Na przekór losowi

Redakcja
Czy można zdobyć olimpijski medal, mając amputowaną jedną z kończyn? Wydaje się to niemożliwe. A jednak w historii igrzysk zdarzały się takie przypadki...

Bez dłoni i ręki

Historia olimpijskich zmagań zna wiele przypadków, gdy po medale sięgali sportowcy, których nie oszczędzał złośliwy los. Mimo przebytych chorób, kontuzji, a nawet amputacji, pokonali własną słabość, wykazali się wielkim hartem ducha i ogromną ambicją. Warto więc przypomnieć ich drogę do sukcesu, choćby po to, by stanowiła przykład dla innych sportowców pechowców.
 Kibice oglądający występ urugwajskich piłkarzy w igrzyskach w 1928 roku w Antwerpii byli zaszokowani widokiem jednego z graczy. Nie miał on bowiem... prawej dłoni. 24-letni Hector Castro grał w ataku drużyny "celestes". I to jak... Świetnie dryblował, groźnie strzelał, nie miał respektu dla rywali. Mimo fizycznego defektu był zadziwiająco sprawny fizycznie.
 Dłoń stracił jako mały chłopiec, gdy bawiąc się w tartaku podszedł do piły mechanicznej. A jednak, spełnił swoje chłopięce marzenia (pochodził ze sławnej piłkarskiej rodziny) o wielkiej karierze. W Antwerpii on i jego koledzy sięgnęli po złoty medal olimpijski. Castro przyczynił się też do zdobycia przez Urugwaj mistrzostwa świata (1930) i Ameryki Południowej (1926 i 1935). W reprezentacji rozegrał 47 spotkań, w ciągu których strzelił 33 bramki. Potem z powodzeniem prowadził m.in. Nacional Montevideo (5 tytułów mistrza ligi, na przełomie lat 30. i 40.) oraz drużynę narodową Urugwaju. Zmarł w 1960 roku.
 Podczas igrzysk w 1948 roku, w Londynie, jeden z zawodników, strzelających z pistoletu automatycznego do sylwetek, używał lewej ręki. Czyżby był mańkutem? W pewnym sensie tak... 38-letni Węgier Karoly Takacs posługiwał się tylko lewą dłonią, prawą stracił bowiem podczas drugiej wojny światowej. Mimo kalectwa nie porzucił myśli o sportowej rywalizacji. I dopiął swego. Żmudne treningi sprawiły, że doszedł do perfekcji. Olimpijczykiem był aż trzy razy.
 W Londynie i 4 lata później, w Helsinkach, zdobył złote medale (w debiucie osiągając 580 punktów pobił rekord świata!). Gorzej powiodło mu się w 1956 roku, w Melbourne (nie znalazł się w czołowej szóstce), ale 2 lata później znowu pokazał wielką klasę, sięgając po brązowe krążki (indywidualnie i drużynowo) w MŚ. Był też brązowym (w drużynie - ponownie w konkurencji pistoletu standardowego) medalistą ME w 1955 roku. Zmarł w 1976 roku.

Po wojennym piekle

 Niektórzy olimpijczycy, zanim stanęli na arenach igrzysk, przeszli przez wojenne piekło. Mimo odniesionych ran potrafili osiągnąć sportowe mistrzostwo...
 W największej bitwie I wojny światowej, pod Verdun, użyte zostały gazy. Po jednej ze stron barykady walczył Francuz Joseph Guillemot. Wcześniej uchodził za wielce utalentowanego biegacza. Wróżono mu wielką karierę. Zamiast jednak ścigać się z rywalami na bieżni, postanowił walczyć z Niemcami na froncie. Trujące opary pod Verdun omal nie okazały się dla niego zabójcze. Cudem uniknął śmierci. Długo się leczył w szpitalu, który opuścił ze zniszczonymi płucami. Po wojnie wrócił do biegania, został olimpijczykiem. W 1920 roku w Antwerpii wygrał bieg na 5000 m, pokonując o 4,4 sek. zaczynającego wielką karierę Fina Paavo Nurmiego (9-krotnie złotego i 3-krotnie srebrnego medalistę IO) oraz był drugi na dwukrotnie dłuższym dystansie (o 1,4 sek. za Nurmim).
 W jednej z najsłynniejszych bitew II wojny światowej, pod Monte Cassino, uczestniczył urodzony w Maroku Alain Mimoum O'Kacha. Podczas jednego z natarć został ciężko ranny. Z przestrzeloną nogą znalazł się w szpitalu. Wojna zabrała mu młodzieńcze lata (urodził się w 1921 roku), ale nie zniszczyła sportowych marzeń. Jego pasją były biegi długie. Jako reprezentant Francji wystąpił aż czterokrotnie w igrzyskach. Przez wiele lat nosił przydomek "wiecznie drugi". Miał szczęście (unikając śmierci w krwawym natarciu) i pecha na bieżni (często zajmując drugie lokaty).
 Został wicemistrzem olimpijskim w 1948 roku, w Londynie, na 10 000 m oraz w 1952 roku w Helsinkach na 5000 i 10 000 m, a także wicemistrzem Europy w 1950 roku, w Brukseli, na obu tych dystansach. Za każdym razem wyprzedzał go legendarny czechosłowacki biegacz Emil Zatopek. Mimoum zrewanżował mu się w 1956 roku, w Melbourne, gdy we wspaniałym stylu wygrał bieg maratoński (Zatopek był dopiero szósty). Mając 39 lat wystąpił jeszcze w 1960 roku na igrzyskach w Rzymie, ale już bez większego powodzenia.

Ze szpitala na podium

 Gdy jedni olimpijczycy tuż przed igrzyskami szlifowali formę, inni marzyli, by jak najszybciej opuścić szpital i spróbować nadrobić stracony czas...
 To był niezapomniany widok. Do mety biegu maratońskiego, usytuowanej przed Colloseum w Rzymie, samotnie podążał 28-letni, bosonogi, nikomu nie znany zawodnik, z numerem 11. Był nim Abebe Bikila, żołnierz przybocznej armii gwardii cesarza Etiopii Haile Selassie. Swym bezapelacyjnym zwycięstwem i... brakiem obuwia (biegł po asfalcie i kamieniach rzymskich ulic) wzbudził wielkie uznanie.
 Jeszcze większy podziw wywołał jego kolejny triumf 4 lata później, w 1964 roku, w Tokio. Nikt wcześniej nie wygrał dwóch maratonów. Bikila niespełna dwa miesiące przed startem w igrzyskach przeszedł operację ślepej kiszki. Tymczasem w stolicy Japonii wprost znokautował rywali. Drugiego na mecie Brytyjczyka, Basila Hetaleya, wyprzedził aż o 3.52 min. Inni zawodnicy po biegu padali z wyczerpania na bieżnę, a Etiopczyk przebiegł rundę honorową, a potem na środku stadionu wykonał taniec radości. Miał też jeszcze dość sił, by przeprowadzić swobodne, rozluźniające ćwiczenia. Po tak morderczym wysiłku... Bikila marzył o trzecim zwycięstwie olimpijskim. W 1968 roku stanął na starcie maratonu w Meksyku. Przebyte wcześniej kontuzje i zapalenia stawów sprawiły jednak, że musiał szybko wycofać się z biegu. Rok później uległ wypadkowi samochodowemu i na zawsze stracił władzę w nogach. W 1972 roku, w Monachium, jako gość honorowy, obserwował w wózku inwalidzkim olimpijskie zmagania. Zmarł rok później, mając zaledwie 41 lat.

\\\*

 1 sierpnia wyszedł ze szpitala o kulach. Przeszedł operację kolana. 16 października miał stanąć na starcie olimpijskiego konkursu trójskoku w Tokio. Czy zdąży się wyleczyć, czy zdąży dojść do formy? Takie pytania zadawali sobie sympatycy talentu Józefa Szmidta. 4 lata wcześniej, w 1960 roku, Polak jako pierwszy w historii pokonał granicę 17 m (podczas zawodów w Olsztynie uzyskał 17,03) i zdobył złoty medal igrzysk w Rzymie. W mistrzostwach Europy w 1958 i 1962 roku także był najlepszy. W Tokio, gdzie poleciał właściwie jako rekonwalescent, zadziwił wszystkich, także... rywali, wielkim hartem ducha i siłą woli. Prowadzenie w konkursie objął w drugiej kolejce, w której skoczył 16,65 m. Swój sukces przypieczętował ostatnim skokiem na odległość 16,85, co oznaczało nowy rekord olimpijski, należący zresztą już do niego. 4 lata później, w Meksyku, w wieku 33 lat, zajął siódme miejsce. Przez długi czas mieszkał w Niemczech. W końcu powrócił do kraju. Nie chce jednak żadnego rozgłosu, odmawia rozmów dziennikarzom. Mieszka na wsi.

Pokonał kontuzję

 Niektórych sportowców, między olimpijskimi startami, trapiły częste kontuzje, a jednak zdołali się na tyle wykurować, że podejmowali ryzykowną walkę...
 Gdy w 1956 roku w Melbourne 20-letni dyskobol USA Al Oerter zdobył złoty medal w swojej konkurencji, nikt nie przypuszczał, że swój wyczyn powtórzy on jeszcze trzykrotnie! Jego triumf uznano za sensacyjny. Przecież przed igrzyskami był dopiero szósty w mistrzostwach swego kraju i drugi w eliminacjach przedolimpijskich. Przed kolejnymi igrzyskami nie startował, choć był obrońcą tytułu, z pozycji faworyta. Wprawdzie 4 razy ustanawiał rekordy świata, ale zwykle zawody przed igrzyskami wygrywali inni. Oerter miewał kłopoty zdrowotne, leczył kontuzje. Przed igrzyskami w 1964 roku w Tokio lekarze w ogóle zabronili mu brać dysk do ręki. Nie posłuchał ich jednak i choć przy najmniejszym ruchu odczuwał ogromny ból - miał bowiem zgniecioną chrząstkę klatki piersiowej - znowu okazał się najlepszy na olimijskiej rzutni. 4 lata później także pokonał własną słabość i... zdecydowanego faworyta do "złota", swego rodaka, Raya Silvestera, który ustanowił fantastyczny rekord świata wynikiem 68,40 m (7 lat wcześniej jako pierwszy pokonał granicę 60 m - 60,56 m). W roku olimpijskim Oerter sześć razy przegrywał z Silvesterem, ale w siódmym pojedynku - najważniejszym, bo na igrzyskach w Meksyku - Oerter był górą (Silvester zajął dopiero piąte miejsce).

Od znicza do tlenu

 Wygrywali różne zawody, bili rekordy, a w najważniejszych - olimpijskich - startach zawodzili. Nie wszyscy wygrywali ze złośliwym losem, ale czyż nie zasłużyli na pamięć?
 Nad leżącym, nieprzytomnym biegaczem klęczał zrozpaczony lekarz. Prawą ręką obejmował głowę rekordzisty świata, a lewą zakrywał swą zatroskaną twarz. Australijczyk Ron Clarke po biegu na 10 000 m, w którym zajął szóste miejsce, tak osłabł, że przez godzinę podawano mu tlen, by go przywrócić do świadomości. Dla wielu sportowców szósta lokata byłaby dużym sukcesem, ale nie dla niego - 17-krotnego rekordzisty świata (w tym 9-krotnego na dystansach milowych). Clarke miał 19 lat i 9 miesiący, gdy jako mistrz świata juniorów na 1 milę dostąpił zaszczytu zapalenia znicza olimpijskiego, w 1956 roku, w Melbourne. Potem został łowcą rekordów.
 W 1965 roku 10 000 m przebiegł w czasie 27.39,4 min, poprawiając swój poprzedni rekord aż o 37,2 sek. To był fantastyczny wynik, rekord rekordów, który dałby Australijczykowi złoty medal podczas igrzysk w... 1992 roku w Barcelonie. Clarke nie miał jednak szczęścia. W 1964 roku, w Tokio, będąc zdecydowanym faworytem biegów długich, musiał się zadowolić tylko "brązem" na 10 000 m oraz dziewiątymi lokatami na 5000 m i w maratonie.
 Aby jak najlepiej się przygotować do występu w Meksyku, gdzie rywalizacja miała się toczyć na wysokości ponad 2000 m, na początku 1968 roku chciał udać się (wraz z żoną oraz dziećmi Moniką i Marcusem) do USA, by tam trenować w górach (w swoim kraju nie miał takich warunków do treningu). Konserwatywne władze Australijskiego Związku Lekkiej Atletyki nie zgodziły się jednak na to, by Clarke "żył tylko sportem, dla sportu i... ze sportu". Potem zmieniły nieco zdanie, pozwalając mu na pobyt w South Lake Tahoe (USA) i Font Romeu (Francja), ale na całkowitą aklimatyzację było już za późno. W Meksyku Clarke był piąty na 5000 m i szósty na dwukrotnie dłuższym dystansie. Tak zakończył piękną, choć niespełnioną do końca karierę. Przypomnieliśmy jego sylwetkę, bo wprawdzie nie miał on takich kłopotów jak wcześniej wspomniani sportowcy, ale on również walczył z przeciwnościami losu, własną słabością. Przegrał, jednak dał z siebie wszystko, pokazał charakter godny wielkiego sportowca.

Jerzy Filipiuk

Na przekór zdrowemu rozsądkowi

 Opisujemy powyżej historie sportowców, którzy na przekór losowi, dzięki swej ambicji, waleczności i wyrzeczeniom sięgali po olimpijskie laury. Zdarzali się jednak i tacy zawodnicy, którzy medale chcieli zdobyć w nieuczciwy sposób, niegodny olimpijczyka.
 Klasycznym przykładem sportowca-oszusta był pięcioboista nowoczesny ZSRR - Borys Oniszczenko. Podczas igrzysk w 1976 roku, w Montrealu, dopuścił się on wielkiego "przekrętu" w jednej z 5-bojowych konkurencji - szermierce. Do rękojeści swojej szpady, pokrytej zamszową skórą, wbudował guzik, który po naciśnięciu powodował krótkie spięcie, sygnalizujące jakoby trafienie rywala. Lampa sygnalizacyjna zapalała się nawet, gdy jego szpada nie dotknęła przeciwnika. Oniszczence udało się w ten sposób oszukiwać i sędziów, i innych zawodników. W końcu wpadł. W jaki sposób? Otóż w pewnym momencie w zdenerwowaniu nacisnął ukryty guzik, gdy jego szpada nie była nawet w pobliżu rywala. I lampa się zaświeciła... Sędziowie skontrolowali broń, prawda wyszła na jaw.
 Oniszczenko poniósł nie tylko sportową karę, w postaci wydalenia z ekipy (następnego dnia powrócił do kraju) i dożywotniej dyskwalifikacji. Został zdegradowany (a był w randze... podpułkownika), odebrano mu odznaczenia i wszystko to, co uzyskał za wypracowane wcześniej wyniki. Musiał wiązać koniec z końcem. Był m.in. sprzedawcą sklepowym w Kijowie...
 Można by od biedy zrozumieć postępowanie Oniszczenki, gdyby był on przeciętnym zawodnikiem, który poprzez oszustwo chciał dorównać najlepszym. Ale on przecież był pięcioboistą ze wspaniałym dorobkiem, m.in. złotym i dwukrotnym srebrnym medalistą olimpijskim oraz pięciokrotnym mistrzem świata! I jednym występkiem przekreślił wszystko to, co wcześniej osiągnął.

(FIL)

Na przekór kalectwu

 Są sportowcy, których szczególnie dotknął okrutny los, a jednak nie tylko nie załamali się, ale znaleźli swoje miejsce w życiu, właśnie dzięki uprawianiu sportu. Startują w różnych zawodach, paraolimpiadach, zdobywają medale, biją rekordy. Doceniając gigantyczny wysiłek i hart ducha wszystkich niepełnosprawnych sportowców, warto podać kilka spektakularnych osiągnięć osób niewidomych, po amputacjach i z porażeniem mózgowym...
 Bieg na 100 m: niewidomi: 10,96 sek. A. Managaro (Włochy) i 12,43 sek. R. Takbulatowa (ZSRR); po amputacji: 10,72 sek. Ajibola Adeoye (Nigeria) i 12,51 sek. Petra Buddelemyer (Niemcy); z porażeniem mózgowym: 11,79 sek. Hoon Son (Korea Płd.) i 14,56 sek. Alison Quinn (Australia).
 Skok w dal: niewidomi: 7,23 m Enrique Cepeda (Kuba) i 6,11 m Purification Ortiz (Hiszpania); po amputacji: 6,75 m Ruben Alvarez (Hiszpania) i 5,70 Irina Leontiuk (Białoruś); z porażeniem mózgowym: 5,92 m Darren Thrupp (Australia) i 4,49 m Grigalluniene (Litwa).
 Skok wzwyż: niewidomi: 2,02 m Olaf Mehlmann (Niemcy) i 1,80 m Maria Runyan (USA); po amputacji: 1,96 m Arnold Boldt (Kanada) i 1,66 m Petra Buddelmeyer (Niemcy).
 Ilu w pełni zdrowych sportowców uzyskałoby takie wyniki?

(FIL)

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie