MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Kamil Stoch: Chcę wrócić na szczyt. Postawiłem wszystko na jedną kartę

Artur Bogacki
Artur Bogacki
Trener Michal Doleżal, Kamil Stoch i prezes PZN Adam Małysz wierzą w powodzenie nowego projektu Team Stoch
Trener Michal Doleżal, Kamil Stoch i prezes PZN Adam Małysz wierzą w powodzenie nowego projektu Team Stoch Artur Bogacki
Do nowego sezonu w Pucharze Świata w skokach narciarskich Kamil Stoch przygotowywać się będzie inaczej niż dotychczas. Dla naszego najbardziej utytułowanego zawodnika w tej dyscyplinie zorganizowano poza kadrą osobny team, z trenerem Michalem Doleżalem na czele. Po nieudanym sezonie wszyscy liczą na poprawę.

Stworzenie specjalnego teamu ma panu pomóc wrócić do skoków na najwyższym poziomie?
Głęboko w to wierzę, ponieważ uważam, że w tej chwili mam stworzone warunki do tego, żeby tak się stało. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby poświęcić się temu w stu procentach, tak jak zawsze to robiłem. Na tę chwilę całym sobą wierzę w to, co robię. Po tych kilku treningach wspólnej pracy już czuję, że to idzie w dobrym kierunku.

Dobrze widzieć pana w takiej formie. Bo podejście mentalne było chyba najważniejszym elementem poprzedniego sezonu, patrząc na to, co działo się na skoczni.
Owszem, to wszystko jest powiązane ze sobą. Jak powiedział też prezes Małysz, tak naprawdę odpowiednie podejście zawodnika mentalne czy poczucie bezpieczeństwa, poczucie sprawczości to już jest połowa sukcesu. Ja się z tym zgadzam w stu procentach. Ostatnie lata bardzo mnie doświadczyły na różne sposoby. Nie powiem, że były stracone, tylko, że to były lata zbierania informacji. Teraz po prostu mam stuprocentową pewność, że to, co robię, jest dobre. Tego jeszcze nigdy nie próbowałem, w to chcę iść i właśnie w takiej konfiguracji spróbować przygotować się do kolejnego sezonu.

Założyliście sobie z trenerem Doleżalem jakąś cezurę czasową, na przykład zimowe igrzyska olimpijskie w 2026 roku we Włoszech? Wcześniej mówił pan, że będzie skakał, dopóki będzie to sprawiać radość.
Owszem, i cieszę się, że ta radość została mi przywrócona. Zresztą to chyba widać (śmiech). Z trenerem Doleżalem nie robimy sobie żadnej presji. Doszliśmy do wniosku, że o wszystkim zdecydujemy po kolejnym sezonie. Jeżeli uznam, że osiągnąłem wszystko, co byłem w stanie, jeżeli osiągnąłem cele, które chciałem zrealizować i będę chciał zakończyć karierę, to oboje to uszanujemy. Zbijemy sobie piątkę i rozejdziemy się w swoją stronę. A jeżeli stwierdzimy, że jeszcze jest coś do wygrania, do zdobycia, to będziemy to kontynuować.

Czyli diagnoza postawiona, plany przygotowane.
Tak, jest konkretna wizja tego, w jaki sposób ten mój skok ma wyglądać. Nad tym teraz pracujemy, aby zbudować mapę w głowie, żebym później mógł po prostu usiąść na belce i już się nad niczym nie zastanawiać, tylko mieć stuprocentową pewność, że wiem, po co tam jestem i co mam zrobić.

Dlaczego zdecydował się pan na indywidualne treningi akurat pod okiem Michala Doleżala? Czy to dobra współpraca, gdy Czech niedawno był szkoleniowcem całej naszej kadry, przypomniała się w tym trudnym kryzysowym, momencie?
Przede wszystkim wybór był motywowany osobami, które bardzo dobrze mnie znają (II trenerem w teamie jest Łukasz Kruczek, który doprowadził Stocha do dwóch złotych medali olimpijskich w Soczi 2014 - przyp.). Jestem tak naprawdę na ostatnim etapie swojej kariery, nie chciałem tracić czasu na poznawanie się, na budowanie relacji, komunikacji. Potrzebuje osób, które wiedzą, w jaki sposób funkcjonuję, a przede wszystkim - z którymi odnosiłem już sukcesy. Oni wiedzą, jak do mnie dotrzeć, w jaki sposób mi pomóc. Dlatego ten wybór był tak naprawdę prosty.

Ma pan już za sobą kilka tygodni letniej pracy z Doleżalem. Jakich zmian dokonał nowy trener? Są znaczące?
Zmiany nie są rewolucyjne, ale bardzo istotne, głównie w technice mojego odbicia, także w technice najazdu. Uważam, że ta praca idzie naprawdę w dobrym kierunku, już czuję jej efekty. Nie chcę jednak zdradzać zbyt dużo szczegółów i już się przechwalać, bo zdaje sobie sprawę, że czeka mnie jeszcze bardzo dużo pracy, aby to wszystko działało tak, jak powinno.

Z pana nastawienia do tej nowej sytuacji można odnieść wrażenie, że ma pan bardzo duży komfort w przygotowaniach, w szukaniu tego, co zmienić, żeby było lepiej.
Owszem. Przede wszystkim komfort polega na tym, że mam osoby, które skupią się tylko na mnie, a to jest bardzo duży komfort dla zawodnika. Uważam, że skoczek z moim doświadczeniem, na tym etapie kariery, potrzebuje pracować już tylko nad detalami. Żeby zobaczyć te najmniejsze szczegóły, które tak naprawdę są dla mnie kluczowe, potrzebuję ludzi, którzy poświęcą mi sto procent uwagi i czasu. Uważam, że Michał Doleżal i Łukasz Kruczek są odpowiedni do tego, będą się komunikować ze sobą i przekazywać mi pewne uwagi. Nie tylko wierzę, ale czuję, że to jest tak, jak ma być.

Czy ma pan jakiś plan B, gdyby gdyby się okazało, że, powiedzmy, ten początek sezonu zimowego w Pucharze Świata nie będzie po waszej myśli?
Tak naprawdę w sporcie nie ma planu B, czasami trzeba wszystko postawić na jedną kartę i ja tak właśnie teraz robię. Postawiłem na tego typu przygotowania, na swój zespół, który, tak jak powiedziałem, poświęci mi sto procent uwagi, z którym przygotowuję się do sezonu i będę walczył o najwyższe cele.

No właśnie. Mówił już pan kiedyś, gdy brakowało dobrych wyników, że nie chce być zawodnikiem, który będzie walczył tylko o wejście do czołowej dziesiątki Pucharu Świata. Czy na ten następny sezon jest taki plan, żeby znowu bić się o podium? Czy może po słabym sezonie ta czołowa dziesiątka na początek wystarczy?
To przedsięwzięcie ma na celu przywrócenie mnie na szczyt, przywrócenie moich skoków na najwyższy poziom i walkę o najwyższe cele. To jest coś, czym się motywuję, czym kieruję się podczas tej pracy.

Często będziecie spotykać się z kadrą A, z resztą zawodników? Czy raczej będą to pojedyncze spotkania na zgrupowaniu?
Tak jak powiedział trener Doleżal, będą to raczej tylko zjazdy przed zawodami. Oczywiście, żeby w nich startować, muszę spełnić kryteria postawione przez trenera reprezentacji, czyli Thomasa Thurnbichlera. On też musi widzieć, w jaki sposób skaczę. Nie może to być na zasadzie, że trener Doleżal zadzwoni do niego i powie: "Słuchaj, Stoch jest w formie, ma jechać na zawody". Oczywiście jak najbardziej otwieramy się na współpracę z reprezentacją, bo na tym to wszystko polega. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku i tak naprawdę wszyscy chcemy odnosić sukcesy.

Trener naszej reprezentacji Thomas Thurnbichler najwyraźniej normalnie, ze zrozumieniem podszedł do tego, że pan gdzieś indziej i kimś innym będzie trenował.
Oczywiście, jak najbardziej zna ten temat. Nie jestem pierwszym, który działa w ten sposób, to nie jest oryginalny pomysł. Na tę chwilę kilku zawodników z Pucharu Świata tak trenuje. Moim zdaniem w najbliższych kilku, może kilkunastu latach będzie ich więcej, to jest przyszłość skoków. Ponieważ dochodząc do pewnego poziomu, zawodnik potrzebuje wsparcia bardzo ścisłego, bardzo ujednoliconego. Wydaje mi się, że do tego to wszystko dąży.

Koledzy z reprezentacji Polski dzwonią do pana i pytają, jak to jest mieć swój team i trenować inaczej?
Z Dawidem (Kubackim - przyp.) utrzymuję kontakt, bo się przyjaźnimy. Moi koledzy są naprawdę super, bo każdy z nich popiera ten pomysł, zrobiliby na moim miejscu to samo i życzą mi jak najlepiej. Ja tak samo im życzę. Mam nadzieję, że wspólnie będziemy jeszcze stawać na podium i indywidualnie, i drużynowo.

A nie podpytują, co pan zmienił, że te skoki już zmieniły się - jak pan mówił - na lepsze?
Tak naprawdę jeszcze nie wiadomo, na ile są lepsze, bo jestem po jednym zgrupowaniu, po 20 skokach. Trudno stwierdzić, że wszystko jest już super. Ja czuję po sobie, że to idzie w dobrym kierunku i mam nadzieję, nawet głęboko w to wierzę, że będę w stanie to potwierdzić na zawodach.

Wytypuje pan swoje miejsce na koniec Pucharze Świata?
Nie (śmiech).

Widział pan pewnie skok Ryoyu Kobayashiego na Islandii, w którym uzyskał prawie 300 metrów. Co pan sądzi o tego typu przedsięwzięciach?
Uważam, że to, co zrobił Ryoyu, było super. Bo każdy z nas powinien mieć w sobie to dziecko, które buduje skocznię za domem i po prostu chce na dwóch nartach skoczyć jak najdalej. On zbudował skocznię ponad 300-metrową (to była marketingowa inicjatywa sponsora Japończyka, Red Bulla - przyp.) i poleciał prawie 300 metrów (291 m, to nieoficjalny rekord świata w długości skoku na nartach - przyp.). To jest zarąbiste. Gdyby przyszedł do mnie i powiedział "Słuchaj, potrzebuję przedskoczka", to nawet bym się nie zastanawiał, tylko od razu bym tam pojechał.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Pierwszy trening polskich piłkarzy pod okiem 2500 kibiców

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski