Książka czy taniec z gwiazdami?

ZBIGNIEW BARTUŚ
Kadr z "Bruneta wieczorową porą". Uczniowie, butelka i sprzątaczka. "Będzie z tego klasówka!" - ostrzega Emilia Krakowska. Fot. Archiwum
Kadr z "Bruneta wieczorową porą". Uczniowie, butelka i sprzątaczka. "Będzie z tego klasówka!" - ostrzega Emilia Krakowska. Fot. Archiwum
"Miał u pani same jedynki, nie czytał nic, bo nie umie czytać, a jaką furą śmiga!" - śmieją się gimnazjaliści, pokazując polonistce starszego kolegę.

Kadr z "Bruneta wieczorową porą". Uczniowie, butelka i sprzątaczka. "Będzie z tego klasówka!" - ostrzega Emilia Krakowska. Fot. Archiwum

Może zamiast dręczyć młodych wczorajszymi lekturami, dać im świeże filmy, książki, muzykę...

W "Brunecie wieczorową porą" Stanisława Barei nauczycielka oprowadza uczniów po muzeum: "To jest butelka z XVII wieku, do której dziedzic nalewał wódkę. I rozpijał pańszczyźnianych chłopów. Proszę dalej. To jest butelka z XVIII wieku (...). Do takich butelek nalewano wódkę i rozpijano pańszczyźnianych chłopów. Proszę dalej. Michał powie, co to jest".

"To jest butelka kamionkowa".

"Do której nalewano wódkę..."

"W...yyy... w XIX wieku?".

"Tak. I rozpijano chłopów. Proszę bardzo, idziemy dalej, szybciej, szybciej, szybciej, nie ma czasu. A to jest butelka... Michał, gdzie jest ta karteczka?!".

"Proszę pani, ja nie schowałem karteczki! Mnie tu wcześniej nie było!".

Tu zjawia się sprzątaczka, bierze flaszkę, nabiera wody do ust i prycha na paprotkę. Uczeń: "Pani widzi? Zostawili jedną pańszczyźnianą, na pokaz do muzeum". Nauczycielka: "Nie ociągać się, nie ślizgać. Będzie z tego klasówka!".

W tej jednej scenie widać cały tzw. proces edukacyjny. Jest wyraźny cel - w programie szkolnym Polski Ludowej było nim "kształtowanie świadomości klasowej"; w III RP mamy formowanie wrażliwości na nierówności społeczne. Jest odwieczne "szybko, szybko" - trzeba przecież zrealizować program, napakowany jak mięśnie Pudziana. Jest (prawdziwa) odpowiedź na pytanie - po co te męki: żeby zaliczyć klasówkę, dzisiaj - test. Jest mizerny efekt edukacyjnych wysiłków (sprzątaczka). Jest wreszcie forma - pokaz z prostym przekazem; czyli już w połowie lat 70., w środku ery Gierka, belfrzy wiedzieli, że nowe pokolenia dojrzewają w kulturze obrazków.

Twórcy programów szkolnych pozostawali na to ślepi. Dziś podręczniki są wprawdzie pełne kolorowych zdjęć i rysunków, ale to tylko zmiana opakowania Wielkiej XIX-wiecznej Idei, podług której szkoła służy do kształtowania pożądanych postaw i najlepiej nadają się do tego sprawdzone lektury. A to mrzonka. Większość nauczycieli - w nowym, internetowo-multimedialnym świecie - złożyło broń. Za pomocą lektur nie wytworzymy pożądanych ani w ogóle żadnych postaw - przyznają. Ale prawie nikt nie powie tego głośno. Więc szkoła - coraz bardziej bezradna - brnie w fikcję.

- Nawet jeśli udaje mi się zainteresować uczniów lekturą, zachęcić do dyskusji o "Dziadach", czy noweli Prusa, to zaraz wracają w inną rzeczywistość. Szkoła i to co poza nią to dla nich dwa światy, które nijak do siebie nie przystają. W przypadku kanonu lektur widać to wyraźnie - przyznaje Wiesława Leśniewska, nauczycielka polskiego w Zespole Szkół Zawodowych we Włodawie.

Częścią tej placówki jest gimnazjum z oddziałami przysposabiającymi do pracy. Jego uczniowie uzyskali w 2011 roku najgorszy w południowej Polsce wynik z humanistycznej części testów: 22,9 proc. W sąsiedniej szkole średnia była trzy razy wyższa. W najlepszych gimnazjach przekracza 90 proc. Ale i tam większość młodych nie znosi lektur. Jeśli czytają, to z musu. A z własnego wyboru - to, co ich wzrusza i porusza. Tyle, że "co innego" nigdy się w systemie szkolnym nie liczyło. I raczej nie liczy. Brak czasu na dyskusje o tym, co porusza. Program wypełnia to, co MA poruszać.
Świetna polonistka, dziś w renomowanym krakowskim liceum, opowiada, jak na początku kariery przyszło jej uczyć w szkole mistrzostwa sportowego. - Ja, idealistka, pragnęłam im ukazać piękno Mickiewicza, a oni... Nic, tylko hokej - wspomina. Ojciec, dziennikarz sportowy, poradził jej w końcu: "Poczytaj sobie o Cracovii, opanuj daty i zasady gry, a potem gadaj z nimi pół godziny o hokeju i kwadrans o lekturach". - I nawet jakoś tam poskutkowało! - uśmiecha się nauczycielka. Coś liznęli, coś zostało w głowach i sercach. Ale musiała poznać hokej, żeby... nie zostać na lodzie. A "kształtowanie postaw"? Wolne żarty! Hokeistów ukształtował hokej.

Anna Ilnicka uczyła w zawodówce "Budostalu". Najłatwiej było z gastronomikami - dominowały wśród nich dziewczęta, a te na całym świecie więcej czytają i są bardziej zainteresowane wiedzą niż np. budowlańcy. Ci myśleli, że do zdania matury wystarczy machać kielnią. A kiedy zobaczyli, że trzeba czytać i dla wielu okazało się to za trudne, wybierali kielnię. - Starałam się - mówi pedagog - zainteresować tych uczniów, którym z różnych przyczyn - presji rodziców, chęci posiadania papierka - zależalo. Ale od większości trudno wymagać, by przeczytali przypisane lektury. Dobrze, jak przeczytają cokolwiek. Jeśli niektórych poruszy fragment, jeśli poczują melodię języka, utożsamią się z bohaterem, to sukces. Żądanie od wszystkich lektury całości jest bez sensu. Przeleci przez nich jak woda przez sito.

Argumentacja cytowanej przez nas tydzień temu (w tekście "Nam czytać przykazano...") Joanny Chruściel, polonistki z czołowego krakowskiego LO nr VII - że "elita MUSI pewne rzeczy znać" - trafia , i to coraz oporniej, do uczniów najlepszych szkół. Czyli kilku, kilkunastu procent. Reszta ma inne aspiracje i motywacje. - Jak im tłumaczę, że nie można być kompletnym nieukiem, bo to odbiera szanse w życiu, oni mi pokazują przez okno starszego kolegę i mówią: "Miał u pani same jedynki, nawet nie umie czytać, a jaką furą śmiga?" - opisuje Wiesława Leśniewska z Włodawy.

To zjawisko powszechne i globalne. "Gazeta Wyborcza" przywołała ostatnio wyniki badań przeprowadzonych sześć lat temu wśród amerykańskich nastolatków. Zapytano ich m.in., kim woleliby być w dorosłym życiu: szefem wielkiego koncernu, komandosem z komanda FOKI, senatorem, rektorem prestiżowej uczelni czy asystentem gwiazdy show-biznesu. Wśród dziewcząt (przypomnijmy: bardziej oczytanych) kariery szefa nie wybrała nawet co dziesiąta. A tańczyć wokół gwiazdora chciało 43,4 procenta. Co można z tym począć?

Emilia Krakowska, która wcieliła się w "Brunecie..." w nauczycielkę, zasłynęła kilka lat wcześniej rolą Jagny w ekranizacji "Chłopów"; ma też na koncie ważne role w "Brzezinie", "Weselu", "Ziemi obiecanej" oraz czterdziestu innych filmach. Młodsi kojarzą ją głównie z seriali ("Barwy szczęścia"...) i komedii "Ciało", gdzie brawurowo zagrała babcię-killerkę. Znamienne, że żaden Polak nie dowiedział się niczego o Krakowskiej i jej filmach - w szkole. Programy szkolne przez cały wiek XX traktowały kino, jakbyśmy mieli nadal wiek XIX. W którym nie było kina!
Kilka pokoleń wychowało się na Chaplinie, neorealizmie włoskim, westernach, francuskiej Nowej Fali, Fantomasie, Fellinim, Klosie, inżynierze Karwowskim, kinie moralnego niepokoju, "Wojnie domowej" i "Gwiezdnych wojnach", Barei i "Rejsie" - bez udziału szkoły. Bez twórczych sporów, a nawet słynnego "co artysta chciał przez to powiedzieć". To samo z muzyką: Elvis, Beatlesi, Led Zeppelin, ABBA, Michael Jackson, Nirvana? Nie istnieli i nie istnieją. Niemen, Rodowicz, Grechuta, Hey? Nie ma! Kto miał radio w latach 60., słuchał Luksemburga, w 80. - Listy Przebojów Trójki. "Schody do nieba" i "Ewkę" wszyscy znali na pamięć, "Autobiografia" stała się hymnem. Bez udziału szkoły.

Skoro przez 118 lat od pierwszego pokazu braci Lumiere system edukacyjny nie dostrzegł i nie wykorzystał do nauczania filmu - to jak ma dostrzec i wykorzystać internet i YouTube'a ?

Nie jest winą młodych, że wzorem rodziców postrzegają szkołę jako "inny świat". To szkoła zamknęła się w swoim kokonie, ignorując całe dziedziny twórczości, które kształtowały przez ostatnie stulecie ludzką wyobraźnię, postawy i motywacje. Była i jest ślepa na Brzdąca, rycerzy Jedi, Janosika, Indianę Jonesa, Pawlaka i Kargula, Forresta Gumpa i Avengersów. Na Woodstock, The Clash i hip-hop. Mogłyby być one dobrym narzędziem edukacji i wychowania, a pozostają machiną walcującą i orzącą dusze pod dyktando show-biznesu i globalnych korporacji. A my ciągle chcemy z tym walczyć za pomocą kanonu lektur.

LEKTURY KONTRA TESTY?

Z lamentem nad upadającym w Polsce czytelnictwem mocno kontrastują wyniki międzynarodowych badań porównujących - przynajmniej w założeniu - wiedzę i umiejętności uczniów z różnych krajów, zwłaszcza PISA. Badanie to, przeporwadzane na bardzo dużej, a więc reprezentatywnej grupie młodzieży, uchodzi za miarodajne. Bada m.in. umiejętność czytania ze zrozumieniem. Jeszcze dekadę temu polska młodzież wypadała na tle rówieśników z państw OECD żenująco słabo. Dziś bryluje! Do tego stopnia, że Brytyjczycy, Niemcy, nawet Francuzi przyjeżdżają się przyglądać "cudowi edukacji".

Z obserwacji pedagogów i badań naukowców wynika, że aby odnieść spektakularny sukces w testach, wcale nie trzeba czytać lektur, wystarczy je pobieżnie znać. W szkołach ponadgimnazjalnych lektury są dziś omawiane pod kątem testów - w takim systemie najlepsze efekty przynosi wykucie tzw. klucza z poprzednich matur, a samo czytanie oraz związana z nim erudycja, umiejętność logicznej argumentacji, twórczej analizy i syntezy czy bogactwo języka, przestają się liczyć.

[email protected]

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie