Dozwolone

Redakcja
DYDAKTYCZNIE SZANOWNY PANIE REDAKTORZE!

BRUNO MIECUGOW

Smutno mi się zrobiło w ubiegłym tygodniu, gdy ogłoszono raport ONZ o nierówności w dostępie do edukacji dla polskich dzieci. Zasmuciło mnie zresztą nie to, iż wiejskie dzieci w naszym kraju mają gorsze warunki nauki niż ich rówieśnicy w miastach, ale raczej fakt, że trzeba było raportu ONZ, by zacząć o tym mówić. Ale tak to już u nas jest - i chyba długo jeszcze będzie - że nie dostrzega się problemu, o którym mówią swoi, dopóki nie powiedzą tego samego jakieś zagraniczne gremia. Niestety, z tego ONZ-owskiego raportu pożytek będzie niewielki, bo nie spodziewam się, by z tego powodu kogokolwiek z kierownictwa naszej oświaty postawiono do raportu. Wiadomo przecież, że wszystko, co niedobre, wynika po pierwsze z wieloletnich zaniedbań poprzedniego ustroju, a po drugie - z kilkuletnich zaniechań poprzednio rządzącej koalicji. Obecne władze dopiero starają się to naprawiać, wdrażając kolejne reformy.
Skoro więc o reformach mowa, to może wspomnianą nierówność w dostępie do nauki, jaka dzieli wiejskie dzieci od miejskich, też uda się w ramach reformy zlikwidować? Mam tu nawet pewną propozycję. Z raportu wynika, że podstawowymi przyczynami tej nierówności są braki w wyposażeniu szkół wiejskich, tudzież niższe kwalifikacje kadry nauczycielskiej. Jeśli tak, to można by złu zaradzić, wożąc wiejskie dzieci na naukę do miasta, a miejskie na wieś. Reforma przecież i tak przewiduje dowożenie dzieci do szkół - i to na dużą skalę - cóż więc za różnica, czy będzie się je wozić do sąsiedniej wiejskiej szkoły czy do miasta? A jeżeli jest zbyt mało autobusów, by przyjąć taki system, to można go uprościć, wożąc na wieś wyżej wykwalifikowanych nauczycieli z miasta - i na odwrót. Być może pomysł ten uzna ktoś za dziwaczny, ale skoro reforma tak czy tak przewiduje wożenie, to chyba wszystko jedno, czy będzie się wozić dzieci czy nauczycieli... Obecność na wsi wysoko wykwalifikowanych pedagogów z wielkiego miasta (a może nawet i z samego ministerstwa?) na pewno złagodziłaby nierówności.
Dzieci są przyszłością narodu, wszystko więc, co się robi w trosce o nie, godne jest najwyższej pochwały. Dlatego też z uznaniem odnotowałem ostatnie inicjatywy nadawców telewizyjnych - i tych publicznych, i komercyjnych - zmierzające do ochrony dzieci i młodzieży przed destrukcyjnym działaniem niektórych programów telewizyjnych. Wszyscy od dawna wiedzą - i boleją nad tym - że na szklanych ekranach sceny pełne gwałtów i przemocy pojawiają się nie tylko coraz częściej, ale i w coraz drastyczniejszej postaci. Nie tylko w filmach, ale też w reportażach i bieżących informacjach. Coraz więcej mamy również programów przesyconych erotyką, aż do granicy pornografii, a nawet poza nią. Wszystkim też wiadomo, jak fatalnie działa to na dziecięce i młodociane umysły, do niedawna jednak nikt nie umiał - bodaj w części - złu takiemu zaradzić. Teraz nareszcie może pójść ku lepszemu.
Wedle wstępnych porozumień zawartych przez wspomnianych telewizyjnych nadawców, ilość tych demoralizujących programów wprawdzie nie zmaleje, ale rodzicom dana będzie szansa, by swe dzieci przed ich zgubnym wpływem uchronić. Otóż w rogu ekranu ukazywać się będzie ostrzeżenie w postaci kolorowego kółka, iż program dozwolony jest tylko dla tych, którzy ukończyli odpowiednią liczbę lat. Będzie to określała stosowna cyfra umieszczona w owym kolorowym kółku, np. 7, 12, 15, 18. Tak więc już na początku emisji rodzice zostaną uprzedzeni, którą ze swych pociech mogą pozostawić przed telewizorem, a którą trzeba odesłać do innego pokoju. Oczywiście lepiej byłoby, gdyby telewizje tych demoralizujących scen nadawały znacznie mniej niż dziś to czynią, ale wiadomo, że im większa drastyczność, tym lepsza oglądalność, a więc i większe pieniądze od reklamodawców. No, a rezygnacji z tych pieniędzy nie możemy przecież od telenadawców żądać...
Nie wiem, jakie gremium będzie oceniać stopień demoralizacyjnych zagrożeń i przydzielać programom owe kółka z cyferkami oznaczającymi lata telewidza, dla którego program jest już dozwolony. Z góry jednak zwracam się do tego ciała z propozycją, by systemem tym objąć również transmisje z obrad Sejmu oraz programy publicystyczne z udziałem polityków. Wprawdzie krew się tam - jak na razie - nie leje, a i pornografii nie widać, ale warto pamiętać, że dzieci są wrażliwe i podświadomie lub intuicyjnie wyczuwają nadmiar (ukrytej nawet) agresji, wrogości i innych demoralizujących elementów, z chamstwem włącznie. Podobnie jak przemocy, czy pornografii, tak i polskich obyczajów politycznych dzieci nasze oglądać nie powinny.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie