Kto za kim

Redakcja
Tegoroczna frekwencja wyborcza w USA może być największa od 1960 roku, kiedy to Amerykanie decydowali, czy prezydentem powinien zostać John F. Kennedy czy Richard Nixon. Wtedy w głosowaniu wzięło udział 63 proc. uprawnionych, w tym roku pierwsze szacunki mówią o 60 proc. głosujących, co oznacza, że do urn mogło pójść nawet 125 milionów wyborców.

Europejscy obserwatorzy oceniajĄ amerykaŃskie wybory

   Zainteresowanie wyborami było także o wiele większe niż cztery lata temu, kiedy oddać swój głos zdecydowało się 52 proc. Amerykanów. Wczoraj przed lokalami wyborczymi ustawiały się tłumy ludzi. Niektórzy nieśli ze sobą przenośne telewizory, krzesła i książki, przygotowując się na długie oczekiwanie. Czekającym nie przeszkadzał nawet deszcz, który padał w większości stanów. - Takiej mobilizacji nie widziałem od dawna - powiedział pisarz Tom Wolfe. - Ludzie nie pytają, czy będziesz głosował, ale kiedy będziesz głosował. Niektóre komisje wyborcze twierdzą, że takiej frekwencji nie było od czasów II wojny światowej.
   Preferencje wyborcze nie zmieniły się drastycznie od 2000 roku. Wyniki wskazują na to, że jedynie trzy czy cztery stany zdecydowały się poprzeć kandydata innej partii niż cztery lata temu. Na podstawie ankiet przeprowadzonych wśród wyborców można stwierdzić, że są oni podzieleni raczej według wartości kulturowych niż zapatrywań na problemy ekonomiczne.
   Wyborcami George'a W. Busha byli najczęściej biali mężczyźni, konserwatyści, przywiązani do wartości religijnych, regularnie chodzący do kościoła, skoncentrowani na życiu rodzinnym, a także rolnicy i ludzie posiadający broń. Całkiem inną grupę stanowią popierający Johna Kerry'ego. Najlepiej wypadł on wśród ludzi młodych, stanu wolnego, żyjących w miastach, nieposiadających broni i niebiorących regularnie udziału w życiu religijnym, jak również wśród kobiet i mniejszości etnicznych.
   Okazuje się, że Bush stracił poparcie ludzi młodych i osób z wyższym wykształceniem, którzy stanowią elektorat Kerry'ego. Na kandydata demokratów głosowali również najczęściej ci, którzy poszli do urn po raz pierwszy - to oni byli najbardziej negatywnie nastawieni do polityki obecnego prezydenta i domagali się jej zmiany.
   Głosujący za Bushem uzasadniali swój wybór jego silną pozycją i umiejętnościami przywódczymi, wskazywali również na jego uczciwość i przywiązanie do wartości religijnych. Pozytywnie zareagowali na kampanię wyborczą Busha, w której główny nacisk kładł na swój wkład w obronę kraju i walkę z terroryzmem, która, jak powiedział, "jest priorytetem dzisiejszych, trudnych czasów".
   Dla wyborców Kerry'ego najważniejsze były jego cechy osobiste, głównie empatia, tradycyjnie kojarzona z kandydatami demokratów. Poza tym wyborcy Kerry'ego mieli nadzieję, że zmieni on bieg amerykańskiej polityki, przeciwstawiając się kierunkom wytyczonym przez Busha, szczególnie jego polityce wobec Iraku, i doprowadzi do tego, że USA będą cieszyły się szacunkiem reszty świata. Sam Kerry podkreślał wielokrotnie w swojej kampanii, że prowadzenie bardziej wyważonej i mniej autorytarnej polityki zagranicznej jest dla niego jednym z najważniejszych celów ewentualnej prezydentury.
   Antyterrorystyczna kampania Busha nie przekonała wyborców z tych stanów, które najbardziej ucierpiały podczas ataków terrorystycznych z 11 września 2001 roku. Głosujący w stanach Nowy Jork, Pensylwania oraz w federalnym dystrykcie Columbii (obejmującym Waszyngton, stolicę USA) - opowiedziały się solidarnie za Kerrym. W większości innych stanów wygrał Bush i to on został kolejnym prezydentem Stanów Zjednoczonych.
(PAT)

   Obserwatorzy z Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, którzy przybyli do Stanów Zjednoczonych, by monitorować amerykańskie wybory, mówili, że w Miami trudniej było dostać się do punktów wyborczych niż w Kazachstanie. Uznali, że stosowane na Florydzie urządzenia służące do elektronicznego głosowania nie miały wystarczających zabezpieczeń.
   - Szczerze mówiąc, monitorowanie wyborów w Serbii kilka miesięcy temu było znacznie łatwiejsze - powiedział Polak Konrad Olszewski, który jako przedstawiciel OBWE obserwował wybory w Miami. - W Serbii mają jednolite, narodowe prawo wyborcze i używają papierowych kart wyborczych, które wolę od jakiegokolwiek innego systemu - dodał Olszewski.
   Doświadczenie Kondrada Olszewskiego w monitorowaniu sięga pierwszych wyborów w Polsce w 1989 roku. Był on wtedy jednym z 92 obserwatorów, wyznaczonych przez OBWE.
   Wczorajsze wybory w USA monitorowały zespoły obserwatorów z około 36 różnych krajów - m.in. z: Kanady, Szwajcarii, Litwy, Kirgistanu, Słowenii i Białorusi - w 11 stanach. Ich misja była poparta przez list Departamentu Stanu z 9 czerwca bieżącego roku, zezwalający i zapraszający niezależne grupy obserwatorów do monitorowania amerykańskich wyborów. Warto dodać, że były to pierwsze wybory w USA monitowane przez zagranicznych obserwatorów.
   - Nasza obecność tutaj nie oznacza automatycznie krytyki amerykańskiego systemu głosowania - powiedział amerykańskim dziennikarzom Ron Gould, który współpracował z Olszewskim. - Przede wszystkim chcieliśmy ocenić zmiany, jakie zostały przeprowadzone po wyborach prezydenckich w 2000 roku.
   Obserwatorzy krytykowali niejednolity system głosowania w Stanach Zjednoczonych, w którym trudno się połapać. - Zdecentralizowany system wyborczy oznacza, że reguły zmieniają się znacznie od regionu do regionu tak, że właściwie jednocześnie odbywa się około 13 tysięcy różnych wyborów, tyle ile powiatów w USA - powiedział Ron Gould. Różnice w prawie wyborczym - które władze lokalne i stanowe ustalają właściwie według własnego uznania - sprawiają wielkie kłopoty w liczeniu głosów po wyborach. Wprowadzony na Florydzie elektroniczny system głosowania także wzbudził kontrowersje wśród obserwatorów. Elektroniczny system głosowania wprowadzony niedawno w Wenezueli polega na wciśnięciu właściwego guzika w maszynie wyborczej, która drukowała kartę do głosowania. Wydrukowaną kartę wyborca wrzucał do urny.
   Tymczasem na Florydzie oddawane przez wyborców głosy były zapisywane bezpośrednio w pamięci komputera. Żadne papierowe karty nie potwierdzały faktu oddania głosu przez wyborcę. - W przeciwieństwie do całkowicie elektronicznego systemu wprowadzonego na Florydzie, system w Wenezueli zabezpieczał przed jakimikolwiek oskarżeniami o masową defraudację wyników - wyjaśniali Gould i Olszewski.
   Europejscy obserwatorzy wzbudzali wiele emocji w USA. Niektóre stacje telewizyjne, zwłaszcza japońskie, traktowały ich jako "element satyryczny", uważając za zabawne, że Europejczycy monitorują Amerykanów. Tymczasem Richard Williams z Partii Demokratycznej powiedział, że - "Stany Zjednoczone były od dawna wzorem dla świata. Zezwolenie obserwatorom na monitorowanie amerykańskich wyborów nie zagraża Ameryce".
   Nie wszyscy zgodzili się z tym stanowiskiem. Republikanin Jeff Miller z Florydy uznał monitorowanie za obrazę i publicznie wyprosił obserwatorów z punktu wyborczego. - Wynoście się ze Stanów Zjednoczony najbliższym samolotem, monitorujcie sobie wybory gdzieś indziej, na przykład w Afganistanie - krzyczał podekscytowany.
URSZULA CHOWANIEC

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie