110 litrów rocznie

Redakcja
Gdyby czteroosobowa rodzina stosowała się do zaleceń dietetyków i wypijała dziennie osiem szklanek soku, to musiałaby na nie wydać, nawet w supermarkecie, około 300 złotych miesięcznie Słońce pokazuje się od zeszłego tygodnia jakoś częściej i znowu pijemy więcej. Lipiec, a nawet kanikuła, nie rozpieszczały zarówno konsumentów, jak producentów napojów, mających za zadanie zaspokajać pragnienie. Pewno i dlatego, wyposzczeni nieco pod tym względem, wracamy do wlewania w siebie wody mineralnej, słodkości w płynie oraz soków, nie zawsze wiedząc, co pijemy.

ADAM MOLENDA

ADAM MOLENDA

Gdyby czteroosobowa rodzina stosowała się do zaleceń dietetyków i wypijała dziennie osiem szklanek soku, to musiałaby na nie wydać, nawet w supermarkecie, około 300 złotych miesięcznie

Słońce pokazuje się od zeszłego tygodnia jakoś częściej i znowu pijemy więcej. Lipiec, a nawet kanikuła, nie rozpieszczały zarówno konsumentów, jak producentów napojów, mających za zadanie zaspokajać pragnienie. Pewno i dlatego, wyposzczeni nieco pod tym względem, wracamy do wlewania w siebie wody mineralnej, słodkości w płynie oraz soków, nie zawsze wiedząc, co pijemy.
 Pomysłodawcy funkcjonującego ciągle w zbiorowej świadomości Muzeum PRL _proponują, by w dziale, poświęconym pejzażowi miast tamtego okresu, poczesne miejsce zajął _saturator. Młodszym Czytelnikom wytłumaczmy, że było to skrzyżowanie lodówki z kuchnią polową oraz współczesną pipą do piwa, które stało na rogach ulic, serwując wodę sodową z sokiem. Właściciel interesu dysponował zwykle trzema musztardówkami, które płukał jednym psiknięciem cienkiego strumyczka wody, dlatego przeznaczoną do spożycia zawartość szklanki zwano powszechnie w slangu ulicy _gruźliczanką. _Oferta saturatorów cieszyła się wielkim powodzeniem, szczególnie u dzieci, a zwłaszcza uczestników szkolnych wycieczek z prowincji, które stały w kolejkach po to słodkie i gazowane.
 W tamtych czasach, jeśli chodzi o kolorowe napoje, piliśmy lada co. Na rynku w Krakowie dziesiątki handlowców serwowały turystom płyn w foliowych woreczkach. Oranżada miała smak landryn, naturalne soki słodzono tak bardzo, że cierpły zęby, zaś w prawie każdym mieszkaniu był _syfon, _czyli butla ze specjalną głowicą, w której przekłuwało się _nabój _z gazem wytwarzającym bąbelki w wodzie, nalewanej do tegoż syfonu z kranu.
 Ludzkość, żeby żyć, od zarania dziejów wchłania w siebie niezmierzony

ocean napojów

i nic dziwnego, iż postarała się, żeby były smaczne. Już Epikur mawiał, że największa przyjemność na tym padole to rozkosz brzucha, co ma się akuratnie również do napitków.
 Współczesne określenie: _sorbety _stosuje się raczej do wyrafinowanych kompozycji lodów z bakaliami i bitą śmietaną, choć jego etymologia jest zupełnie inna. _Sorbet _wymyślili Arabowie, którym na pustyni zawsze chciało się pić. Był to zimny, naturalny sok, często z kawałkami owoców, z reguły dosłodzony, z dodatkami aromatycznymi i, jeśli ktoś sobie życzył, podprawiony jedną lub wieloma kroplami alkoholu. Taka mieszanka, nawet i bez procentów, znalazłaby z pewnością także dzisiaj niejednego konsumenta. Niezależnie zresztą od długości oraz szerokości geograficznej jego miejsca zamieszkania.
 Jak wynika z badań rynkowych, wypijamy rocznie około 110 litrów napojów bezalkoholowych na głowę, przy czym mowa oczywiście o tych, które kupuje się w sklepie. Niby to niemało, ale jednak w krajach Europy Zachodniej spożycie wód mineralnych, napojów i soków jest kilkakrotnie większe. Wynika to nie tylko z ekspansji reklamowej wielkich firm, intensywnej edukacji zdrowotnej i mody. Dużą rolę odgrywa zamożność społeczeństw, których obywatele mogą sobie pozwolić na bycie świadomymi konsumentami. Gdyby czteroosobowa rodzina polska stosowała się do zaleceń dietetyków i wypijała dziennie osiem szklanek soku, to musiałaby na nie wydać, nawet w supermarkecie, około 300 złotych miesięcznie. Nie każdą familię na to stać.
 Źródła historycznie podają, że prasy do zgniatania owoców wykorzystywano w Mezopotamii już kilka tysięcy lat przed naszą erą, ale z pewnością służyły przede wszystkim do usprawnienia produkcji wina. W 1809 roku niejaki Nicolas Appert otrzymał od Napoleona nagrodę za to, iż odkrył, że żywność w szczelnie zamkniętych butlach i po podgrzaniu może być długo przechowywana. Dla intendentury wojskowej była to ważna informacja, lecz trzeba było poczekać jeszcze 70 lat, zanim w Szwajcarii powstała pierwsza fabryka soków owocowych. Teoretyczne podstawy termicznej ich obróbki opracował Louis Pasteur, stąd nazwa - pasteryzacja. W USA i Niemczech

przemysł owocowo-przetwórczy

rozwinął się dynamicznie już na początku mijającego wieku, w Polsce ruszył na dobre po 1935 roku i stłamsił go, jak wszystko, wybuch wojny.
 Potem, przez lat kilkadziesiąt piliśmy nad Wisłą głównie wodę sodową z sokiem owocowym. Co do tej pierwszej, to miał ją ambicję produkować, głównie dla swoich pracowników, każdy większy zakład przemysłowy, a już huty i kopalnie obowiązkowo. Na południu Polski taką "wodę stołową" _zwano _krachlą _i niektórym smakowała. Proces produkcyjny wyglądał tak, że wodę z kranu sztucznie nasycano dwutlenkiem węgla. Sok, który do owej cieczy dodawano, głównie dla uzyskania słodkości, tak naprawdę z sokiem niewiele miał wspólnego.
 Na Zachodzie już wówczas rozumiano pod tym pojęciem stuprocentową ciecz, powstałą z wyciskania owoców, bez dodatku cukru i kwasów spożywczych. W naszych "sokach" oraz barwionych napojach chłodzących królowały sztuczne dodatki. Stosowano je do lat siedemdziesiątych, kiedy ich używanie zostało zabronione i tak jest po dzień dzisiejszy. Bodaj ostatnim produktem tej serii był napój o nazwie _polo-cocta, _będący nieudolną podróbką czarnego napoju dostępnego w Peweksie i jawiącego się wówczas jako symbol kapitalizmu.
 Rzecz ciekawa, że nasze ustawodawstwo jest pod względem syntetyków w żywności bardziej rygorystyczne niż amerykańskie i zachodnioeuropejskie, gdzie sztuczne barwniki i esencje stosuje się na porządku dziennym. Kiedy Polskę przyjmą do UE, będziemy pili syntetyki, ani się nad tym nie zastanawiając.
 - Jakość trafiających do sklepów soków i napojów owocowych jest raczej dobra. W tym roku nie było w Małopolsce ani jednego przypadku zakwestionowania takiego towaru - mówi Stanisław Pawlus, kierownik działu żywności w Małopolskiej Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Krakowie. - Czekający nas
niebawem swobodny import z krajów UE stanowi zagrożenie zarówno dla naszych sadowników, jak producentów napojów. Utrzymane mają być przepisy krajowe, więc nasze produkty będą dalej naturalne, więc droższe od importowanych sztucznych. A ceny zdecydują o popycie.
 Trzydzieści lat temu największy dostarczyciel środków spożywczych, czyli "Społem", zaczął sprowadzać z Zachodu tak zwane emulsje do napojów, dające piękne kolory i zapachy. Stosowano na przykład betakaroten
, będący również składnikiem marchwi. W połączeniu z olejkiem aromatycznym oraz gumą arabską__jako zagęszczaczem, dawał wodzie takie walory wzrokowe i smakowe, że można było spokojnie napisać na etykiecie "_Napój pomarańczowy", choć zawartość butelki miała się do pomarańczy tak daleko, jak Arktyka do Antarktydy.
 Z początkiem lat dziewięćdziesiątych, a więc w czasach, kiedy bracia Lachy, zachwyceni opakowaniami zza Łaby, myli głowy szamponami dla kotów i jedli konserwy dla psów, uwaga naszych służb sanitarnych skierowana została na napoje chłodzące. W TVP, radiu i gazetach pojawiły się informacje, że to, co w płynie z importu i oznaczone literą E, jest niebezpieczne. Tymczasem każdy dodatek do żywności z Zachodu posiada takie właśnie oznaczenie, w połączeniu z odpowiednim numerem katalogowym.
 - Miałem w tym czasie wytwórnię napojów bezalkoholowych w środkowej Polsce - opowiada jeden z przedsiębiorców, ciągle w branży spożywczej, więc woli się nie ujawniać. - Przyjechali inspektorzy i zamknęli mi biznes pod zarzutem, że dodaję do napojów ryboflawinę, _czyli według nich: "_jakiś wyciąg z ryb". Musiałem długo udowadniać, że to unijna nazwa witaminy... B2.
 W imieniu konsumentów wypada nam podziękować szanownej inspekcji

za czujność,

lecz bodaj z tamtego okresu wzięła się rezerwa wielu ludzi do kolorowych napojów chłodzących. Moda na ekowiktuały utwierdza niektórych w przekonaniu, iż zdrowiu służy wyłącznie czysta woda.
 - A jeżeli ta woda jest kiepskiej jakości? Przecież nawet źródła bywają zanieczyszczone nawozami sztucznymi - pyta retorycznie Adam Bogacz z warszawskiej firmy Carotex. - Oczywiście, że są napoje lepsze i gorsze, z surowca o doskonalszym aromacie czy walorach smakowych. Dziś, w warunkach konkurencyjnych wszyscy walczą o jakość, gdyż jakakolwiek wpadka pod tym względem kończy się poważnymi problemami firmy. A dla zdrowia lepsze jest na pewno wypicie pół litra soku niż pół litra wódki.
 Żyjemy w czasach substytutów, a więc nie brak ich wśród napojów bezalkoholowych, nazywanych czasami i w Polsce z angielska soft drinkami. Co to naprawdę jest sok, już powiedzieliśmy. Warto wiedzieć, że nektar to przecier owocowy rozcieńczony wodą, i to znacznie, gdyż stosunek tak powstałego soku do H2O wynosi 1:3, albo lepiej 1:1. Nektary są poza tym dosładzane i z dodatkiem kwasów spożywczych.
 Dużą popularnością, głównie z powodu stosunkowo niskiej ceny, cieszą się napoje owocowe, _dostępne na rynku w znacznej części jako gazowane. Są jeszcze bardziej rozcieńczone wodą, a więc ich wartość odżywcza jest stosunkowo najmniejsza. Zawartość soku wynosi w nich zaledwie od 1 do 20 procent.
 - W Polsce za próg przyzwoitości uznaje się zawartość soku nie mniejszą niż 3 procent, na Zachodzie 10 do 15 - tłumaczy Tadeusz Wojtaszek, właściciel krakowskiej firmy AMBAR, sprzedającej dodatki spożywcze, a zarazem współzałożyciel powstałego niedawno Polskiego Stowarzyszenia Napojowego. - Część krajowych producentów napojów usiłuje mijać się z normami, dodając owe trzy procent, ale do... emulsji, która przecież dawkowana jest do napoju w stosunku 1:1000. Przy takich praktykach, ilości soku owocowego w rzekomym napoju "_owocowym
" są śladowe.
 W ostatnich latach ilość wypijanych, naturalnych soków w Polsce wzosła trzykrotnie, co dobrze świadczy nie tylko

o upodobaniach,

ale i rozwijającej się świadomości zdrowotnej. Wzrosło też spożycie napojów owocowych oraz wód mineralnych. Jednocześnie, w warunkach walki o klienta, powstało wiele konsumenckich mitów. Trudno się dziwić, bowiem dziś trudno nawet ustalić obiektywną ilość spożycia, wielkość sprzedaży potentatów i preferencje klientów.
 - Niech pan nie traktuje tamtych badań poważnie, bowiem wykonano je za pieniądze firmy X. albo Y. - przestrzegano mnie w kilku warszawskich instytucjach, zajmujących się sondowaniem rynku.
 Funkcjonują plotki, że niektóre napoje... usuwają rdzę z gwoździ, inne powodują wrzody żołądka, jeszcze inne udar mózgu lub serca.
 - Kiedy pracowałem w Kenii jako lekarz, ze zdumieniem odkryłem, że tamtejsze Murzynki używają napojów typu cola jako środka... antykoncepcyjnego! - mówi dr Zbigniew Hałat, prezes Instytutu Woda 2000 w Warszawie. - Tymczasem, kiedy słyszę, że jakieś dziecko rozchorowało się od nadmiaru wypitej coli, to mogę zagwarantować rodzicom, że byłoby identycznie, gdyby pociecha wypiła tyle samo soku owocowego.
 Na temat dodatków do napojów świat przebiegają mrożące krew w żyłach, wyolbrzymione najczęściej wieści. Coraz więcej ludzi na przykład zwraca uwagę, czy na etykiecie znajduje się napis "_bez konserwantów". _Ale niektórzy powiadają, że lepiej jeść razem z kiełbasą konserwujące ją azotyny, niż zatruć się jadem kiełbasianym.
 Obecność benzoesanu sodu lub sorbinianu potasu w napojach z dodatkiem naturalnych soków owocowych bierze się głównie z potrzeby utrwalenia produktów, które w tym rozcieńczeniu ulegają łatwej fermentacji. Alternatywą jest pasteryzacja, lecz przy masowej produkcji tego typu napojów raczej się jej nie stosuje.
 Importerzy soków owocowych zamawiają ich koncentraty. Proces odparowania przeprowadzany jest w Izraelu, Hiszpanii czy Grecji po to, by nie ponosić nadmiernych kosztów transportu, zważywszy że przewoziłoby się wodę, którą można dodać na krótko tuż przed rozlaniem do opakowań, stosowanych w handlu detalicznym.
 Wracając do konserwantów, to

ludzka wrażliwość,

także w sensie fizycznym, wynika najczęściej z indywidualnych cech organizmów. Są ludzie, którzy nie tolerują sorbinianu, i jeśli wychylą szklaneczkę napoju z takim dodatkiem, mogą nie zdążyć dobiec do toalety. Benzoesan u uczulonych może powodować alergie.
 Trwa spór światowy w kwestii słodzenia. O szkodliwości zwykłego cukru napisano całe biblioteki, a sacharyna ma złą markę od prawie stulecia. Tymczasem badania wykazały, że o ile w przypadku myszy oraz szczurów ma ona działanie kancerogenne, to na ludzi szkodliwie nie oddziałuje. Złych notowań na Zachodzie dorobił się natomiast popularny słodzik o nazwie aspargan_, _bowiem naukowcy dopatrzyli się w nim kancerogenu.
 Trudna do jednoznacznego rozstrzygnięcia jest wojna o to, czy lepiej pić napoje gazowane, czy też nie. Dwutlenek węgla powoduje "rozpychanie" żołądka i jelit, co bywa nieprzyjemne. Z drugiej strony jednak ma działanie bakteriostatyczne. Napoje gazowane można dłużej przechowywać, gdyż nie mają tendencji do psucia się.
 Z napojami jest jak ze wszystkim - o ich spożywaniu decyduje osobisty smak i zasobność kieszeni. Ludzkość długą drogę przeszła od picia z lada jakiej kałuży do tysięcy cieczy, mających nie tylko sycić pragnienie, ale także dawać rozkosz podniebieniu. Całe szczęście, że etap namiętnego spożywania _gruźliczanki _mamy już za sobą.

Protokoły sanitarne pomogą otworzyć biznes?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie