MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Mistrz świata Witold Skupień: Dzięki narciarstwu zacząłem normalnie żyć i przestałem się wstydzić swojej niepełnosprawności

Krzysztof Kawa
Krzysztof Kawa
Witold Skupień startował na igrzyskach paraolimpijskich w Soczi, Pjongczangu i Pekinie
Witold Skupień startował na igrzyskach paraolimpijskich w Soczi, Pjongczangu i Pekinie PAP/Bartłomiej Zborowski
Witold Skupień, mając jedenaście lat, cudem przeżył wypadek, po którym już nie odzyskał całych, porażonych prądem rąk, ale dziś mówi, że nie zamieniłby swojego życia na żadne inne. Determinacja i pracowitość zaprowadziły go na sam szczyt rywalizacji w paranarciarstwie biegowym. Za swoje osiągnięcia w 2023 roku otrzymał nominację kapituły „Dziennika Polskiego” i „Gazety Krakowskiej” do grona najwybitniejszych sportowców w plebiscycie 10 Asów Małopolski i zajął w nim siódme miejsce.

W ubiegłym roku został pan po raz pierwszy w karierze mistrzem i po raz trzeci wicemistrzem świata, ale z tego co słyszę, nie jest pan nasycony sukcesami i zamierza wystartować na igrzyskach paraolimpijskich w Mediolanie i Cortina d’Ampezzo.
Zgadza się, zostały mi do nich dwa lata. To niedużo, ale zarazem dużo, bo jak na sportowca nie jestem już młody, mam prawie 35 lat. W tym roku forma nie jest zła, więc nie ma co się poddawać i trzeba spróbować jeszcze raz. Może się uda fajny wynik wykręcić, dlatego trenuję bardzo mocno i staram się, żeby było jeszcze troszkę emocji.

Czy to prawda, że po ostatnim paraolimpijskim występie przed dwoma laty w Pekinie, gdy zajął pan piąte miejsce, był pan na siebie tak wściekły, że miał ochotę zakończyć karierę?
Paraolimpijski debiut zaliczyłem w 2014 roku w Soczi i już cztery lata później w Pjongczangu liczyłem na medal. Okazało się jednak, że nie byłem zbyt dojrzałym zawodnikiem. Miałem szansę, a skończyło się miejscami piątym, szóstym i siódmym. Natomiast do Pekinu jechałem jak po swoje, bo forma w tamtym sezonie była bardzo dobra, co pokazały styczniowe, przesunięte o rok z uwagi na pandemię, mistrzostwa świata w Lillehammer, na których zdobyłem srebrny medal i piąte miejsce w sprincie. Tyle że w Chinach nastąpił splot nieszczęśliwych zdarzeń. Po pierwsze na przedolimpijskim zgrupowaniu mocno zachorowałem na Covid-19, pięć dni przeleżałem w łóżku i nie trenowałem, a to były już czas bezpośrednich przygotowań, w trakcie których miało być dużo intensywności. Druga trudność polegała na tym, że mieliśmy w Pekinie bardzo ciężko ze smarowaniem nart. Tam był bardzo dziwny śnieg, do samego startu nie udało nam się nic wymyślić. W stylu klasycznym poruszamy się w przetartym torze, ale trzeba też wybiegać poza ten szlak, tymczasem moje narty wtedy w ogóle nie trzymały śniegu. Musiałem więc cały czas biec w torze, niezgodnie z techniką i na ostatnich ośmiu kilometrach, wskutek podwinięcia się skarpety, zrobił mi się taki odcisk, że zeszła z palca cała skóra. Kończyłem bieg z wielkim bólem. Z mojej perspektywy to był bardzo nieudany start i stąd moja początkowa złość. Natomiast później, jak odpocząłem, uświadomiłem sobie, że byłem świetnie przygotowany, a w zdobyciu medalu przeszkodził mi jedynie splot nieprzyjemnych okoliczności. To dlatego nie odpuściłem biegania i w kolejnym roku trenowałem na maksa, dzięki czemu zdobyłem złoty medal na mistrzostwach świata.

W Oestersund w biegu na 18 km stylem klasycznym wszystko ułożyło się znakomicie, a po triumfie napisał pan na Facebooku: „To, że mnie było stać na mistrzostwo świata, to każdy wiedział. Ale to, że zrobiłem to na swoich warunkach... To inna sprawa”.
Wiedziałem, że jestem w świetnej formie, tylko modliłem się, żeby znowu nie wydarzyło się coś złego ze zdrowiem lub inny pech. Już dwa-trzy dni wcześniej energia wręcz mnie roznosiła i trener Wiesław Cempa, widząc co się ze mną dzieje, powiedział: „No dobra, schodź z treningu, zostaw to sobie na zawody”. Wraz z trenerem, który jednocześnie jest serwismenem i kierowcą, mieliśmy w Szwecji do pomocy fizjoterapeutkę, która troszeczkę pomagała w smarowaniu nart. Panowały bardzo fajne warunki, przez kilka dni utrzymywała się stała temperatura, a my mieliśmy idealnie przygotowane narty i smary. Na szczęście warunki w dniu startu za bardzo się nie zmieniły i jak już ruszyłem, to byłem pewien, że to będzie dobry bieg. U nas jest tak, że dopóki nie wystartujesz, to nie wiesz, co masz na nogach. Nie wiadomo, czy narty będą współpracować i „oddawać” odbicie. No a było po prostu idealnie! Do tego świetnie się czułem fizycznie. Miałem bardzo mocnego rywala, mistrza olimpijskiego Taiki Kawayoke z Japonii. Kontrolowałem, jak wystartował trzydzieści sekund za mną, na niektórych punktach trasy widzieliśmy się, a ponadto trener stał na trasie i podawał mi międzyczasy. Wiedziałem, że jak nie biegnę na 100 procent, a czasy są porównywalne, albo nawet lekko co kółeczko dokładam mu po kilka sekund, to wygram na swoich warunkach. To był idealny bieg w moim wykonaniu.

Proszę opowiedzieć o swojej technice biegu, bo pan biega w ogóle bez kijków, a część rywali używa jednego lub dwóch. W przepisach paranarciarstwa pojawia się przelicznik niepełnosprawności. Na czym on polega?
Są różne kategorie niepełnosprawności, a nie ma aż tylu zawodników, którzy mają dysfunkcje obu rąk, żeby wszyscy biegali bez kijów, więc jesteśmy dołączani do innych kategorii. Ja mam na przykład w swojej kategorii biegających aż siedem klas niepełnosprawności połączonych w jedną grupę, dlatego czasami na Pucharze Świata jest nas w jednej grupie bardzo dużo: 30, 40, nawet 50. I żeby wyrównać szanse osób bez rąk z szansami tych, które operują jedną ręką lub dwoma, przez co jest im łatwiej pobiec, wymyślono system przeliczników zwany handicapem. Mówiąc najprościej, jeżeli ja w stylu łyżwowym pokonam 10 km w 30 minut, to mój czas jest mnożony przez 90 procent, a dla osoby z jednym kijem ten czas jest mnożony przez 96 czy 95 procent, bo to też zależy od tego, jaka jest amputacja kończyny. Teoretycznie więc mogę pobiec w realnym czasie wolniej od osoby z jednym kijem, a i tak zająć wyższe miejsce, ale w praktyce te różnice nie są duże, bo wiele zależy od profilu trasy i warunków śniegowych. Raz jest tak, że warunki są korzystne dla osób bez kijów, a innym razem osoba bez kijów nic nie zrobi, na przykład w mokrym, kopnym śniegu. A zazwyczaj na igrzyskach, które odbywają się w marcu, właśnie takie warunki są. Krótko mówiąc, zasada przeliczników polega na tym, że im większa niepełnosprawność, tym większy handicap.

Zaszokowało mnie pana stwierdzenie, że po tych latach, jakie upłynęły od feralnego wypadku w 11. roku życia, dzisiaj by się pan mocno zastanowił, czy – gdyby była tak możliwość - zamieniać się na życie z całymi, zdrowymi rękami, czy pozostać przy takich, jakie są...
Odpowiem, pokazując to z innej perspektywy. Mam koleżankę, która jest niewidoma i kiedyś zapytałem ją: „Aneta, ty byś wolała nie mieć rąk, ale móc wszystko widzieć? No bo ja bym się z tobą swoją niepełnosprawnością nie zamienił”. A ona na to, że też by się mocno zastanawiała, czy chciałaby się zamienić. Mówię to, ubierając to oczywiście w bardzo duży cudzysłów, by zobrazować problem. Gdy człowiek jest nauczony pewnych zachowań i musiałby się nauczyć funkcjonować na nowo w innych warunkach, to chyba pojawia się mu w głowie pewna bariera. Bo ja z jednej strony miałbym ręce, byłbym pełnosprawny, a z drugiej strony przecież świetnie sobie radzę tak, jak jest teraz i spełniam się, więc prawdopodobnie bym stracił to, co mam teraz. Miałbym duży dylemat, szczerze mówiąc, bo fajnie sobie życie poukładałem, mam wspierającą mnie żonę, sukcesy sportowe. To więc takie pytanie, na które nie da się odpowiedzieć.

Co zostało panu w pamięci z tego wydarzenia, gdy jako jedenastolatek stracił zdrowe ręce?
To było bardzo dawno temu, byłem pełnosprawnym, normalnym dzieciakiem. Wybraliśmy się z młodszym bratem na wycieczkę rowerową, po drodze o coś tam się pokłóciliśmy. Ja byłem bardzo sprawnym dzieckiem, dużo biegałem i wspinałem się na wszystkie możliwe drzewa, z kolegą wszystkie jajka z gniazd musiałem powyciągać. Mieliśmy takie, że tak powiem, sprawnościowe zabawy, i gdy pokłóciłem się z bratem, to zostałem z tyłu i postanowiłem, tak bez większego celu, wspiąć się na stojący przy drodze transformator. Widok z niego tak mi się spodobał, że później, jak zszedłem i się już z bratem pogodziłem, zacząłem go namawiać, żeby on też tam ze mną wszedł. Na całe szczęście był młodszy o trzy lata i mniej sprawny, więc nie dał rady. A ja mu chciałem pokazać, że dam radę. Rodzice lub babcia często nas przestrzegali przed zagrożeniami. Mieszkaliśmy blisko jeziora i lasu, więc słyszałem „nie idź nad wodę, bo można się utopić”, „nie jeździj do lasu, bo się zgubisz”, „uważaj po drodze na samochody” i tak dalej, ale nie przyszło im do głowy, że jedenastoletnie dziecko będzie się wspinać na wysoki transformator, przy którym na dole nawet nie było jak się chwycić, by wejść do góry. Były tam dziury na takiej wysokości, że aby się ich złapać i podciągnąć, musiałem najpierw wspiąć się jak po suchym drzewie. No i niestety to mi się udało. U góry była kładka, na której stanąłem. Dla utrzymania równowagi prawą ręką chwyciłem jeden z trzech wystających drutów, a drugą barierki. I wtedy zostałem porażony prądem. Przetrzepało mnie kilkadziesiąt sekund, po czym nastąpiło zwarcie i odrzuciło mnie od transformatora tak, że poleciałem na głowę cztery metry w dół. Ja tych szczegółów nie pamiętam, ale brat to wszystko dobrze widział i później mi opowiadał. Lekarze mówili, że cudem przeżyłem, bo dostałem w krótkim czasie trzy śmiertelne dawki prądu. Pewnie pomogło to, że byłem bardzo sprawny, miałem silny organizm.

Jak pana uratowano?
Ręce miałem zwęglone, zrobiły się strasznie białe. Pierwsza przybiegła sąsiadka, bo to się działo jakieś sto metrów od naszego domu, a zwarcie było takie, że pół wsi straciło prąd. Obróciła mnie na plecy, położyła moją głowę na swoich kolanach, ktoś zadzwonił po karetkę. Zawieziono mnie do szpitala w Nowym Targu. Ale tam nikt nie chciał podjąć ryzyka. Należało bowiem dokonać dosłownie rozcięcia rąk, bo tkanki w środku „gotowały się”. To tak, jakby otworzyć piekarnik po to, by uwolnić nagromadzony żar. Ale żaden lekarz nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności, więc zdecydowano, że zostanę przewieziony do Uniwersyteckiego Szpitala w Krakowie Prokocimiu. Tu po wstępnych badaniach okazało się, że po tak dużej dawce prądu miałem tachykardię, czyli zaburzenie rytmu pracy serca. Pierwsza operacja była więc po to, by przywrócić regularne bicie serca i ratować mi życie, a dopiero później było kilka czy kilkanaście kolejnych, w trakcie których ratowano mi ręce.

Na czym to polegało?
Lekarze nie amputowali rąk od razu, przy samych łokciach, tylko sprawdzali po kawałeczku tkanki, co można z nich uratować. Mama, wiadomo, prosiła lekarzy: „Ratujcie, ile się da!”. Doktor Jacek Puchała, już teraz świętej pamięci, bardzo dobrze do tego zadania podszedł, robił co w jego mocy. Tkanki były w środku zwęglone, oczyszczano je, po czym sprawdzano, czy się goją. Budziłem się w szpitalu i codziennie widziałem, że mam coraz krótsze ręce. Po amputacji części prawej, trwała dalsza walka o dłuższą lewą rękę. Przeszczepiano mi tkanki skórne i mięśnie z nóg w miejsca zwęglone. Niestety, część nie chciała się goić, funkcjonalność palców nie wracała, więc traciłem je jeden po drugim. Stąd tyle operacji. Ostatecznie skończyło się na tym, że w lewej ręce została jedna trzecia dłoni i sam kciuk, który też jest mało sprawny.

Wspomniał pan, że ważną rolę w tych krytycznych chwilach odegrał pana silny organizm. Od dzieciństwa lubił pan sport?
Prawdę mówiąc, przed wypadkiem nad sport przedkładałem przygody. Chodziłem do pobliskiego lasu, wspinałem się, biegałem, jeździłem na rowerze. W tym czasie tata troszeczkę przytył, chciał schudnąć, no to kupił do domu orbitreka i na tym orbitreku też jeździłem. Na hantle byłem za mały, ale pamiętam, że robiłem z tatą pompki, tak więc miałem dużo siły. Byłem zapatrzony w tatę i próbowałem robić to co on. Po wypadku dziadek kupił mi piłkę i z sąsiadem, który stawał na trzepaku jak na bramce, zacząłem dużo grać. Zamarzyła mi się kariera piłkarska i widzący moja zamiłowanie wuefista w gimnazjum zaprosił mnie na trening. Zacząłem grać w ekipach młodzieżowych, w pobliskim klubie w Lubaniu Maniowy, później już na seniorskim poziomie, u siebie w wiosce, w Zaporze Kluszkowce. To było na poziomie klasy A i B. Tam sześć czy siedem lat grałem, i dosyć dobrze mi szło. Choć powiem szczerze, że bałem się kontaktu fizycznego z rywalami i starałem się grać z pierwszej piłki. Grałem dobrze głową, wykonywałem rzuty wolne i rożne. Natomiast jeżeli chodzi o kontakt fizyczny, rozpychanie się, kiwanie to miałem duże obawy, że się przewrócę na ręce i znowu je sobie poharatam. Bo ręce mam teraz takie, że bardzo długo się goją, są tak jakby kości dookoła oplecione tylko cienką skórką. Miałem blokadę w głowie, natomiast biegając na nartach nie mam żadnej blokady. Wiadomo, to też nie jest bardzo bezpieczny sport, natomiast jakoś tak się stało, że jak poszedłem zrobić prawo jazdy i dowiedziałem się, że jest klub, w którym mogę biegać na nartach, to mi się świeczki w oczach zapaliły.

Pan się wstydził swoich pokiereszowanych rąk?
Tak, bardzo się wstydziłem, nie widziałem innej możliwości. Rodzice mi mówili, żebym normalnie chodził, ale ja zakładałem protezę, która wyrównała długość prawej ręki z lewą i na to zakładałem długi rękaw. Jak ktoś przechodził obok, to nawet nie zauważał, że coś jest nie tak. Podobnie było na boisku. Natomiast jak zacząłem wyjeżdżać z niepełnosprawnymi z kadrą, to zarzuciłem protezę i nawet nie wiem, gdzie teraz jest, od tamtej pory już żadnej nie zrobiłem. Zacząłem po prostu żyć normalnie i nie wstydzić się tego. Wcześniej, jak trzeba było kogoś poprosić o pomoc, to miałem z tym duży problem, a teraz już nie mam obaw. Tak więc sportowi naprawdę dużo zawdzięczam, także w takim zwykłym funkcjonowaniu na co dzień.

I nawet do prowadzenia samochodu nie używa pan protezy?
Na kursie uczyłem się, prowadząc z protezą, ale to jest jednak jak sztuczne, obce ciało. Tłumaczę ludziom, że to jakby sobie założyć na rękę bardzo grubą, nawet nie gumową, tylko drewnianą rękawiczkę i próbować coś tym robić. Teraz wszystkie czynności wykonuję bez niej. Proteza była jeszcze przez jakiś czas w samochodzie i straszyła ludzi, bo ją zabierałem po to, żeby prowadzić auto. Natomiast teraz już w ogóle jej nie używam i lepiej mi się jeździ, jak czuję kierownicę, nawet tą krótszą ręką. Tak się nauczyłem i nie wyobrażam sobie, żebym miał kiedykolwiek wrócić do protezy. No chyba żeby coś świetnego wymyślili, ale na razie nic takiego nie ma.

Zdaje się, że do narciarstwa trafił pan właśnie dzięki temu, że chciał pan zrobić prawo jazdy.
Mój tata prowadził firmę ubezpieczeniową i biuro podróży, więc po szkole myślałem, że pójdę do pracy i będę zaocznie studiował, ale nie trafiłem na swój kierunek i zacząłem się rozwijać w firmie. A wiadomo, jak to przy ubezpieczeniach, trzeba dojechać do klienta. Raz, drugi, trzeci pojechałem busem. Myślę sobie, kurczę, no nie na tym chyba życie polega, muszę mieć samochód. Tym bardziej, jak zobaczyłem, że Bartosz Ostałowski prowadzi auto samą stopą. Tata się dowiedział, że jest taka szkoła nauki jazdy w Nowym Sączu i na pierwszym spotkaniu zobaczyłem, że jej właściciel nie ma dłoni. On popatrzył na mnie i mówi: „Nie masz rąk, jesteś wysoki, szczupły, a my tu mamy taki klub, który zrzesza sportowców z niepełnosprawnościami”. A to mi się już dawno podobało, jak już grałem w piłkę, to słyszałem o sporcie niepełnosprawnych, ale wtedy, w latach 2002-2004 sport niepełnosprawnych nie był tak rozwinięty, jak teraz, a i w internecie też trudno było w ogóle cokolwiek znaleźć. W 2006 roku zobaczyłem w telewizji, jak biegnie na nartach Kasia Rogowiec, zachwyciłem się tym, bardzo chciałem znaleźć klub dla siebie. Ale ani w Nowym Targu, gdzie mieszkam, ani w Krakowie niczego takiego nie było. I po prawie pięciu latach nieoczekiwanie temat wrócił za sprawą Mariana Damiana ze szkoły nauki jazdy.

On sam uprawiał sport?
Tak, był nawet brązowym medalistą w sztafecie igrzysk paraolimpijskich w Albertville. Powiedział mi: „Tu u nas w Nowym Sączu trenuje Kasia Rogowiec”. Niczego więcej nie trzeba mi było mówić. I jak następnym razem byłem na lekcjach, to spotkałem się z prezesem klubu Start Nowy Sącz, teraz już świętej pamięci panem Staszkiem Ślęzakiem. To był mój pierwszy trener i nauczyciel. On się bardzo zachwycił, nie wiem, czy moją posturą, czy czymś innym. Wtedy było zgrupowanie kadry w Zakopanym, ja już zdałem egzamin na prawo jazdy i po dwóch miesiącach pojechałem samochodem do Zakopanego, a pan Staszek mówi do mnie: „Ja o tobie pamiętam, masz tutaj buty”. Wtedy nie miałem jeszcze ani nart, ani rolek na nogach, a już dostałem buty skiathlonowe, takie do biegania i klasykiem, i łyżwą. Pomyślałem sobie: kurczę, ja jeszcze nawet nie pokazałem, co potrafię, a pan Staszek myśli o mnie. To było strasznie motywujące. We wrześniu zapowiedział mi, że jak tylko zwolni się miejsce na jakimś zgrupowaniu, to ja na nie wskakuję. I w styczniu już byłem na swoim pierwszym zgrupowaniu w Jakuszycach. Wcześniej pan Staszek nakazał mi dużo biegać: „Jak grasz w piłkę, to graj w tę piłkę i przygotowuj nogi, mógłbyś też troszeczkę schudnąć”. Od tamtego momentu aż do tej pory przez kilkanaście lat nie opuściłem na zgrupowaniach więcej niż pięć dni.

A rower kiedy się pojawił? Bo w ubiegłym roku nie tylko został pan mistrzem świata w biegach narciarskich, ale także wicemistrzem Polski na dystansach 10 i 70 km w parakolarstwie szosowym. To imponujące.
Żeby przez lata dojść do narciarskiej formy, musiałem mnóstwo kilometrów przebiec i przetrenować. No i niestety pojawiły się kontuzje, kilka lat temu miałem duże problemy z kolanem i z trenerem szukaliśmy rozwiązania. To jest sport wytrzymałościowy, ja jestem specjalistą od dwudziestokilometrowych biegów, więc trzeba bardzo dużo treningów objętościowych, to są 3-4 godziny dziennie ciągłego treningu. W lecie jest bieganie, marszobiegi, bieganie w górach, no i jazda na rowerze. I w pewnym momencie doszliśmy z trenerem do ściany, po prostu nie mogłem robić takiej objętości treningów, jaka była konieczna. Leczenie kolana się przeciągało, ale zauważyłem, że jak wsiądę na rower, to, o dziwo, kolano tak bardzo nie boli, jak przy bieganiu, zacząłem więc częściej jeździć. Wtedy się pojawiło zaproszenie do startu w mistrzostwach Polski. To był 2019 albo 2020 rok. Wystartowałem na „kozie” za tysiąc złotych z Decathlonu i wygrałem start wspólny, a w wyścigu na czas miałem srebro. W następnych latach w stawce pojawił się bardzo dobry kolarz, który wszystko wygrywa, a ja jestem drugi w Polsce.

Kolarstwo to będzie sportowe życie po życiu, gdy pan skończy biegać na nartach?
Rower traktuję w stu procentach jako przygotowanie do nart. Jestem biegaczem i na tym się skupiam. Kolarstwo to bardzo drogi sport, trzeba mieć dwa rowery - szosowy i do czasówki. Ja się lepiej czuję w czasówce, bo w takim wyścigu jest tak, jak w biegu narciarskim, czyli masz start co minutę i nie jedziesz w grupie, nie musisz reagować na ataki innych kolarzy, tylko pędzisz, ile masz sił w nogach. Tyle że odpowiedni do tego rower jest, niestety, strasznie drogi. Nie stać mnie, żeby sobie taki kupić, więc nie myślę na poważnie o kolarstwie. To przygotowanie do zimy i tyle. A że co roku są mistrzostwa Polski i akurat ostatnie cztery lata udało mi się na nie pojechać, bo nie kolidowało to z żadnym zgrupowaniem, to super. Cieszę się, że pojawiły się jakieś tam drobne sukcesy.

Mówi pan o swoich osiągnięciach ze skromnością. A dla wielu osób pana starty i postawa są inspiracją. Przyjmuje pan zaproszenia na spotkania z dziećmi w szkołach, organizuje bezpłatne treningi dla chętnych. To ważne, także dla tych, którzy obawiają się lub wstydzą swoich niepełnosprawności.
Chciałbym, żeby tak było i mam nadzieję, że tak jest. Mamy klub w Obidowej (KS ZOMA Team Obidowiec – przyp.), jesteśmy w nim jak jedna wielka rodzina. Mamy kilku nowych, młodych zawodników. Jak jest zgrupowanie lub bieg, to staram się dawać pozytywny przykład, nie tylko niepełnosprawnym dzieciakom, ale i pełnosprawnym. Jestem też licencjonowanym instruktorem narciarstwa biegowego, w trakcie trwania pandemii prowadziłem warsztaty dla szkół podstawowych i przyjeżdżały do mnie dzieciaki, uczyły się w grupkach po 10-15 osób. Staramy się rozwijać biegi narciarskie, myślę o nowej misji po zakończeniu kariery, może by stworzyć jeszcze dodatkową sekcję lub klub? Chciałbym zaszczepiać dzieciom tę moją ukochaną dyscyplinę, bo ona troszeczkę kuleje w Polsce, a mamy naprawdę duży potencjał.

Wrócił pan z Toblach, gdzie w styczniu zdobył trzy brązowe medale w zawodach pucharowych. W poprzednich sezonach w klasyfikacji generalnej był pan najwyżej drugi, czy zatem teraz celem jest zdobycie Pucharu Świata?
Taki był cel przed sezonem. Tyle że on już jest mało realny. Wprawdzie były trzy brązowe medale, ale na dwóch sprinterskich dystansach zajmowałem miejsca szóste i siedemnaste. Zasady w Pucharze Świata trochę się zmieniły, są przyznawane punkty za każdy bieg, więc to siedemnaste miejsce mnie pogrążyło. Przed finałem w Kanadzie, który odbędzie się w marcu, mam 60 punktów straty i będzie to ciężko odrobić, chyba że mojemu głównemu rywalowi poszłoby bardzo słabo. Już nie jestem młody i cztery starty w pięć dni, tak jak to było ostatnio we Włoszech, mają duży wpływ na organizm, dwudziestolatkowie szybciej się regenerują. Dlatego cieszę się, że te trzy medale udało mi się zdobyć, bo dzięki temu miejsce na podium w klasyfikacji końcowej jest jak najbardziej w moim zasięgu. Zostały trzy biegi i będę walczyć do końca, bo szykujemy szczyt formy na marzec.

Jak się pan będzie przygotowywał do finału Pucharu Świata?
W drugiej połowie lutego jedziemy na obóz do Jakuszyc, 10-11 dni bezpośredniego przygotowania startowego, które zakończą moje występy w ramach Biegu Piastów - w Memoriale Stanisława Michonia na 15 km klasykiem i 30 km łyżwą. Po powrocie do Nowego Targu pojedziemy na początku marca na dwa biegi mistrzostw Polski w Klikuszowej i zaraz po nich ruszamy z trenerem Cempą do Kanady.

Ma pan bardzo doświadczonego trenera, pamiętam Wiesława Cempę jeszcze z czasów, gdy reprezentował Polskę jako biegacz narciarski na zimowych igrzyskach w 1993 roku i rok później na mistrzostwach świata.
Nasza znajomość to w ogóle fajna historia, bo przecież pan Wiesław był trenerem Kasi Rogowiec w czasach, gdy ja zacząłem ją podziwiać, poprowadził ją do dwóch złotych medali na paraigrzyskach w Turynie w 2006 roku. Później pracował w PZN z kadrą juniorów, z którą osiągał bardzo dobre wyniki, a moim trenerem został przed pięcioma laty. Bardzo sobie cenię tę współpracę, świetnie się dogadujemy. Co więcej, to największy fachowiec w Polsce, jeżeli chodzi o smarowanie nart. To jest bardzo ciężki kawałek chleba, szczególnie jak się tych nart i smarów nie ma za dużo. Odkąd biegam przez dwanaście lat, nie mieliśmy lepszego fachowca w tej dziedzinie. To jest człowiek orkiestra. Jestem święcie przekonany, że kilka razy w karierze miałem najlepiej przygotowane narty ze wszystkich moich rywali, i tak pewnie było także rok temu, gdy wygrywałem na mistrzostwach świata w Oestersund.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Jagiellonia mistrzem Polski. Feta i kibice w centrum miasta

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski