MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Życie (nie) jest bajką

Urszula Wolak
Urszula Wolak
Saoirse Ronan jako Ellis
Saoirse Ronan jako Ellis Fot. Archiwum
Lubię kino. Film „Brooklyn” wzbudził moją ciekawość od momentu, gdy otrzymał nominację do Oscara w kategorii „najlepszy film roku”. Zastanawiałam się, na jakie wyżyny sztuki filmowej wzbił się ten klasyczny melodramat, skoro Amerykańska Akademia Filmowa wyłowiła go z oceanu produkcji, jakie mogliśmy zobaczyć w kinach.

Okazało się, że pytania i wątpliwości, jakie mi towarzyszyły w drodze na seans, miały uzasadnienie. „Brooklyn” bowiem nie ma nic do zaoferowania poza klasyczną opowieścią o złamanym sercu pewnej Irlandki, która wyrusza do Ameryki w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku w poszukiwaniu lepszego życia. To kino, które zachwyci entuzjastów mody na retro - ot, urocza perełka filmowa o minionej epoce z zachwycającymi kostiumami i scenografią. Dla mnie jednak zbyt ładna, zbyt sentymentalna, tematycznie zbyt odległa od naszego „tu” i „teraz”.

Właściwie wszystko jest w tym filmie wiadome od samego początku. Młoda Ellis, typ brzydkiego kaczątka, opuszcza rodzinny dom w Irlandii i wyrusza statkiem do Stanów Zjednoczonych, gdzie ma nadzieję spełnić marzenia o lepszym życiu. Nowy ląd jest dla niej mityczną krainą mlekiem i miodem płynącą, gdzie ludziom żyje się po prostu lepiej. Film tylko to potwierdza. Jego twórcom nie zależało przecież na rozprawianiu się z mitem Ameryki, dlatego sen bohaterki spełnia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Żadnych kłód rzucanych jej pod nogi przez los tu nie uświadczymy. Ellis odczuwa tylko tęsknotę za domem, z której wyleczyć może ją tylko... miłość. Oczywiście od pierwszego wejrzenia. I jakby tego było mało - oczywiście do superprzystojnego włoskiego emigranta.

Liczba fabularnych klisz obecnych w „Brooklynie” w ramach jednej sekwencji wzrasta w zastraszającym tempie wraz z rozwojem akcji. Brzydkie kaczątko staje się pięknym łabędziem, inicjacja seksualna czyni z Ellis pewną siebie kobietę i wreszcie - prawdziwy dom jest tam, gdzie kwitnie prawdziwa miłość, która wszystko zniesie, wszystko przetrzyma. A to tylko kilka ze stereotypowych rozwiązań jakie w „Brooklynie” rozwijają twórcy.

Rozumiem, że cała Ameryka patrzy na Ellis jak w przysłowiowy obrazek. Dziewczyna uosabia bowiem bezkresną miłość do ich kraju skanalizowaną tu w uczuciu do przystojnego Włocha. Wiadomo przecież, że będą tu żyć długo i szczęśliwie... Czyżby?

Piękne, choć naiwne bajki wciąż potrafią uwieść nie tylko Hollywood.

„Brooklyn”, reż. John Crowley

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski