Dzieciństwo będzie później

Redakcja
Mama Kamila sadza syna przed telewizorem, kiedy wyświetlane są reportaże. - Po co? Żeby nie myślał, że jest mu tak źle i żeby zobaczył, że inni ludzie i inne dzieci też mają krucho w życiu - tłumaczy. Bo takich jak Kamil jest wielu. Na przykład Maciek, który ma mamę alkoholiczkę i sam musi zadbać o brata, i Kuba, który opiekuje się całą rodziną. Są też zwykli chłopcy, którzy, aby zarobić trochę pieniędzy i pomóc rodzicom, tańczą breakdance lub tacy, co sprzedają widokówki, bo chcą wyjechać na zieloną szkołę. - Jak to jest, że jedni mają takie zwykłe dzieciństwo, a drugim życie je pokomplikowało? - zastanawia się pani Ewa, mama Kamila. - Ale my to dzieciństwo jeszcze odrobimy - wierzy.

Za zarobione pieniądze Mariusz kupuje sobie jedzenie, najczęściej w McDonaldzie. 10, 20 złotych codziennie oddaje mamie. Wie, że ich potrzebuje.

Odrobimy dzieciństwo

   Kiedy mama Kamila zaczęła tracić przytomność, chłopak przestraszył się, że umiera. Nie chciał, aby zabierano ją do szpitala. - Rozpłakałem się nawet - przyznaje. Babcia kazała mu szybko pobiec do sąsiadów i dzwonić po pogotowie. Wszystko pamięta dokładnie, minutę po minucie. Był luty 2005 roku, lekarze orzekli, że to tętniak.
   Pani Ewa nie chodzi. Rehabilitant pracuje z nią dwa razy w tygodniu. Nauczyła się siadać na łóżku, czasami jednak potrzebuje pomocy Kamila. - Jest silny. Kiedy go proszę, bierze mnie za ręce i ciągnie do gó_ry - opowiada. - _Zamieniliśmy się rolami. Kiedyś ja chodziłam koło syna, teraz syn chodzi koło mnie. Bez mamy i Kamila nic nie mogłabym zrobić.
   Mieli plany. Remonty, wyjazd na wakacje. Kamil nigdy nie widział morza. Przełożyli to na później. - Wszystko odrobimy - powtarzają.
   Mieszkają we trójkę w małym domku. Kamil chodzi do trzeciej klasy. Najbardziej lubi swoją wychowawczynię i matematykę, najmniej angielski. Mama nie zapisała go na kurs językowy, bo był za drogi. A w domu nikt nie może mu w angielskim pomóc. Babcia mówi, że od czasu choroby mamy z nauką Kamila w ogóle zrobiło się kiepsko. - Za rok będzie lepiej - zapewnia chłopak.
   Kamil nie lubi się chwalić. Teraz to przecież normalne, że zamiast mamy on chodzi po wodę do studni i na zakupy. Musi też sprzątać, pomagać babci. - Wyrabiam w sobie siłę, mam większe mięśnie - twierdzi. Z dumą dodaje, że jest przecież jedynym mężczyzną w tym domu, oczywiście prócz kota Niuńka. Zapewnia, że umie obsługiwać nawet wiertarkę. Kiedyś asystował przy pracach domowych mamy. Dziś musi je wykonać sam. Nawet te, które uchodzą za typowo kobiece.
   Nie wiadomo dlaczego, ale wstydzi się o tym wszystkim opowiadać. Kiedy na chwilę wychodzi z pokoju, by poszukać kota, mama mówi szybko o największym sukcesie kulinarnym Kamila - jajecznicy. Udało mu się już za pierwszym razem. Kanapki i herbatę przynosi jej do łóżka co rano. Potrafi pomóc zmienić niewygodną pozycję i poprawić humor. Za zaoszczędzone pieniądze kupił jej w zeszłym tygodniu gipsową figurkę.
   Kamil będzie albo piłkarzem, albo kolarzem. Kibicuje Cracovii, choć babcia jest zapaloną wiślaczką. Chłopiec ma nawet dwa autografy swoich ulubieńców i proporczyk klubu. W ogródku trenuje na rowerze. Dostał go rok temu na Pierwszą Komunię Świętą. Wtedy był trochę dla niego za duży, ale teraz jest w sam raz.
   - Jeździć nauczyła mnie mama - chwali się. - Zresztą pływać też. Razem chodziliśmy na Bagry.
   Czy Kamil ma jakieś marzenia? Ma jedno, ale nie mówi o nim głośno.

Kiedy świat staje na głowie

   Damian ma 11 lat i mówi, że trzeba sobie w życiu radzić. Zarabia na krakowskim Rynku Głównym, robiąc fikołki i stając na głowie. - To breakdance - wyjaśnia. Najbardziej boi się konkurencji (koncertujących Romów), policji i Straży Miejskiej, która ich przegania.
   Przychodzi tańczyć prawie codziennie, po godzinie 19. Wtedy w kawiarniach siedzi najwięcej ludzi, czasem skorych do sutego napiwku. - Nie ma reguły. Raz więcej dadzą Polacy, raz obcokrajowcy - zauważa. - W niektóre dni udaje nam się sporo uzbierać.
   Mama Damiana mówi, że najbardziej oburzeni takim sposobem zarabiania dzieci są nauczyciele i pedagodzy syna.
   - Pytają, gdzie są rodzice i jak mogą na to pozwalać - denerwuje się mama chłopca. - A przecież za te pieniądze syn może sobie kupić to, co chce, na co ja nie mogę mu dać. Wie, że aby wydawać, musi zapracować.
   Tańczyć breakdance to wcale nie takie łatwe. Trzeba znać figury: salto, skorpiona czy fiflaka i nie wstydzić się występować przed publicznością. Damian nauczył się tego wszystkiego, obserwując grupę starszych chłopców pod pomnikiem Mickiewicza. Doskonalił się na zajęciach WF i w domu. - Chyba lepiej zarabiać niż kraść? - pyta.
   Ostatnio kupił sobie telefon komórkowy. Stara się też robić zakupy do domu. - Przynoszę zawsze coś słodkiego - zdradza.
   Tomek ma 11 lat i też tańczy z Damianem. Wygląda, w okularach, jak Harry Potter. Jest ulubieńcem żeńskiej części widowni. Wcześniej zajmował się pocztówkami. - Niektóre sami rysowaliśmy, inne kupowaliśmy po 50 groszy, a sprzedawaliśmy w restauracjach i kawiarniach po 2 zł - opowiada. - Ludzie chętnie dawali. Na co wtedy zbierałem? Na zieloną szkołę. Trochę pieniędzy mi zabrakło, musiałem prosić rodziców o pomoc.
   Jest jeszcze dziesięcioletni Mariusz. Niewiele mówi. - On tak zawsze, skryty - podkreśla Damian. Za pieniądze, które "wytańczył", kupił sobie ubranie: czapkę i wymarzone buty. Rodzice nie mogli mu na nie dać.
   Mariusz kupuje sobie także jedzenie, najczęściej w McDonaldzie. 10, 20 złotych codziennie oddaje mamie. Wie, że ich potrzebuje.
   Kim chcieliby być w przyszłości? Zawodowymi breakdance'owcami. - Jak pani przyjdzie za kilka lat pod Adasia, będziemy fruwać dwa metry nad ziemią i tak zarabiać na życie - zapraszają.

Zastąpię ci tatę

   Miał 14 lat, ale w niczym nie przypominał równolatków. Kuba trafił do krakowskiego Pogotowia Opiekuńczego, bo nie chodził do szkoły. Wagarował, ponieważ postanowił zaopiekować się swoją chorą na raka matką i młodszymi siostrami.
   Żył jak dorosły. Zarabiał na dom. Pomagał, gdzie się dało, nosił węgiel, zbierał złom. Piotr Pilch, dyrektor Pogotowia Opiekuńczego mówi, że to wyjątkowa historia.
   Tak naprawdę nikt nie wie, gdzie podział się ojciec Kuby. On sam niechętnie o tym wspominał. Próbował zastąpić go swoim dwóm młodszym siostrom. Robił im śniadanie, odprowadzał do przedszkola, później do szkoły, zarabiał na utrzymanie rodziny. Dla siebie zostawało mu niewiele czasu.
   Gdy pojawił się w pogotowiu, wszyscy wiedzieli, że będzie chciał uciec. Miał w domu - jak mówił - swoje niezałatwione sprawy. Policja przywoziła go, on szukał okazji, by wrócić.
   Kiedy pojawiał się na obiedzie, wszystkie ciastka lub cukierki, które chłopcy dostawali do posiłku, chował do serwetek. Zawoził je dla sióstr. Czasami umawiał się z chłopakami i brał od nich coś, co im nie smakowało. Innym razem prosił w kuchni o chleb albo konserwy.
   - Chłopak był bardzo związany z matką i swoim rodzeństwem. To się nieczęsto zdarza u naszych wychowanków - mówi Pilch.
   Kiedy dowiedział się, że matka ulega mężczyźnie, który wynosił z domu i sprzedawał wartościowe przedmioty musiał koniecznie wrócić do rodzinnego miasta i załatwić sprawy po swojemu. Udało mu się. Pewnego dnia zebrał kolegów i pobił dotkliwie napastnika. Do pogotowia nie chciał wracać. Zaczął się ukrywać przed policją. Podobno teraz zbiera złom, aby zarobić na utrzymanie rodziny.

Proste marzenia

   Z dzieciństwa pamięta, jak pijana mama zasnęła z zapalonym papierosem. O mało się wtedy nie spalili. Inne wspomnienia są podobne: nocne libacje, alkohol, krzyki, zabawa. Zapomina o tym wszystkim tylko wtedy, kiedy jeździ na rowerze. Na chwilę.
   Maciek ma 15 lat i jest uczniem krakowskiego gimnazjum. Z nauką bywa trochę na bakier. Jego młodszy brat, Staś, też marnie się uczy. Ma dysgrafię i dysortografię. Nauczyciele nie potrafią odczytać ani jednego zdania.
   Maciek ma tylko jedno marzenie - uciec z domu. Do dziadków albo do ojca. - Wziąłbym ze sobą Stasia - mówi. Staś chodzi do szóstej klasy, jest nerwowy. Dziadkowie uważają, że potrzebna mu opieka psychologa. Na razie opiekuje się nim Maciek, jak najlepiej potrafi.
   - Pamiętam jak mama stawała w otwartym oknie i mówiła, że wyskoczy. Baliśmy się, że zrobi to naprawdę. Nie wiedzieliśmy, czy płakać czy krzyczeć - opowiada piętnastolatek. - Czasami straszyła, że nas zostawi, że pójdzie sobie na zawsze. Wierzyliśmy w to.
   Maciek pamięta wiele złych historii. Picie matki na umór, trzeźwienie, wieczni goście. Kiedyś, gdy wrócił z domu, siedziała i wpatrywała się tępo w jeden punkt. Nagle zaczęła mówić. Twierdziła, że słyszy głosy.
   - Przestraszyłem się. Zawiozłem ją wpierw na toksykologię do Szpitala im. Rydygiera, potem do Kobierzyna - wspomina piętnastolatek.
   Trzy lata temu dziadkowie wystąpili o ograniczenie matce chłopców praw rodzicielskich. Chcieli także skierować ją na przymusowe leczenie. Nie udało się. Chłopcy musieli radzić sobie sami. Było coraz gorzej.
   Kilka miesięcy temu Maciek wezwał do domu policję. - Wszedłem do pokoju i zobaczyłem matkę pijaną w łóżku. Była z obcym mężczyzną. Wziąłem komórkę i wezwałem policję - opowiada. - Potem zaczął się koszmar. Była na mnie wściekła. Zaczęła mi grozić, straszyć, że jej kumple mnie załatwią, że znajdą mnie martwego na śmietniku - opowiada syn.
   Dziadkowie starają się, aby chłopcy trafili do nich. Mieliby wtedy szansę na normalne życie. Mogliby robić to, co lubią: Maciek jeździć na rowerze, Staś grać na komputerze i chodzić z dziadkiem na długie spacery. Maciek zrealizowałby może swe marzenia. Są bardzo proste. Chciałby w przyszłości być dobrym człowiekiem, pracować z ludźmi, pomagać im. Może zostanie psychologiem?
KATARZYNA KACHEL
   Imiona Kuby, Maćka i Stasia zostały zmienione.

Komentują dla nas:

   Marta Chechelska, rzecznik Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Krakowie
   Wiele dzieci musi dojrzeć szybciej niż ich rówieśnicy, przejąć domowe obowiązki. Staramy się, aby zawsze miały ciepły posiłek w szkole, by były dobrze ubrane, miały podręczniki. Z myślą o nich zostają uruchamiane placówki wsparcia dziennego, czyli świetlice terapeutyczne. Chcemy, aby tam mogły rozwijać swoje zainteresowania, spędzać czas i liczyć na pomoc psychologa lub nauczyciela przy odrabianiu zadań. Od tego roku wprowadzamy do naszej pracy także idee wolontariatu. Studenci i młodzież będą pomagać takim właśnie dzieciom.
   Sylwia Bober-Jasnoch z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji
   Spotkaliśmy się z dziećmi, które próbują zarobić pieniądze: sprzedają widokówki, kwiaty, myją samochodowe okna na skrzyżowaniach, a także tańczą na Rynku. Jeżeli policja uzna, że sytuacja, miejsce czy pora stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa dziecka, natychmiast interweniuje. Interesujemy się także tymi nieletnimi pod kątem ich warunków domowych, sprawdzamy, czy rodzice nie zaniedbują takiego dziecka wychowawczo.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie