Jestem księdzem z Krakowa

Redakcja
Oficjalny życiorys abp. Stanisława Dziwisza to zaledwie kilkanaście linijek tekstu. Zredagował go sam, bo nigdy nie lubił mówić zbyt wiele o sobie.

Nie było drugiej osoby tak oddanej Papieżowi

Oficjalny życiorys abp. Stanisława Dziwisza to zaledwie kilkanaście linijek tekstu. Zredagował go sam, bo nigdy nie lubił mówić zbyt wiele o sobie.

   Zawsze na pierwszym miejscu był dla niego Jan Paweł II. "Don Stanislao", jak o nim mówiono w Watykanie, wrósł w pejzaż Stolicy Apostolskiej, ale też nigdy nie zerwał kontaktów z ziemią krakowską i Podhalem. Pytany o miejsce pochodzenia, niezmiennie odpowiada: "Jestem księdzem z Krakowa".
   Urodził się w Rabie Wyżnej, koło Rabki. Ojciec Stanisława, także Stanisław, i matka Zofia z Bielarczyków pobrali się w 1928 r. i zamieszkali w domu opodal granicy Raby Wyżnej z Rokicinami. Starego rodzinnego domu już nie ma - Ludwik, brat Stanisława, przebudował i zmienił domostwo. Senior rodu pracował jako robotnik na kolei, matka zajmowała się prowadzeniem gospodarstwa i wychowywaniem dzieci, których w rodzinie Dziwiszów urodziło się siedmioro. Gdy tragicznie, na kolei, zginął ojciec abp. Dziwisza, matka musiała przejąć wszystkie funkcje głowy domu.
   Nikt w rodzinie nie domyślał się, jakie plany ma młody Stanisław Dziwisz, ale wszyscy często widywali go pogrążonego w lekturze historii Kościoła. Chętnie chadzał też na dodatkowe lekcje łaciny do jednego z miejscowych księży. Dopiero po zdanych egzaminach do Seminarium Duchownego powiedział matce, że będzie tam studiował. Prymicje kapłańskie miał w rodzinnej Rabie w 1963 r. Potem trafił do pracy w parafii w Makowie Podhalańskim, gdzie był przez rok.
   Do dzisiaj w Makowie żywa jest anegdota, jak to nowy wikary został osaczony przez psy, które żyły przy plebanii i ratował się ucieczką w stronę cmentarza. A że psy nie dały za wygraną, ks. Stanisław wdrapał się na stojący tam krzyż. I później skomentował tę historię tak: "Krzyż zawsze człowieka uratuje".
   Wielu ludzi z tamtych okolic pamięta wikarego Dziwisza, bardzo zaangażowanego w pracę duszpasterską. - Odbierałem go jako człowieka zdecydowanego, sprawiającego wrażenie, że wie, czego chce, a jednocześnie zdystansowanego, dyskretnego, układnego. Do dzisiaj jest taki, bardzo oszczędny w słowach. Ale my mieliśmy w nim orędownika - _wspomina jeden z makowskich księży. - Gdy wybieraliśmy się z pielgrzymką do Watykanu i pytaliśmy ks. Dziwisza, czy pomoże nam w załatwieniu audiencji u Ojca Świętego, zawsze odpowiadał w podobnym stylu: "Upomnimy się o was" - i zawsze wszystko tak załatwiał. I prosił, aby "nie wymieniać go z nazwiska w tekście o tak znamienitych osobach, jak Jan Paweł II i abp Dziwisz".
   To nie był przypadek, że w 1966 roku ks. Stanisław Dziwisz został najpierw drugim, a potem pierwszym kapelanem starszego o 19 lat od siebie abp. Karola Wojtyły. Ksiądz Mikołaj Kuczkowski, wówczas prawa ręka ówczesnego metropolity krakowskiego, przedstawiając go abp. Wojtyle, dobrze wiedział, że nie znajdzie nikogo bardziej odpowiedniego. Ks. Dziwisz był zafascynowany postacią swojego przełożonego, znał wszystkie jego dzieła naukowe, wiele cytował z pamięci.
   O tym, z jaką atencją traktował metropolitę, świadczy historyjka, którą opowiadają starsi krewni arcybiskupa Dziwisza. Kardynał Wojtyła przeprowadzał wizytację parafii w Rabie i odwiedził dom rodzinny swojego sekretarza. W pewnej chwili zaczął mu wypominać:
"Stasiu, tyle razy przejeżdżaliśmy przez Rabę, a tyś mnie nigdy nie zaprosił." A ks. Dziwisz na to odpowiedział: "Nie miałem odwagi".
   Będąc sekretarzem kardynała, a później Jana Pawła II, nigdy nie zapominał o rodzinnych stronach. Zwykle, przynajmniej raz w roku, spędzał urlop w Rabie Wyżnej. Jego rozkład dnia był taki: rano odprawiał mszę w swojej parafii, a potem z kolegami z seminarium wyruszał w góry. Często towarzyszył mu ks. Józef Tischner, czasem - dzieci sióstr i braci.
   Przez dwadzieścia lat pontyfikatu Jana Pawła II często mylono go z inną postacią - papieskim ceremoniarzem, ks. abp. Piero Marinim, specjalistą od kościelnej liturgii, który podczas wszystkich nabożeństw - czy to w Watykanie, czy za granicą - stał tuż obok papieża. Ks. Dziwisz, a właściwie jego ręka, pojawiała się w telewizyjnym kadrze zwykle tylko dwa razy - gdy podawał papieżowi tekst kazania i gdy go odbierał.
   Sylwetka papieskiego sekretarza stała się szerzej znana dopiero wówczas, gdy Jan Paweł II, cierpiący na chorobę Parkinsona, coraz częściej potrzebował pomocy, aby np. zejść po trapie samolotu, wejść po schodach albo poprawić rozwiane wiatrem szaty. Wtedy rola osobistego sekretarza Jana Pawła II znacznie wzrosła. Uczestniczył we wszystkich codziennych zajęciach Papieża. Tylko on potrafił przekonać Jana Pawła II, aby cieplej się ubrał czy przyjął dodatkową porcję leków. Tylko on odważył się zasugerować Ojcu Świętemu, aby oszczędzając siebie, skrócił zbyt rozbudowany program kolejnej pielgrzymki. Tylko on w zastępstwie coraz bardziej chorego Papieża miał prawo udzielać komunii osobom, które dostąpiły zaszczytu udziału w porannej mszy z Janem Pawłem II.
   Nie było drugiej osoby tak oddanej Ojcu Świętemu. Mimo to osobisty sekretarz Papieża musiał długo czekać na biskupią sakrę. Otrzymał ją dopiero w marcu 1998 r. Prawie w tym samym czasie dotychczasowy prefekt Domu Papieskiego bp Dino Monduzzi został kardynałem. W Watykanie szeptano, że zastąpi go właśnie ks. Dziwisz. Prefekt Domu Papieskiego to bardzo ważna funkcja, tradycyjnie koronowana kapeluszem kardynalskim. Jednak Jan Paweł II nie miał zamiaru rozstawać się ze swoim sekretarzem. A jednocześnie chciał go w jakiś sposób uhonorować za wierną służbę. Mianował więc dwóch prefektów Domu Papieskiego - ks. Dziwisza i Amerykanina Jamesa Harveya; żeby ówczesny biskup nominat Dziwisz nadal mógł stać u papieskiego boku.
   Ta jego służba - w szerokim rozumieniu tego słowa - miała się wyrazić również w biskupim zawołaniu, które jest ideą przewodnią dla osoby obdarzonej tą godnością. Papieski sekretarz wybrał pierwotnie słowo "servire" - służyć. Jan Paweł II poradził mu jednak, aby na biskupim herbie, którego głównym elementem jest gołębica, symbolizująca Ducha Świętego i krzyż z Giewontu, umieścił słowa z papieskiego kazania w Zakopanem -
"Sursum corda" - _w górę serca.
   Dyskretny, cierpliwy, inteligentny, skromny. Tak o nowym metropolicie krakowskim mówią jego przyjaciele z seminarium.
   Przez cały okres pontyfikatu, a podobno nawet wcześniej, prowadził osobisty dziennik, w którym zapisywał wszystkie spotkania i audiencje. Te notatki stanowią dzisiaj pokaźny tom. Mówi się, że być może zostaną one wykorzystane przez papieskiego sekretarza w książce będącej podsumowaniem pontyfikatu Jana Pawła II, do napisania której abp Dziwisz rzekomo się przymierza.
GRAŻYNA STARZAK

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie