Jak w partii szachów – o Bogu przyjacielu

Redakcja
Ludzie mogą nas nieraz wystawić do wiatru, ale jest Ktoś taki, na kim nigdy się nie zawiedziemy. Ktoś, kto zawsze będzie przy nas, gotowy do pomocy we wszystkich okolicznościach – prawdziwy przyjaciel – Bóg!

Jezus Chrystus przyszedł na ziemię, by nas o tym przekonać. Zapewnił o tym dobitnie na krzyżu. Ale także wtedy, gdy powiedział: „Wy jesteście przyjaciółmi moimi”… (J 15, 14). Za nim szły tłumy, bo dla każdego miał otwarte serce. Nikogo nie odsyłał z pustymi rękami. Nikogo nie traktował z góry. Każdym zajmował się z osobna: jednemu kazał się obmyć w sadzawce, drugiemu nałożył na oczy błoto, trzeciemu łaskawie odpuścił grzechy, a innych ostro upomniał. On wszystkich zapragnął pokochać, ale jednocześnie potrafił zniżyć się do poziomu miłości, na jaki stać było w danej chwili tego, z kim rozmawiał.

Pamiętacie może z Ewangelii trzykrotne pytanie Jezusa do Księcia Apostołów: „Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?” (por. J 21, 15-17). Zwróćmy uwagę na okoliczności tego pytania. Jezus postawił je Piotrowi, z którego jeszcze ściekała woda, bo ten wcześniej bez zastanowienia rzucił się w jezioro, by dotrzeć czym prędzej do Mistrza. Dał ogromny dowód swojego przywiązania, wierności, miłości, a Jezus nagle pyta go: „Czy ty Mnie miłujesz?”. Czy nie jest to co najmniej zastanawiające?

Chrystus stawia takie dziwne pytanie Piotrowi, bo chce tym pytaniem odbudować jego zaufanie. Piotr doskonale widzi, że Jezus się nad nim pochyla, ponownie z nim rozmawia, pomimo niedawnej zdrady, wyciąga do niego rękę. Jezus w swojej delikatności nie zadaje pytań w stylu: „Piotrze, coś ty narobił? Jak mogłeś tak wobec Mnie postąpić?”, ale stawia pytanie o miłość. Dla Niego nie są ważne fakty, ale porywy ludzkiego serca. Dla Niego nie jest ważne, że przychodzisz ciągle do spowiedzi z tymi samymi, może ciężkimi grzechami – dla Niego istotne jest, że chcesz mieć czyste serce. Dla Jezusa nie jest ważne, że nie chodziłeś do Kościoła przez ostatnie 3 lata albo dłużej – dla Niego radością pozostaje to, że od paru miesięcy zmieniłeś swoje postępowanie.

Jezus zniża się do poziomu twojej miłości, tak jak niegdyś pochylił się do poziomu skruszonej miłości Piotra. On nie zadaje mu trzech różnych pytań na przykład: o miłość, o zdolności przywódcze, o to, jak wyobraża sobie przyszły Kościół. On trzykrotnie stawia mu to samo pytanie – pytanie o miłość. To znak, iż jest ono najważniejszym pytaniem, jakie człowiek może usłyszeć od Boga. To znak, iż naszą pozytywną odpowiedzią na to pytanie możemy wzorem św. Piotra zmazać nawet największe nasze głupstwa.

Chrystus zniżył się do poziomu miłości, na jaki stać było Pierwszego Papieża. Czytając Ewangelię po polsku, nie da się uchwycić pięknej gry słów, zawartej w greckich terminach, określających miłość. Dopiero lektura w języku oryginalnym daje upragniony efekt. Jezus dwukrotnie pyta Piotra o miłość, a ten dwa razy stwierdza, że darzy Mistrza przyjaźnią. Za trzecim razem Chrystus w swojej delikatności proponuje więc… przyjaźń.
Jezus każdego z nas pyta o miłość. I czeka na naszą odpowiedź. Jeżeli ktoś gotów jest w Niego tylko uwierzyć, to Jezus zniży się do tego poziomu. Jeżeli ktoś jest w stanie Mu tylko zaufać, to Jezus to zaakceptuje. Jeżeli ktoś potraktuje Go tylko jako przyjaciela, to On i na to się zgodzi. Ale zawsze zapyta najpierw o miłość, jak niegdyś Piotra nad Jeziorem Tyberiadzkim…

Boży plan "B"

Bogu na tobie bardzo zależy i kiedy odrzucasz Go osobiście, On się tak łatwo nie poddaje. Ma plan „B”. Każdemu przy narodzinach przydziela anioła, który niczym cień podąża za nami wszędzie i pilnuje, byśmy nie wpakowali się w poważne tarapaty. Tradycja nazwała go stróżem. I jest to moim zdaniem kolejny dowód na to, jak bardzo ważni jesteśmy w oczach Najwyższego. Przecież doskonale wiemy, że rzeczy bezwartościowych nie ma potrzeby strzec. Anioł Stróż nie tylko zaś nad nami czuwa, ale jest niemal wyłącznie do naszych usług. Słyszałem kiedyś o pewnej pani, która po każdym upadku beształa „swojego duchowego opiekuna” za to, że jej nie ustrzegł przed siniakami. Prawda, że miała rację?

Są jednak i inni aniołowie, których Bóg do nas posyła. Ci jednak nie mają już skrzydeł, nie noszą na sobie białych prześcieradeł i nie przechodzą przez ściany. To inni ludzie, którzy wkraczają w nasze życie zawsze wtedy, gdy wszystko dookoła sprzysięga się przeciw nam. To osoby, które nie wiadomo, dlaczego i w jakim celu wyciągają pomocną dłoń i podtrzymują właśnie wtedy, gdy już prawie leżymy na łopatkach, przygnieceni do ziemi codziennością.

Często o kimś, kto doskonale gra w szachy, mówi się, że jest „niesamowitym mózgiem”. Otóż przyjmując takie nazewnictwo, Boga należałoby określić „Megamózgiem”. Dla Niego nawet stu Kasparowów naraz nie dałoby rady. Wszechmocny tak doskonale potrafi poustawiać figury na szachownicy i do tego stopnia przewidzieć naprzód wszystkie ich ruchy, że nie ma na Niego mocnych. Nieraz wydaje się, że stoi na straconej pozycji, nieraz poświęca jakiegoś pionka, nieraz wykonuje jakieś bezsensowne ruchy, a po chwili sytuacja diametralnie się odwraca i to On jest górą.

Nasze życie do znudzenia przypomina partię szachów, w której ludzie są figurami. Stojąc jednak na szachownicy, niejednokrotnie zupełnie nie rozumiemy, w jakim celu wszystko dzieje się wokół nas. Nie potrafimy pojąć najprostszych gambitów, nie widzimy sensu w roszadach, a poświęcenie gońca za hetmana często zauważamy dopiero po fakcie.

Bóg tak przesuwa bierki na planszy naszej codzienności, że jedne nie mogą się obejść bez drugich! Tak samo jak my nie możemy się obejść bez innych ludzi! Najwyższy potrafi to wykorzystać i tak zamieszać w czyimś życiu, by ta osoba przyszła do ciebie i zupełnie nieświadomie rozwiązała sprawę, z którą ty chodzisz już od miesięcy.

Wiedz, że osoby, które spotykasz na co dzień, nie są przypadkowe. I każda z nich ma na ciebie jakiś wpływ, który mniej lub bardziej ma cię ukierunkować na Boga. Możesz więc w życiu trafić na różnych ludzi, przypominających ci o Panu, ale jest jedna osoba szczególnie do tego powołana. To kapłan, a ściślej rzecz biorąc kierownik duchowy. To taki przyjaciel, którego Bóg stawia na naszej drodze w odpowiedzi na modlitewne prośby. Ktoś kiedyś przyrównał go do lustra. Im jest większy (duchowo) i im bardziej odkrywa nasze braki, tym prawdziwszy obraz siebie otrzymujemy po spotkaniu z nim. Już Cycero mawiał: „Przyjaciel jest jak my sami. Ten, kto może przyjrzeć się prawdziwemu przyjacielowi, widzi obraz samego siebie”.

Pomoc duchowa

Nikt z nas nie spotka jednak takiego duchowego przewodnika, jeśli ani razu nie zajrzy do kościoła. Tak samo jak nikt nie przekona się o tym, jak to jest oderwać się na dłużej od ziemi, dopóki nie wsiądzie do samolotu. Jeśli ktoś z was choć raz w życiu podróżował „latającym ptakiem”, doskonale wie, że jest to znakomity środek transportu. Owszem, zdarzają się czasem wypadki, ale ich liczba i prawdopodobieństwo są znacznie mniejsze niż chociażby przy jeździe samochodem.

Kościół to taka firma lotnicza, która zabierze cię z ziemi do nieba bez większego ryzyka zgubienia drogi czy roztrzaskania się. Ktoś powie, że i w historii Kościoła wypadki się zdarzały, a największe herezje wychodziły z ust jego członków. To prawda, lecz zwykle to nie maszyna zawodziła, ale pasażerowie nie zapinali pasów bezpieczeństwa.

Na każdym lotnisku obok kolosów, mogących pomieścić mnóstwo pasażerów, znajdują się też zwykle mniejsze samoloty – takie czarterowe. Choć zabierają na pokład niewielką liczbę osób, to mają jeden plus: by nimi polecieć, nie trzeba czekać godzinami, aż się wystartuje. W obrębie Kościoła także są pewne mniejsze części, które określa się mianem „ruchów” czy „wspólnot”. Z reguły nie mają zbyt wielu „pasażerów”, ale znacznie przyspieszają i wspomagają podróż wiary.

Bóg przysyła nam posiłki ze wszystkich możliwych stron. Korzysta z różnych sposobów, abyśmy Go wreszcie dostrzegli. Przychodzi w drugim człowieku i w całych grupach osób, ale nigdy ostatecznie nie zrezygnuje z tego, by spotkać się z tobą osobiście. Tylko jest przy tym niezwykle subtelny. Pamiętasz? Lekki powiew, nie burza!

Warto więc być bardziej czujnym, bo gdy już Go spotkasz i się z Nim zaprzyjaźnisz, to On z pewnością znajdzie rozwiązanie dla wszystkich twoich problemów. A jeśli nie wierzysz, posłuchaj, co przydarzyło się mnie.

Któregoś dnia, jadąc samochodem, zacząłem odmawiać Różaniec. Czasem wpadam na takie „błyskotliwe pomysły”. Tym razem tak się zamyśliłem, że przez nieuwagę na skrzyżowaniu zaczepiłem zderzakiem o inny samochód. Szkoda nie była duża, więc nie zgłaszałem jej do firmy ubezpieczeniowej. Naprawa wozu kosztowała mnie zatem parę groszy.

Już po fakcie zacząłem się w duchu zastanawiać, pytając Boga, jaki jest sens tego zdarzenia. Ja się modlę, a On (tak sobie pomyślałem) w nagrodę przysparza mi wydatków. Taki z Niego przyjaciel?! W tamtej chwili zgadzałem się w pełni ze słowami św. Teresy z Ávila: „Panie, jeśli w taki sposób traktujesz swoich przyjaciół, to nic dziwnego, że masz ich tak niewielu”.

Nie minął jednak tydzień od mojej modlitwy, a na ulicy znalazłem zwinięty pęk banknotów. Podniosłem go. Kwota, jaką trzymałem w rękach, zgadzała się dokładnie z tą, jaką wydałem u mechanika. Aż mnie zatkało… Jak to możliwe?!
I wreszcie do mnie dotarło. Najwyższy czasem coś w naszej partii szachów poświęci, by zaraz odzyskać to z nawiązką. Miałem już nie tylko sprawny samochód, ale jeszcze jeden dowód na to, że na Bogu zawsze mogę polegać. Prawdziwych przyjaciół poznaje się… w biedzie. A poza tym „któż mnie pocieszy, jeśli nie Ten, którego zasmucam?” (2 Kor 2, 2). Tak na marginesie, to właśnie te słowa wybrałem jako myśl przewodnią mojego kapłaństwa, wypisując je na obrazku prymicyjnym.

Ilekroć czytam wspomniany wyżej fragment Drugiego Listu do Koryntian, przypomina mi się pewna historia, która opowiada o starszym człowieku. Jego córka zaprosiła którejś niedzieli do domu na obiad księdza proboszcza. Kiedy duszpasterz przybył, zastał w mieszkaniu jedynie starszego mężczyznę, leżącego w łóżku. Obok stało puste krzesło. Pomyślał więc, że zostało przygotowane specjalnie dla niego. Gdy się zbliżył i zajął miejsce, wywiązała się rozmowa, a raczej długi monolog.

„Nigdy nie mówiłem o tym nikomu, nawet mojej córce – powiedział gospodarz domu – ale przez całe życie nigdy nie wiedziałem, jak się modlić. W kościele dużo słyszałem na ten temat, ale gdzieś mi się to z biegiem lat po kościach rozeszło. Zaniedbałem całkowicie kontakt z Najwyższym. Pewnego dnia wiele się jednak zmieniło w tej kwestii. Cztery lata temu mój najlepszy przyjaciel wytłumaczył mi, że modlitwa jest właściwie prostym sposobem rozmowy z Jezusem. Kazał mi usiąść na krześle, drugie, puste, ustawić obok i w wierze zobaczyć na nim Chrystusa. To nie wszystko. Polecił mi jeszcze rozmawiać z Nim, tak samo jak z wszystkimi innymi ludźmi. Więc spróbowałem i polubiłem to tak bardzo, że robię to po parę godzin dziennie. Kiedy moja córka widzi mnie, mówiącego do pustego krzesła, załamuje się nerwowo i sądząc, że jestem psychicznie chory, chce mnie wysłać do wariatkowa”.

Ksiądz proboszcz głęboko wzruszył się opowiedzianą historią. Porozmawiał jeszcze chwilę, zachęcając do kontynuowania „tradycji”, po czym głodny, ale szczęśliwy wrócił na plebanię. Dwie noce później odezwał się telefon. Dzwoniła córka starszego pana z przeprosinami i z wiadomością: „Mój ojciec odszedł do Pana tego popołudnia”. „Czy umarł w spokoju?” – zapytał kapłan. „Tak. Kiedy wróciłam do domu po pracy, zawołał mnie do swojego łóżka, powiedział, że mnie kocha i pocałował w policzek. Godzinę później znalazłam go już martwego. Umarł w samotności. Ale w tym wszystkim było coś dziwnego. Prawdopodobnie przed śmiercią tata pochylił się i oparł swoją głowę na krześle przy łóżku, bo w takiej dziwnej pozycji go znalazłam… Co o tym sądzić?”

Ty sądź, co chcesz! Ale wiedz jedno! Jeśli pozwolisz Jezusowi stać się twoim przyjacielem, to i twoja głowa także znajdzie się na Jego kolanach, gdy nikt inny nie będzie potrafił cię pocieszyć w żaden sposób. Możesz być pewny(-a), że i ciebie przytuli do swego serca, gdy będziesz tego kiedyś potrzebował(-a)! Wiedz, że z Nim nigdy nie zostaniesz sam(-a), choćby innym wydawało się, że nikogo nie ma w pobliżu.

ks. Piotr Kozłowski

Źródło: Jak w partii szachów – o Bogu przyjacielu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie