jednak tego tytułu, że aczkolwiek "groteskowy, to ma w sobie duży ładunek tragizmu. Mój film dotyka tragicznego paradoksu życia, które jest przecież drogą do śmierci". Spełnił zresztą ów tytuł swoją funkcję reklamowej atrakcji i, wzięty wprost z ulicznego graffiti, wywołał zabawną dyskusję w prasie co do autorstwa tego zwrotu.

WŁADYSŁAW CYBULSKI

 20 minut trwa w "Życiu..." sekwencja wstępna, celowo zbijająca z tropu, bo przenosi nas we francuskie średniowiecze. Przyroda, wiejski pejzaż, dzieci przy ognisku - i od razu następuje kontrastowe zderzenie Dobra i Zła według manichejskiego systemu religijno-filozoficznego. Oto biało odziany mnich na białym osiołku i ciemny typ kradnący czarnego konia, w łachmanach, z nożem w ręku (ten nóż "zagra" jeszcze raz, w finale, jako chirurgiczny skalpel, podawany w prosektorium przez Jerzego Nasierowskiego!). Koniokrad skazany zostaje na egzekucję, lecz zakonnik wybroni go do czasu, gdy ten przygotuje się na swą śmierć i ją zaakceptuje. Jak tego dokona, przez nawrócenie?
 Kwestia odważnego przysposobienia się do świadomego umierania przenika cały film pod patronatem św. Bernarda, mistyka i rygorysty. Jego postać jest tutaj echem niegdysiejszego zamysłu Zanussiego, aby nakręcić we Francji film o tym założycielu opactwa cystersów w Clairvaux. W roli kościelnego konsultanta wystąpił teraz
- "z pewną taką nieśmiałością" czy niezbyt szczerym zakłopotaniem - Tadeusz Bradecki. Z aktorów bliskich Krakowowi zagrali też Jerzy Radziwiłowicz i bardzo "profesorski", jak trzeba, Aleksander Fabisiak, stanowczo za rzadko pokazujący się na ekranie. Krótko a wyraźnie zaprezentowały się Krystyna Janda i Teresa Marczewska. Przypomniały się Maria Klejdysz i Małgorzata Pritulak, a w sekundowym epizodzie jako kawiarniany gość z gazetą pojawił się sam Zanussi.
 Na popremierowej konferencji prasowej reżyser skonstatował, że obecnie w polskim kinie "daje o sobie znać młode pokolenie". Wymieńmy więc po nazwisku parę debiutantów z "Życia...": Monika Krzywkowska i Paweł Okraska. Ale oczywiście także spośród aktorów dojrzałych nikt nie jest zdolny dosięgnąć Zbigniewa Zapasiewicza, który w swojej sztuce "przekroczył barierę dźwięku". Gdybym jako widz miał być szczególnie wdzięczny Zanussiemu, to za to, że nie pozwolił odjąć kamery z twarzy Zapasiewicza co najmniej w takich momentach, jak przy darciu czeku, w rozmowie z żoną, w samotnej scence z załzawionymi oczami przy pustym stoliku, wreszcie w bólach agonalnych.
 Proszę zaobserwować, co dzieje się na twarzy Zbigniewa Zapasiewicza, co wyraża jego spojrzenie, grymas warg, intonacja głosu. O swoim aktorze z "Za ścianą", "Barw ochronnych" i "Uroku wszetecznego" reżyser mówi, iż jego talent określa rzadkie połączenie inteligencji i ekspresji. Dlatego też współpracujący z Zanussim od 20 lat znakomity operator Edward Kłosiński dobrze zrozumiał wskazówkę, aby "nie ścigać się" z Zapasiewiczem, zredukować środki, nie stosować dodatkowych efektów zdjęciowych. Nie narzuca się też muzyka Wojciecha Kilara. Kto wie właśnie, czy tego rodzaju szacunek - nie tylko wobec aktora i nie tylko w warstwie wizualnej, ale wobec całej problematyki - nie przydaje ciężaru gatunkowego "Życiu jako śmiertelnej chorobie...".
 A zarazem stwarza to pewien dystans z pozycji obserwatora, co trochę pomniejsza przykrość oglądania człowieka w chwilach jego bankructwa życiowego, cierpienia i umierania. Oto lekarz, z racji swego zawodu obecny przy zgonach pacjentów (a nawet je ułatwiający!), sam staje w upokarzającej go sytuacji przedmiotu, a nie podmiotu, wobec pytań o sens egzystencji, wobec konieczności rezygnacji z buntu i wobec poszukiwania nadziei w obliczu ostateczności. Rozpacz, lęk, godność, łaska wiary... - gama stanów świadomości i emocji, "temat" najmozolniejszej pracy duchowej i najtrudniejsze zadanie u schyłku swego losu.
 Gdyby jako widzowi wolno mi było zgłosić żale, Panie Krzysztofie, to dotyczyłyby one partii końcowej. Rozumiem, że para młodych wbudowana została instrumentalnie jako rekompensata za nieudane życie rodzinne bohatera. I rozumiem też, że erotyka jest "drogą płciową" najmocniejszym antidotum na wizję śmierci, ale montowanie na przemian widoku łóżka szpitalnego z tapczanem kochanków nie wydało mi się ani subtelne, ani sympatyczne. A już kwestię słowną "z zaświatów" w finale, choćby to było tylko urojenie studenta, można było zastąpić mniej szokującym wtrętem retrospektywnym. Bo to był szok negatywny, a nie katartyczny, a więc wpadający w kolizję ze śmiałością myśli i kulturą ujęcia całego zagadnienia w filmie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie