Klaudia Siciarz: Start na igrzyskach w Tokio był spełnieniem marzeń. Teraz czas na rekord życiowy i trofea [ROZMOWA]

Krzysztof Kawa
Krzysztof Kawa
Klaudia Siciarz z AZS AWF Kraków w półfinałowym biegu na 100 m ppł podczas igrzysk olimpijskich w Tokio 2020
Klaudia Siciarz z AZS AWF Kraków w półfinałowym biegu na 100 m ppł podczas igrzysk olimpijskich w Tokio 2020 Pawel Relikowski / Polska Press
Klaudia Siciarz to jedna z tych nielicznych zawodniczek z Małopolski, które wzięły udział w tegorocznych igrzyskach olimpijskich. W Tokio sprinterka AZS AWF Kraków okazała się najlepszą z Polek w biegu na 100 metrów przez płotki, zajmując w nim 17. miejsce. Rekordzistka świata juniorek na 60 m ppł w hali (8,00 s) jest srebrną medalistką mistrzostw Europy U-23 sprzed dwóch lat w biegu na 100 m ppł. Pobiła wtedy swój rekord życiowy (12,82), a podczas półfinału igrzysk bardzo zbliżyła się do tego osiągnięcia (12,84). 23-letnia podopieczna Ewy Ślusarczyk wierzy jednak, że wszystko co najlepsze dopiero przed nią.

Parę lat temu powiedziała pani w wywiadzie dla naszej redakcji, że występ na igrzyskach będzie spełnieniem największego marzenia. No i proszę – życzenia się spełniają.
Ogromnie się z tego cieszę. Jestem bardzo zadowolona z tego występu. Choć w eliminacjach nie wyglądało to do końca fajnie, to jednak w półfinale pozbierałam się. Pokazałam to, co wychodziło na treningach. Jeśli chodzi o imprezy seniorskie, to chyba w Tokio zaprezentowałam się najlepiej ze wszystkich dotychczasowych startów.

Powiedziała pani jednak, że w biegu eliminacyjnym nie wszystko zagrało. Czy wpływ na to miały nerwy związane z faktem, że to był debiut olimpijski?
Tak mi się wydaje. To w końcu igrzyska! Każdy chce się zaprezentować z jak najlepszej strony i coś u mnie po prostu nie zagrało. Start olimpijski to zupełnie inne emocje. Jakby to powiedzieć? Z jednej strony brak kibiców na trybunach, co było trochę dziwne, a z drugiej świadomość, że dzieje się coś wyjątkowego.

Coś, co może przerastać?
Dokładnie.

Rozumiem, że przedstartowe emocje narastały już od momentu ślubowania, wylotu do Japonii, a następnie pojawienia się w wiosce olimpijskiej.
Emocje towarzyszyły mi cały czas, ale to były emocje pozytywne. Myślałam sobie: kurdę, naprawdę tam jadę! Jestem przygotowana, wiem, że stać mnie na dużo. I pokazałam to, bo pobiegłam najlepszy wynik w sezonie. Bardzo się z tego ucieszyłam. Na bieżni nie było emocji negatywnych, nie było zastanawiania się, co by było gdyby. Było po prostu dobre podejście do startu. Wcześniej w całej reprezentacji panowała atmosfera wyczekiwania, nawet trochę zniecierpliwienia, ale to wszystko odbierałam bardziej na plus niż na minus.

W końcu stanęła pani na bieżni w Tokio, rozejrzała się i – jak pani wspomniała – wokół pusto, żadnych kibiców.
Najczęściej nie jest to przyjemne uczucie. Bo jednak jak kibice klaszczą czy się cieszą, to mnie nakręcają. Wpływają na motywację i trochę tego dopingu mi brakowało. No ale trzeba było – że tak powiem - puścić to mimo uszu, dostosować się i robić swoje.

No i to pani zrobiła. Okazało się, że na dystansie 100 metrów przez płotki, zajmując w Tokio 17. miejsce, została pani najwyżej sklasyfikowaną Polką. Niektórych mogło to zaskoczyć, bo w mistrzostwach Polski tuż przed igrzyskami była pani druga.
Wiedziałam, że na treningach wszystko wygląda bardzo dobrze, ale po długiej przerwie w startach na stadionie emocje były bardziej odczuwalne, bo nie byłam w swoim rytmie. Inaczej się jeździ z zawodów na zawody, gdy nie ma żadnej przerwy, gdy to jest część codzienności. A ja teraz w tę „codzienność” musiałam wchodzić na nowo. Dostosowywać się do tego co mówi mój organizm, do tego co się dzieje w głowie. W tym sezonie najważniejsze starty są już za mną, ale liczę, że jeszcze uda mi się poprawić rekord życiowy.

Jak więc będzie wyglądać drugą część sezonu?
Zamierzam wystąpić w sobotę 21 sierpnia na mityngu w Szwajcarii, a we wtorek 24 sierpnia w Budapeszcie (w obu krakowianka zajęła drugie miejsca z identycznym czasem 12,87 s - przyp.).

Menedżerem, który załatwia te starty jest Marcin Fudalej, który przed laty doprowadził do podpisania przez panią kontraktu z Nike?
Tak, przy czym obecnie jestem związana z Adidasem i jestem bardzo zadowolona z tej współpracy.

A pani sztab szkoleniowy pozostaje bez zmian?
Owszem, moją trenerką niezmiennie pozostaje Ewa Ślusarczyk. Bardzo mnie wspiera we wszystkim od lat, i tak też było w ostatnim roku. Jej pomoc była nieoceniona.

Czy była z panią w Tokio?
Nie, z osób, z którymi współpracuję poleciał tylko psycholog Jan Blecharz. Obecność pana profesora bardzo mi pomagała. Współpracujemy ze sobą od dłuższego czasu, więc na miejscu nie była potrzebna żadna dodatkowa rozmowa przed startem. To co miało być, zostało zrobione wcześniej. Na igrzyskach trzeba było tylko wyjść na bieżnię i zrobić najlepiej jak się potrafi to, co było ćwiczone na treningach.

Jakie emocje towarzyszyły pani po zakończeniu biegu półfinałowego? Bo z jednej strony była radość z osiągniętego rezultatu, ale z drugiej świadomość, że to już koniec olimpijskiej przygody...
Na tamten moment, zaraz po starcie, byłam bardzo zadowolona. Z czasem przechodzi chłodna analiza, podsumowanie. Było dużo rzeczy na plus, ale też kilka na minus, coś co się jeszcze da poprawić.

A co konkretnie?
Z pokonywaniem płotków nie było technicznych problemów, start był bardzo dobry. Chodzi o niuanse, takie detale, które na jednym płotku mogą nie mieć znaczenia, ale jak się powtarzają na kolejnych, to nagle robi się z tego strata kilku setnych sekundy. I to jest decydujące dla wyniku.

Jako sportowcy byliście przez cały czas zamknięci w bańce. Jak się pani czuła w wiosce olimpijskiej?
Czułam się naprawdę bardzo dobrze, jedzenie było smaczne, atmosfera bardzo fajna. Przyjechaliśmy pięć dni przed startem, po czym było pierwsze wejście na stadion i wielkie wow! Takie myśli: kurde, ale super, jestem tu, udało mi się! To już było kilka dni po ceremonii otwarcia, którą oglądaliśmy w japońskiej telewizji podczas dziesięciodniowego zgrupowania aklimatyzacyjnego 450 km od Tokio. Dopiero wtedy tak naprawdę odetchnęliśmy, że igrzyska się odbędą, bo przecież nawet tuż przed nimi poszła plotka, że mogą je odwołać.

Jako lekkoatleci mieszkaliście w wiosce olimpijskiej w swoim gronie?
Tak, mieliśmy wydzieloną część budynku. Mieliśmy swoje flagi, centrum, pomoc medyczną. Organizacyjnie do niczego nie można się było przyczepić.

Miała pani jakąkolwiek szansę zobaczyć miasto?
Niestety nie. Nie można było nam opuszczać wioski ani przed, ani po starcie. Nawet wyjście do marketu oddalonego o 200 metrów było niedopuszczalne, groziła za to kara. Trochę szkoda, że nie można było zobaczyć miasta, bo Japonia wydaje mi się ciekawym krajem. Widzieliśmy tylko tyle, co zza szyb autobusu jadąc z wioski na stadion i z powrotem. Podobnie było na zgrupowaniu aklimatyzacyjnym, które zaczęło się od kwarantanny.

Co w takim razie z pamiątkami olimpijskimi, udało się jakieś przywieźć?
Owszem, kupiłam maskotki, bo na terenie wioski był sklep z oficjalnymi produktami olimpijskimi.

Świętowaliście wspólnie medale zdobywane przez Polaków?
Dostawaliśmy informację, gdzie i o której godzinie przyjeżdżają do wioski nasi medaliści. Schodziliśmy się na dole i witaliśmy ich brawami.

A miała Pani możliwość obejrzenia innych zawodów?
Niestety nie.

Jak na pani start zareagowała rodzina w Wawrzeńczycach? Był jakiś tort na powitanie?
Tyle było cukru w przytulaniu, że tej słodkości w zupełności wystarczyło (śmiech). Byliśmy stęsknieni, bo bardzo długo byłam poza domem, a przez różnicę czasu pomiędzy Japonią i Polską był problem z kontaktem. Dzwonienie do siebie, a nawet pisanie było utrudnione.

Inna zawodniczka z Krakowa, Maria Sajdak z AZS AWF, wróciła z medalem. Czy miałyście okazję się poznać?
Nie, wprawdzie jesteśmy z jednego klubu, ale nie mamy ze sobą ani prywatnego kontaktu, ani na uczelni.

A propos uczelni - jak idą pani studia na AWF?
Nieustannie jestem na drugim roku. Mam indywidualny tok studiów, dzięki czemu mogłam spokojnie przygotować się do igrzysk. Uczelnia bardzo mi pomaga, idzie na rękę.

Zacząłem tę rozmowę od przypomnienia pani stwierdzenia sprzed lat, że występ na igrzyskach był wielkim marzeniem. Ale wtedy dodała też pani, że igrzyska w Tokio będą lekcją doświadczeń, ale w kolejnych przyjdzie pora na walkę o trofea. No i zdaje się, że się ten moment nadchodzi. Następne igrzyska w Paryżu już za trzy lata.
Wcale się tego celu teraz nie wypieram. Bieganie przez płotki to konkurencja techniczna. Mało jest płotkarek, które są w stanie osiągnąć największy poziom w wieku 20 lat. Są różne sytuacje, uczymy się, jak sobie radzić, gdy wiatr zawieje mocno albo słabo, w twarz albo w plecy. Na płotkach trzeba umieć utrzymać rytm, jest wiele niuansów. Zdobywamy doświadczenie na mityngach i na najważniejszych imprezach, bo pewnie nie raz pan słyszał, że medali nie wygrywa się nogami, tylko głową.

I pani głowa z roku na rok jest coraz mocniejsza.
No taką mam nadzieję.

Na pewno tak jest, skoro mówi pani, że w tym sezonie zapoluje jeszcze na rekord życiowy.
Pewnie, że wchodzi to w grę, nie ma rzeczy niemożliwych.

Uwierzyła pani w to powiedzenie kilka lat temu, gdy po okresie kontuzji w ciągu paru miesięcy pobiła rekord świata juniorek? To był ten moment, który zmotywował panią do dalszej pracy i pozwolił uwierzyć, że bieganie przez płotki zaczyna przynosić super efekty?
Nie było jednego takiego momentu. Ja byłam cały czas bardzo zmotywowana. Trenerka Ewa Ślusarczyk stopniowo przygotowywała mnie do startów na wielkich imprezach i dotarcia na najważniejszą z nich, czyli igrzysk. Na bieganie przez płotki zdecydowałam się w bardzo naturalny sposób. To po prostu do mnie przyszło. Widocznie miałam to we krwi.

Jednym z najbardziej znanych wychowanków Ewy Ślusarczyk jest Marcin Urbaś, halowy mistrz Europy, piąty biegacz mistrzostw świata w Sewilli na 200 metrów. Idzie pani w jego ślady.
„Rozminęłam się” w latach treningów u trenerki z panem Marcinem, ale warto dodać, że nie jest on jedynym świetnym wychowankiem, który „wyrósł” spod jej skrzydeł. Był też bardzo dobry 400-metrowiec Jan Ciepiela, była Justyna Rybak i wielu innych. Jakby policzyć wszystkie medale, który zdobywali podopieczni pani Ewy, byłyby ich dziesiątki.

Pani też już ma pokaźną kolekcję. Czy nadal lubi pani rozkładać medale w pokoju, wracając myślami do najbardziej udanych startów?
Już ten czas się skończył. Nauczyłam się, że to, co było, trzeba zostawić za sobą, bo to często niestety działa tak, że człowiek spoczywa na laurach. Dlatego wszystkie medale są pochowane w pudłach na strychu.

Rozumiem jednak, że jak pojawi się ten najważniejszy z igrzysk, to będzie czekało na niego specjalnie miejsce?
Dokładnie tak.

Sportowy24.pl w Małopolsce

PZPN podnosi ceny biletów na kadrę

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie