Od plastra do plastra

Redakcja
Wyznania szczerego entuzjasty teatru

Paweł Głowacki

Paweł Głowacki

Wyznania szczerego entuzjasty teatru

Gdy zdania Czechowa, te zaspane koty w filcowych bamboszach, lekko zamglonym krokiem przechodzą przez świat, wtedy zawsze ciągną się za nimi wiotkie tasiemki przedziwnego smaku. Ani to wyłącznie słodkie nie jest, ani wyłącznie gorzkie, ale że nijakie - tego też powiedzieć nie można, w żadnym wypadku nie można, bo byłaby to bzdura piramidalna. Więc, co to właściwie jest? Łyżka dziegciu w beczce miodu? Łyżka miodu w beczce dziegciu? Trzeba nos wolno wetknąć w tasiemki i długo wąchać, trzeba je na widelec nawinąć i ostrożnie przesunąć po podniebieniu, potem znowu wąchać trzeba, po czym znowu ostrożnie przesunąć, a potem znowu i znowu... wtedy każdy człowiek wreszcie zgaduje, że przedziwność tego smaku to nic innego, jak oczywistość tego smaku, że jest on po prostu jego - człowieka - smakiem własnym. W "Płatonowie" Płatonow powiada nagle: Tu czuć człowiekiem... _I chyba jeszcze dorzuca: _Wiesz, jak pachnie człowiek? _Otóż - przede wszystkim przerażająco normalnie. Dokładnie tak, gdyż Czechow raczej nie miał złudzeń, człowiek był dla niego konstrukcją doskonałą w proporcjach. Łyżka dziegciu w łyżce miodu, ni mniej, ni więcej. Po prostu idealnie. I ciarki idą po karku.
 Idą ciarki po karku, nieswojo się człowiekowi robi, bo niby jaka to atrakcja patrzeć na scenę i widzieć tam siebie na goło podanego, gapić się na ludzi, co są identycznie odcięci od jakichkolwiek skrajności, na ten smętny plankton, który się mniej lub bardziej panicznie miota pomiędzy - jakby klasyk to ujął - za życia nieosiągalną nieskończonością a całkowicie osiągalnym kichnięciem? Idą ciarki, nieswojo się robi, ale zarazem jakoś bardzo mocno chce się to oglądać, jakoś bardzo chce się słuchać tych zaspanych kotów w filcowych bamboszach... Sprzeczność? Nie, u Czechowa nie ma sprzeczności, bo nie ma u niego niepoczytalnych fanfaronad skrajności. Czechow zawsze trafia idealnie w środek. Tak jest zawsze, tak jest i w "Płatonowie", więc i tutaj par pojęć, co tylko pozornie są wewnętrznie nie do pogodzenia, można znaleźć, ile tylko dusza zapragnie. Łza i uśmiech, jasność i ciemność, smutek i radość, miłość i nienawiść, cisza i dźwięk słów, ból i znikanie bólu, tęsknota i jak bęben pusta apatia, komedia i tragedia, samotność i buczące gierki salonowe... Pod koniec pada strzał. Więc jeszcze i to: czekanie na strzał i strzał. Beckett celnie kiedyś ujął istotę sprawy. Rzekł: _nie ma nic śmieszniejszego niż nieszczęście. _Czechow pewnie by przyklasnął i dodał cicho: _oraz nic nieszczęśliwszego nad śmiech.

 Trzeba z punktu powiedzieć, że w "Płatonowie" Grzegorzowi Wiśniewskiemu dość porządnie udało się nie stoczyć w łapy jednowymiarowej skrajności. Chwalić Boga, dzieło nie jest ani do końca patetyczne w typie dym i światło metafizycznego ogarka, ani do końca farsowe w typie zabili go i uciekł, czyli bracia Marx. Po scenie nie snują się nieludzko mocarni herosi głębokiej ciemności i nie kicają też po niej jacyś kretyni i kretynki, co im się nudzi, więc odgrywają przed sobą tani romans o jakowymś prowincjonalnym rosyjskim Don Juanie, który właściwie nie wie, czemu kochają się w nim wszystkie okoliczne baby. Zatem - nie, nie jest źle, ale szkoda, że dobrze też nie jest. Wiśniewski, niestety, wpadł w łapy jednowymiarowej papierowości. Otóż, sprawy na scenie jakoś tak się mają, jakby reżyser poszatkował każdą z postaci, a później porozwieszał plastry tu i tam. Każdy plaster ma tylko jeden profil, jakąś jedną cechę danej postaci symbolizuje, pojedynczy smak, kolor i ciepłotę. Co w takich okolicznościach pozostało aktorom? Cóż, coś jak pilne ganianie im pozostało, bo przecież trzeba zdążyć, by "ubrać" odpowiedni plaster, odegrać coś pojedynczego ze swojej postaci, po czym na gwałt się "rozebrać", albowiem plaster o innym tonie już czeka. Plaster smutek, plaster łza, plaster śmiech, plaster rozpacz, plaster głupota, plaster, plaster, plaster... Las plastrów. Ludzkie życie pocięte na plastry, czyli raczej brak życia. Stąd swoista papierowość całości. Papier, co tylko udaje oddech.
 Tak oto liczba postaci Czechowa - w oryginale jest ich 10 - u Wiśniewskiego niepokojąco wzrasta, to oczywiste. Po półgodzinie zaczyna się trochę migać w oczach. Weźmy na przykład taką Generałową Doroty Pomykały. Mamy, co następuje: Generałową wieczorną, Generałową obiadową, Generałową ironiczną, Generałową smutną, Generałową złą, Generałową upokorzoną, wreszcie Generałową desperacką. 7 sztuk, nie chce być inaczej. Pomykała w siedmiu płaskich plastrach! Tak jakby pomiędzy ironią a, dajmy na to, upokorzeniem tkwiła w człowieku jakaś przepaść rzeczywiście nie do zasypania. A Płatonow Piotra Grabowskiego? Niestety - przebił Generałową. Płatonowów jest sztuk 9. Grabowski w plastrach dziewięciu! Nie będę nazywał ich płaskości, bo po prawdzie nie chce mi się. W ogóle już nie chce mi się dalej liczyć. Dorzucę tylko banał, że na tle tak pomnożonego dobra, najlepiej wypadają postaci nie poszatkowane lub przynajmniej poszatkowane jedynie poniekąd. Głagoliew Ryszarda Jasińskiego - cholernie bogata, ale czuła prowincjonalna "bida" umysłowa. Sasza Marty Waldery - prosta "gąska", lecz z tych, co to nie dają sobie w kaszę dmuchać, bo swój honor mają. Osip Jerzego Światłonia - czuły cham. Może jeszcze Maria Grekow Doroty Godzic... by krótko rzecz ująć - _w starym piecu diabeł pali. _Natomiast kompletnie nie wiadomo, kto ostatnio pali w piecu u scenografa Macieja Preyera. Pewnikiem diabeł, co jest ślepy jak kret, bo przecież skądś się na scenie musiała wziąć ta kuriozalna, żywcem z warszawskiego Dworca Centralnego "zerżnięta", ściana z mętnych szyb.
 Ale jest coś jeszcze. Jest Sonia Dominiki Bednarczyk... Więc jednak mam rację - człowiek u Czechowa zawsze jest potwornie spójny, jak Bednarczyk. Albo w ogóle go nie ma. W finale Sonia - ta łyżka dziegciu w łyżce miodu - strzela do Płatonowa. Chwilę wcześniej płacze trochę i trochę się śmieje. Tak, między łzą a uśmiechem nie ma w człowieku żadnej przepaści. Łza się zaczyna, gdy na ustach wciąż jeszcze tańczy radość, a uśmiech - gdy język zlizuje z warg słoną wilgoć. Idealnie jest. I ciarki idą po karku.
Teatr Słowackiego. Antoni Czechow "Płatonow". Reżyseria Grzegorz Wiśniewski. Scenografia Maciej Preyer. Muzyka Bolesław Rawski.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie