Życie zwielokrotnione

GO
Nasi dawni dziennikarze Michał Kowalski i Grzegorz Ostręga, którzy porzucili Podhale na kilka lat, by przebyć dwukrotny trawers Himalajów, piszą do nas z drogi.

Dziennik podróży Michała i Grzegorza

Grzegorz z McLeod Ganj:
Niezwykłe, jak wiele może się wydarzyć w tak niepozornym miejscu na ziemi. Niesamowite, ile znaczących przyjaźni można zawrzeć w tak krótkim czasie. McLeod Ganj dało mi więcej niż mogłem przypuszczać.
Co dokładnie Stasiuk miał na myśli pisząc słowa, które stanowią motto tego projektu, mogę się tylko domyślać. Wiem natomiast, że moje życie się zwielokrotniło. Stało się tak bujne, że przez każdy jego moment muszę się przedzierać jak przez dżunglę.
Pamiętacie Pera Evensena - postać z filmu "Loop" spędzającą lato w wieży obserwacyjnej pośrodku lasu - mówiącego: "to dziwne, ale rzeczy wymagają tutaj czasu"? Mam dokładnie takie samo wrażenie. Je den dzień spędzony wśród mieszkańców i gości klasztoru Zilnon Kagyelin Nyingmapa obfituje w więcej wydarzeń niż tydzień w wielkim, zachodnim mieście. Na wiele rzeczy zaczyna zwyczajnie brakować miejsca.
Przez ostatnich kilka dni tematem przewodnim było wesele. Jest to zresztą jeden z głównych powodów, dla których ciągle je stem tutaj, nie mogłem nie przyjąć zaproszenia. Wyobraźcie sobie tylko - niemiecko-tybetańskie wesele w Indiach!
Poranna ceremonia trwała kilka minut, wesele kilkanaście godzin. Jak za dawnych, dobrych czasów w Polsce, pod prowizorycznym namiotem ustawionym na dziedzińcu klasztoru, goście siedzieli przy suto zastawionych ławach - trzech kucharzy przez dwa dni pracowało nad przygotowaniem wszystkich tych cudów, a było to niezwykle skromne wesele - podczas gdy Jens i Kelsang, obwieszeni dziesiątkami khat (ceremonialnych szali, które wyrażają błogosławieństwo i czystość intencji ofiarodawców) cierpliwie dopełniali tradycji siedząc nieruchomo w tym samym pomieszczeniu, w którym wcześniej przyjmowali życzenia i prezenty. Przy stole pojawili się dopiero po południu.
Oczywiście prawdziwa zabawa zaczęła się, kiedy otwarto beczkę z czangiem - tybetańskim alkoholem domowej produkcji. Podczas gdy co bardziej zmanierowani, zachodni goście raczy li się obrzydliwą indyjsko-szkocką whisky, większość osób czerpała swój napitek prosto z wiaderek. Czang działa bardzo powoli, ale skutecznie - pod koniec było już jak na polskim weselu.
Nie wiem, czy kiedykolwiek był bym w stanie się tutaj nudzić.
Nic jednak nie trwa wiecznie, zacząłem się już pakować. Bilet na pociąg z Pathankot do Varanasi (ok. 24h) będę miał za kilka dni. Tam czeka mnie przesiadka do autobusu i po następnych dziewięciu godzinach jazdy powinienem być na granicy z Nepalem. Z jednej strony nie mogę się doczekać dalszego bycia w drodze, z drugiej opuszczanie Dharamsali idzie mi bardzo opornie. Wiem, że tu jeszcze kiedyś wrócę.
P.S. Dziękuję niezmiernie za wszelkie komentarze pod naszymi wpisami, wasze dobre słowo jest najlepszą motywacją do pracy. Tuk Ji Che! (GO)

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie