Drugie dno farsy

Redakcja
TOMASZ DOMALEWSKI: Kręcąc przełącznikiem TV

   Przed laty telewizyjna debata Lecha Wałęsy i Alfreda Miodowicza wstrząsnęła opinią publiczną i przyspieszyła bieg historii. Niedzielne spotkanie w telewizyjnym studiu Lecha Wałęsy z Wojciechem Jaruzelskim było nie tylko kiepskim widowiskiem, nad którym nie mogła zapanować Barbara Czajkowska. Było również obrazą ludzi walczących z komunizmem i jego sprzedajnymi apostołami, obrazą elementarnego poczucia przyzwoitości. Zaledwie chwilami była to dyskusja, bo obydwaj rozmówcy recytowali przygotowane wcześniej wypowiedzi, a ponieważ nie było w nich niczego nowego - finał wypadł żenująco.
   Wojciech Jaruzelski wciąż zachwycał się sobą, jako zbawcą Ojczyzny. Być może czegoś tam nie dopatrzył, czegoś nie przewidział, ale to tylko dlatego, że na drobiazgi zabrakło czasu. Tragedia w kopalni "Wujek" to tylko mniejsze zło. Ta pełna patosu, potoku słów o honorze i Ojczyźnie wielka improwizacja generała mogła rozsypać się prędko, gdyby Lech Wałęsa poświęcił w swych wypowiedziach więcej miejsca innym bohaterom tamtego okresu - ofiarom stanu wojennego, a mniej sobie. Bowiem głównym motywem Lecha Wałęsy w niedzielny wieczór był napór na Jaruzelskiego, by ten wydał oświadczenie, z którego by wynikało, że legendarny przywódca "Solidarności" nigdy z bezpieką nie współpracował i ani na chwilę nie stanął w jednym szeregu z ludźmi z szeregów PRL.
   W ten sposób farsa osiągnęła swe drugie dno. Jaruzelski, Kiszczak, Urban i inni funkcjonariusze tamtych lat mają teraz wystawiać świadectwo moralności prawdziwym bohaterom minionego okresu. Tego chyba sam diabeł by nie wymyślił. Przez długi czas podobne zaświadczenia wystawiał Adam Michnik i jego kompania. Do dziś Polska nie może się wygrzebać spod ciężaru tych wspaniałych osobowości, z rekomendacją specjalną redaktora. Teraz sprawy zaszły jeszcze dalej, bo Wałęsie niezbędne się stało zaświadczenie od jego dawnych prześladowców. Czy zwariowaliśmy już do końca, czy to tylko jakieś igraszki wstępne z powszechnym obłędem.
   Zafascynowany własnymi sprawami Wałęsa nie potrafił przerwać Jaruzelskiemu hymnu na cześć własnego honoru i nie zapytał go, gdzie generał miał ten honor w 1970 r., kiedy to do stoczniowców strzelano jak do tarcz na poligonie. Tu na nic zda się teoria, że wszystkiemu winien generał Korczyński. Bo jeśli nawet Korczyński nie miał poparcia zwierzchników, to po śmiertelnych strzałach do tłumu inny generał, nadzorujący Korczyńskiego, który ponoć honor ceni ponad wszystko, powinien wiedzieć, co należy do obowiązku. Dalsza kariera u boku sowieckiego sojusznika była jednak ważniejsza.
   Smutno było patrzeć na to widowisko. Kiszczak, Urban i ich legiony zła mogą znowu odsapnąć. Są znowu potrzebni, a może nawet niezbędni. Bez nich nasza historia będzie ułomna, nie potrafi odróżnić bohatera od warchoła i wichrzyciela. O kim się wyrażą źle - temu biada. Kogo pochwalą - na pomniki z nim. Tylko pora jeszcze niewłaściwa. Trzeba poczekać do zimy. Wówczas materiału na takie monumenty będzie pod dostatkiem.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie