reklama

Afery od A do Z

RedakcjaZaktualizowano 
Podobno pierwszy milion trzeba ukraść, żeby w ogóle myśleć o poważnym biznesie. W ciągu ostatnich kilkunastu lat setki Polaków, kierując się tą dewizą, sięgnęło po cudze pieniądze. Zwykle publiczne, ale oszuści nie gardzili też prywatnym groszem. Lech Wałęsa obiecywał, że puści ich w skarpetkach, w rzeczywistości przed wymiar sprawiedliwości udało się doprowadzić nielicznych.

Od alkoholowej do zbożowej

Afera alkoholowa

   Zwana również Sznapsgate. Pierwsza wielka afera gospodarcza ujawniona w III Rzeczpospolitej. Przez kilka miesięcy przełomu lat 80. i 90. do Polski szerokim strumieniem wlewała się rzeka nieoclonej wódki. Stało się to możliwe w wyniku zmian w przepisach wprowadzonych jeszcze przez rząd Mieczysława Rakowskiego, który zezwolił na bezcłowy import alkoholu w tzw. obrocie niehandlowym, czyli z przeznaczeniem na własny użytek. W efekcie do kraju trafiły hektolitry wódki rzekomo do prywatnej konsumpcji.
   Straty, jakie z tego tytułu poniósł budżet państwa, oszacowano na 32 mln zł (w przeliczeniu na złote po denominacji). Do zbadania przyczyn afery alkoholowej powołano specjalną komisję sejmową, a przed Trybunał Stanu trafiło pięciu wysokich urzędników państwowych. W 1997 r. trzech z nich zostało uniewinnionych. Rok później zapadł pierwszy od 1926 r. wyrok wydany przez Trybunał Stanu skazujący byłego ministra współpracy gospodarczej z zagranicą oraz byłego szefa Głównego Urzędu Ceł na kary pozbawienia biernych praw wyborczych oraz zakaz piastowania funkcji publicznych na pięć lat.

Art-B

   Najpierw z podziwem, później z przekąsem nazywano ich artystami biznesu. W 1990 r. lekarz Piotr Gąsiorowski i nauczyciel muzyki Bogusław Bagsik zakładają spółkę o kapitale wynoszącym równowartość 100 dzisiejszych złotych, która w ciągu dwóch lat rozrasta się w gigantyczny holding 200 powiązanych kapitałowo firm, zatrudniających łącznie 15 tys. osób.
   Pomysł na biznes opierał się na tzw. oscylatorze, a polegał na wykorzystywaniu nieruchawego systemu bankowego w Polsce. Panowie B. i G. otwierali w jednym banku rachunek, co uprawniało ich do wystawiania czeków, które błyskawicznie realizowali w innym banku, pobierając od zdeponowanych pieniędzy określony wysoki procent.
   W całej operacji liczył się czas. Bagsik opowiadał później, że między bankami podróżował helikopterem, odwiedzając dziennie po kilka odległych instytucji finansowych. W ten sposób właściciele Art-B mnożyli pieniądze. Udawało się im to tylko dzięki opieszałości banków. Zanim bowiem placówka, która pierwotnie wystawiła czek, poinformowała inny bank o tej operacji, pomnożona w sztuczny sposób kwota już dawno procentowała na kilkudziesięciu kontach. Szefowie Art-B łącznie wprowadzili w obieg 6200 wielokrotnie oprocentowanych czeków.
   Gdy w połowie 1991 r. atmosfera wokół firmy zaczęła się zagęszczać, Bagsik i Gąsiorowski potajemnie wyjechali do Izraela. Wtedy dopiero wyszło na jaw, że cały holding jest amatorsko zarządzanym papierowym kolosem, bez biznesplanu i z fatalnie prowadzoną księgowością. Upadek Art-B kosztował NBP, a więc państwo, 424 mln zł (z tytułu wprowadzenia w obieg czeków bez pokrycia). W lutym 1996 r. szwajcarska policja zatrzymała Bogusława Bagsika. Dwa lata później po wpłaceniu 2 mln zł kaucji wyszedł on z aresztu. W 2002 r. sąd skazał go na 9 lat więzienia.

Bezpieczna Kasa

Oszczędności

   Po pierwszym roku oszczędzania w BKO odsetki miały wynosić 180 proc., po dwóch latach - 300 proc.! Na wizję trzykrotnego zysku dało się nabrać 11 tys. osób, które zaufały Lechowi Grobelnemu, twórcy BKO. Właściciel kasy zaczynał jako zwykły konik, ale umiejętnie obracając walutą z czasem dorobił się sieci kantorów w całym kraju. W 1989 r. założył Bezpieczną Kasę Oszczędności i w krótkim czasie zgromadził ponad 3,2 mln zł depozytów. Dopiero po dwóch latach wyszło na jaw, że BKO zbiera pieniądze nielegalnie, gdyż nie posiada licencji na prowadzenie działalności bankowej. Kasa została zamknięta, a tysiące klientów straciło swoje oszczędności.
   W momencie wybuchu afery Grobelnego nie było już w kraju, gdyż w czerwcu 1991 r., a więc kilka miesięcy przed upadkiem BKO, wyjechał na zagraniczny urlop. Dwa lata później niemiecka policja zatrzymała go na podstawie międzynarodowego listu gończego i odstawiła do Polski w kajdankach. Prokuratura postawiła byłemu właścicielowi parabanku zarzut przywłaszczenia z kasy BKO 11 mld starych zł. Grobelny przesiedział w areszcie 5 lat. W 1996 r. został skazany na 12 lat więzienia i 800 tys. zł odszkodowania. Ze względu na uchybienia proceduralne wyrok uchylono. Sprawa do dzisiaj jest w toku.

Coloseum

   30-letni Józef Jędruch był gwiazdą śląskiego biznesu. Dzisiaj siedzi w areszcie oskarżony o przywłaszczenie 345 mln zł. Karierę zaczął w 1996 r. od niewielkiej firmy handlującej długami hut i kopalni. Cztery lata później Coloseum było już wielkim holdingiem, do którego należały huty Pokój i Ferrum oraz pokaźny pakiet akcji Energomontażu Północ, a konsorcjum przymierzało się do kupna Huty im. Sendzimira, Zawiercie i Buczek. W 2001 r. Coloseum rozpoczęło ogromną akcję reklamową: w całym kraju pojawiły się billboardy ze zdjęciem Józefa Jędrucha, który zapowiadał czas "kolosalnych zmian". Kilka miesięcy później został zatrzymany przez CBŚ. Do aresztu trafiło również czterech innych szefów konsorcjum. Dwóch z nich, w tym Jędrucha, katowicki sąd zwolnił za kaucją. Korzystając z tego szef Coloseum uciekł do RPA, a następnie osiadł w Izraelu, gdzie złożył prośbę o przyznanie obywatelstwa. Bezskutecznie. W lipcu ub.r. aresztowała go izraelska policja. Początkowo Jędruch za wszelką cenę próbował uniknąć deportacji, po czym niespodziewanie podjął decyzję o dobrowolnym powrocie do kraju. Tuż przed przyjazdem ujawnił, że był społecznym asystentem posła Henryka Długosza, zamieszanego w aferę starachowicką.

Drewbud

   Firma zamierzała budować tanie domki według kanadyjskich technologii. Środki na inwestycje miały pochodzić ze sprzedaży akcji Drewbudu, gdyż całe przedsięwzięcie było pomyślane jako samofinansująca się spółka akcyjna. Każdy, kto wykupił udziały, stawał się równocześnie właścicielem drewnianego domku. W momencie powstania firmy, czyli w 1989 r., na cele budowlane można było zaciągnąć bardzo korzystny kredyt objęty gwarancjami rządowymi: oprocentowanie wynosiło 6 proc., a okres spłaty aż 40 lat.
   Kiedy twórca Drewbudu, poznański biznesmen Piotr Bykowski, ogłosił zapisy na akcje firmy, przed punktami sprzedaży ustawiały się kilometrowe kolejki, a cena akcji spółki zaczęła gwałtownie rosnąć. Na wolnym rynku można je było odsprzedać z sześciokrotnym przebiciem. W sumie na inwestycje w Drewbud zdecydowało się 22 tys. osób. W momencie zakończenia publicznej sprzedaży akcji, jesienią 1990 r., zmienił się rząd, który od 1 stycznia 1991 r. zniósł wszelkie formy subsydiowania budownictwa z państwowej kasy. Oprocentowanie kredytów wzrosło 20-krotnie. Drewbud został z tysiącem domków kanadyjskich, na których kupno nikogo nie było już stać. Pieniądze wniesione do spółki posłużyły jednak Piotrowi Bykowskiemu do budowy własnego imperium finansowego, którego trzon stanowiły Bank Staropolski (obecnie w upadłości) oraz Invest Bank.

Elektromis

   "Oskarżeni oszukiwali wyjątkowo bezczelnie. Budowali potęgę gospodarczą kosztem państwa" - brzmiało uzasadnienie wyroku skazującego cztery osoby z zarządu Elektromisu na kary od 2,5 roku do czterech lat więzienia. Na ławie oskarżonych nie zasiadł Mariusz Ś., twórca imperium finansowego, w skład którego wchodziła sieć hurtowni spożywczych, bank, kilka gazet, stacja radiowa i pierwszoligowa drużyna piłkarska.
   Nieprawidłowości finansowe w holdingu, stworzonym na początku lat 90. przez 25-letniego hydraulika, wypłynęły w 1994 r. dzięki publikacjom prasowym. Po roku śledztwa prokuratura zarzuciła 13 osobom z zarządu firmy malwersacje podatkowe, na których państwo straciło 40 mln zł. Proces zaczął się w 1995 r. i po niemałych trudach, wynikających z częstych przerw spowodowanych chorobami oskarżonych, zakończył się cytowanym wyżej wyrokiem w połowie 2000 r. Obrońcy znaleźli jednak kruczek prawny, który pozwolił go uchylić: w trakcie procesu dwóch z trzech sędziów awansowało do sądu okręgowego, a zgodnie z przepisami w rozprawie może brać udział tylko jeden sędzia wyższej instancji. Sąd Najwyższy przyznał rację adwokatom oskarżonych i sprawa ponownie trafiła na wokandę w maju 2002 r. Wtedy jednak sąd musiał umorzyć ją z powodu przedawnienia 13 z 29 zarzutów. Drugi wyrok w tej sprawie zapadł 5 sierpnia 2002 r. - z powodu przedawnienia umorzono kolejne sześć zarzutów oraz uniewinniono pięć osób. Dwa kolejne zarzuty uległy przedawnieniu w grudniu 2002 r.

FOZZ

   Sprawa Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego czeka na swój finał od 11 lat. W 2005 r. ulegnie przedawnieniu większość zarzutów stawianych byłym szefom FOZZ (a proces dopiero się zaczął) Prokuratura zarzuca im zagarnięcie co najmniej 42 mln dolarów, 9,5 mln marek, 125 mln franków szwajcarskich i 47 tys. zł. Łączne straty państwa szacowane są na ok. 100 mln dolarów. Do dziś nie wiadomo co stało się z tymi pieniędzmi.
   Zadaniem funduszu, powołanego przez rząd Mieczysława Rakowskiego w 1989 r., było skupywanie po niskich cenach polskiego długu zagranicznego na światowych rynkach. Na czele instytucji stanął powiązany z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi pracownik bankowy Grzegorz Żemek. W 1991 r. do FOZZ weszli inspektorzy Najwyższej Izby Kontroli, ujawniając ogromny bałagan w księgowości funduszu: niektórych operacji finansowych w ogóle nie księgowano, inne odnotowywano tylko fragmentarycznie. Wiosną 1991 r. prokuratura wszczęła w tej sprawie śledztwo, a dwa lata później liczący 200 stron akt oskarżenia trafił do sądu. Adwokaci oskarżonych zakwestionowali część ustaleń biegłych powołanych przez prokuraturę i zażądali nowej ekspertyzy. Kolejne badanie ksiąg trwało dwa lata i kosztowało podatników 1 mln zł. Uzupełniony akt oskarżenia trafi do sądu w 1998 r. Proces miał się zacząć jesienią 2000 r., ale najpierw nie stawili się oskarżeni, a potem sędzia przydzielona do prowadzenia tej sprawy, Barbara Piwnik, została ministrem sprawiedliwości i trzeba było szukać dla niej zastępcy. Po rocznej przerwie, we wrześniu ub.r. proces przeciwko szefom FOZZ został wznowiony.

Galicyjski Trust

Kapitałowo-Inwestycyjny

   Powstał w 1991 r. w Rzeszowie, ale w krótkim czasie utworzył oddziały i filie w innych miastach Polski, m.in. w Krakowie. Obiecując bardzo korzystne oprocentowanie lokat, szybko przyciągnął tysiące osób, skuszonych perspektywą wysokiego zysku. Nikt wówczas nie wiedział, że trust nie ma prawa gromadzić depozytów, gdyż nie posiada licencji NBP. Mimo to system działał w najlepsze przez cztery lata. Upadek nastąpił dopiero w 1994 r. GTKI najpierw przestał wypłacać depozyty w Krakowie, później zaczął zamykać kolejne oddziały. Straty klientów trustu - pieniądze wpłaciło 22 tys. osób - oszacowano na 26 mln zł. W grudniu 2003 r. sąd skazał właściciela GTKI oraz jego żonę na kary 6 i 3 lat pozbawienia wolności oraz zapłatę grzywny od 10 do 25 tys. zł.

Gawronik

   Już w latach 80. był milionerem. Wcześniej przez 25 dni pracował na etacie SB. Potem był kolejno właścicielem kurnika, pieczarkarni, warsztatu, biura pisania podań i butiku. Prawdziwej fortuny dorobił się dopiero w 1989 r., kiedy otworzył sieć kantorów wzdłuż granicy zachodniej. W latach 90. krótko pełnił funkcję prezesa ART-B, po ucieczce jej szefów. Niedługo później aresztowano go pod zarzutem przywłaszczenia obrazów z kolekcji holdingu, czeków i gotówki na kwotę 18 mld starych złotych. Przed procesem chronił go mandat senatora. Prokuratura zainteresowała się nim ponownie, gdy w 1998 r. kupił od Marka Kolasińskiego firmę ItalmarCa. Według świadka koronnego były senator pieniądze na tę transakcję pożyczył od "Pershinga", szefa mafii pruszkowskiej. Aresztowano go ponownie w maju 2001 r., pod zarzutem udziału w wyłudzeniu 7 mln zł kredytu i oszustwa na blisko 8 mln zł. W styczniu 2002 r. sąd skazał Gawronika za przekręty w Art-B na trzy lata i osiem miesięcy więzienia.

Kolasiński

   W styczniu krakowski sąd nakazał byłemu posłowi AWS Markowi Kolasińskiemu oddać 270 tys. zł bezprawnie pobranych pensji poselskich i ryczałtu na biuro parlamentarne. Z takim roszczeniem wystąpiła Kancelaria Sejmu - po raz pierwszy od 1989 r. Kiedy Kolasiński został posłem zawodowym w 1998 r., oświadczył, że nie ma innych dochodów, ale w 2000 r. komisja etyki poselskiej porównując jego oświadczenia majątkowe z PIT-ami wykryła, że jest on udziałowcem jeszcze sześciu innych spółek i czerpał z nich dochody. Mimo wezwań - pieniędzy nie oddał.
   Cywilny proces to zaledwie jedna z kilku spraw, jakie przeciwko Kolasińskiemu toczą się przed wymiarem sprawiedliwości. Były poseł jest oskarżony o wielomilionowe straty, jakie w wyniku działalności jego firm poniósł skarb państwa. Na początku lat 90. Marek Kolasiński założył w Żarnowcu spółkę ItalmarCa, zajmującą się handlem włoskim winem, w tym również winem mszalnym. Firma miała swoje przedstawicielstwa w kilku miastach Polski. W 1997 r. po wejściu do Sejmu Kolasiński sprzedał swoje udziały bratu Andrzejowi, ale zdaniem policji i prokuratury cały czas miał jednak wpływ na działalność spółki. Dwa lata później firmę ItalmarCa kupił były senator Aleksander Gawronik, ale w jej zarządzie pozostał brat posła, a syn jednym z dyrektorów oddziału. Jesienią 2000 r. w magazynach spółki ItalmarCa MK policja odkryła duże ilości markowego alkoholu, który kilka dni wcześniej zniknął w z innej firmy Kolasińskiego, gdzie opieczętowany stanowił zabezpieczenie na poczet należności niezapłaconych przez firmy posła. Sprawą zajęła się prokuratura. Na jaw wyszły inne malwersacje dokonywane przez posła i powiązane z nim osoby. Do aresztu trafił syn, brat i konkubina Kolasińskiego. Sam poseł na dwa dni przed utratą immunitetu wyjechał potajemnie za granicę. Ścigany listem gończym został ujęty przez słowacka policję i odstawiony do Polski. Straty z tytułu działalności firm Kolasińskiego - wyłudzenia kredytów i podatku VAT - szacuje się na kilkadziesiąt milionów złotych.

Łódzka ośmiornica

   To nazwa przestępczej grupy zbrojnej rozbitej przez policję pięć lat temu. Gangsterzy zaczęli od wyłudzeń towarów i odszkodowań z ubezpieczalni na wielką skalę. W proceder zaangażowanych było 200 osób. Prokuratura ustaliła, że z przestępcami współpracowali dyrektorzy oddziałów banków w Łodzi i Krakowie, którzy za sowite prowizje pomagali im w wyłudzaniu kredytów.
   To tylko jeden z wątków w tej sprawie. Inny dotyczy tzw. afery winnej, polegającej na wyłudzaniu podatku VAT. Przestępcy wpadli na prosty pomysł: zakładali tzw. firmę krzak, czyli podmiot rejestrowany na podstawiona osobę, najczęściej wziętą prosto z ulicy, która miała zajmować się produkcją taniego wina owocowego. Jej żywot był bardzo krótki - kilka, kilkanaście dni - w sam raz tyle, by wystarczyło na przeprowadzenie wstępnej fermentacji wina. Półprodukt trafiał do kolejnego przetwórcy, który rozlewał gotowy trunek do butelek. W międzyczasie firma-słup po prostu znikała, nie płacąc ani podatku VAT, ani akcyzy. Ponieważ "słupami" były anonimowe osoby, bez stałego zameldowania, urząd skarbowy nie miał od kogo wyegzekwować należności. W całym kraju powstało ok. 200 takich firm. Straty skarbu państwa szacuje się na ok. 300 mln zł.

Paliwowa

   Zajmują się nią prokuratury w całym kraju, a do aresztów trafiło już kilkadziesiąt osób. Mózgiem całej operacji ma być kilku biznesmenów ze Szczecina. Pomysł na oszustwo był bardzo prosty: chodziło o wprowadzenie na polski rynek paliwa obłożonego preferencyjną, czyli niższą stawką podatku akcyzowego. Jak ustaliła prokuratura, istniały przynajmniej trzy sposoby na oszukanie fiskusa: 1. sprowadzanie do kraju oleju napędowego, deklarując na granicy, że jest to olej opałowy, 2. nielegalna produkcja paliw z komponentów, które nie są obłożone akcyzą, 3. kupowanie produktu zwanego "komponentem oleju napędowego" - różniącego się od zwykłego diesla wyższą, niż dopuszczają przepisy, zawartością siarki. "Komponent" nie jest obłożony podatkiem akcyzowym.
   Zanim paliwo trafiło do sprzedaży, przechodziło najpierw przez łańcuszek firm-krzaków, które - na papierze - obracały towarem. Na początku na fakturach wpisywano, że przedmiotem handlu jest olej opałowy lub "komponent", ale później, w którymś momencie "zamieniał się" on w diesel. Nikt nigdy nie płacił od niego podatku. Cały łańcuszek potrzebny był po to, żeby jak najbardziej utrudnić kontrolę podatkową.
   Prasa nazwała autorów pomysłu "baronami paliwowymi" lub alchemikami. W procederze brali udział urzędnicy państwowi, byli policjanci i celnicy. Straty skarbu państwa spowodowane przez grupę przestępczą są szacowane na co najmniej 110 mln zł.

PZU

   Grzegorz Wieczerzak i Władysław Jamroży - dwaj lekarze, którzy w latach 1998-2001 trzęśli polskim rynkiem finansowym. Pierwszy z nich był prezesem PZU-Życie, spółki córki PZU, którą zarządzał Jamroży. Od lipca 2001 r. siedzą w areszcie, a przed warszawskim sądem toczy się przeciwko nim proces o wyprowadzenie z podległych sobie spółek milionów złotych.
   Zanim zainteresowała się nimi prokuratura, należeli do najpotężniejszych menedżerów w Polsce. Brali udział w rozgrywkach związanych z przejęciem kontroli nad Bankiem Handlowym i BIG bankiem, kontrolowali kilka funduszy inwestycyjnych NFI. Próby usunięcia ich ze stanowisk podejmowane przez ministrów skarbu paliły na panewce. Mało tego - to szefowie PZU poprzez swoje znajomości i powiązania w świecie polityki wpływali na obsadę stanowiska szefa tego resortu.
   Afera PZU jest wielowątkowa, a akta sprawy liczą kilkaset tomów. Obecnie przed sądem toczy się rozprawa przeciwko szefom PZU. Grzegorz Wieczerzak zrezygnował z pomocy adwokata i broni się sam.

Westa

   Jako pierwsza przełamała monopol państwowy na rynku ubezpieczeń. Spółdzielczy Zakład Ubezpieczeń Westa założył w 1988 r. łódzki biznesmen Janusz Baranowski. Po kilku latach prężnego rozwoju firma zaczęła tracić płynność finansową i w konsekwencji w 1993 r. sąd ogłosił jej upadłość. Rok wcześniej księgami rachunkowymi ubezpieczyciela zajęła się prokuratura, która ustaliła, że za plajtę odpowiedzialny jest zarząd firmy oraz jej założyciel - Janusz Baranowski, wtedy senator. Odebrano mu immunitet i postawiono 18 zarzutów, w tym o działanie na szkodę Westy i wyłudzenie z jej kasy 3 mln zł. Akta sprawy trafiły do sądu, a Baranowski do aresztu. Z powodu częstych chorób oskarżonego proces kilkakrotnie zawieszano. Jesienią 1996 r. sąd zdecydował się wypuścić Baranowskiego, po ponad trzech latach spędzonych przez niego w areszcie. Kolejne nawroty choroby nadciśnieniowej uniemożliwiły jednak kontynuacje procesu i w rezultacie na początku 1999 r. postępowanie trzeba było zaczynać na nowo. Niestety, kolejny skok ciśnienia i sprawa została zawieszona do czasu poprawy stanu zdrowia oskarżonego. W lutym 2000 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka zasądził na korzyść Baranowskiego 30 tys. zł za poniesione straty moralne z tytułu nieprawnego przetrzymowania w areszcie.

Zbożowa

   O przekrętach nikt by się nie dowiedział, gdyby nie brak zboża na przednówku w 2003 r. Ceny poszły wówczas w górę i Agencja Rynku Rolnego postanowiła uspokoić sytuację, sprzedając ziarno oddane na przechowanie prywatnym przedsiębiorcom. Wtedy jednak okazało się, że część z nich świeci pustkami. Łącznie z silosów zniknęło 15 tys. ton pszenicy. Właściciele sprzedali zboże, licząc na to, że do magazynów, aż do żniw, kiedy będą mogli uzupełnić braki, nikt nie będzie zaglądał. Przez ten czas spokojnie mogliby pobierać pieniądze od ARR (7 zł miesięcznie od tony), która płaci za przechowywanie swojego zboża. Sprawą zajmuje się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego i prokuratura. Za niedopilnowanie magazynów posadę stracił wiceprezes ARR i dwóch dyrektorów regionalnych oddziałów agencji. W aferę zamieszanych jest 122 przedsiębiorców, w tym osoby zasiadające w parlamencie.
EUGENIUSZ TWARÓG

60 Sekund Biznesu: Wyczerpuje się imigracja ukraińska

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3