Padną czy nie padną?

Redakcja
(INF. WŁ.) Jaki los czeka polskie przedsiębiorstwa, jeżeli wejdziemy do Unii Europejskiej? W Departamencie Analiz Ekonomicznych i Społecznych Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej usłyszeliśmy, że nikt do tej pory nie prowadził takich analiz. Urzędnicy departamentu odesłali nas na stronę internetową urzędu, gdzie znajdują się jedynie materiały promujące Unię, czyli jednostronne, dostrzegające wyłącznie plusy integracji. Tymczasem bardzo wielu naszych przedsiębiorców boi się przystąpienia do Unii niczym diabeł święconej wody. Obawiają się oni, że firmy ze znacznie bogatszych krajów Wspólnoty doprowadzą do ruiny nasze przedsiębiorstwa.

- Konkurencja będzie nieco większa, ale wymusi postęp, oszczędność i rozwój w zakładach - uważa Andrzej Wilk, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych

   Witold Zaraska, były szef "Exbudu", uważa, że konkurencję mają szansę wytrzymać tylko nieliczne, średnie lub małe firmy, które znajdą pomysł na przetrwanie, czyli niszę, w której mogą udanie rywalizować z zachodnimi zakładami. Duże polskie firmy, zatrudniające więcej niż 1000 pracowników, nie sprostają konkurencji, gdyż są nierentowne, dysponują słabszą technologią, mniejszymi środkami na rozwój itp. Krótko mówiąc: firmy z UE zaleją nasz rynek swoimi produktami, a setkom tysięcy czy nawet milionom pracowników z polskich zakładów nie pozostanie nic innego, jak tylko bezrobocie.
   Dr Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha jest innego zdania. - Wejście do Unii Europejskiej jest sprawą marginalną dla kondycji naszych firm i ich przetrwania - mówi wiceprezes centrum. - Najważniejsze są warunki, jakie stwarza się dla nich w Polsce. Niestety, polskie przedsiębiorstwa są od lat prześladowane przez kolejne rządy, które nie rozumieją, na czym polega rynek. Nasz rozmówca twierdzi, że na przystąpieniu Polski do UE nasi przedsiębiorcy mogą skorzystać o tyle, że prawo wspólnotowe, które będzie obowiązywało również u nas, jest nieco przejrzystsze niż krajowe. Ale dr Sadowski nie radzi nadmiernie cieszyć się z tego powodu, bo jak zauważa: - Nie wszystko w Unii jest racjonalne i stoi na nogach.
   Niewątpliwie najwięcej obaw związanych z przystąpieniem do Unii mogą mieć rodzime molochy, monopoliści, którzy na razie są chronieni; okres ochrony może się dla nich skończyć, gdy zostaniemy członkiem UE. - Obawiam się, że dobry czas dla firm marnotrawców nie skończy się z chwilą przystąpienia do Unii - przekonuje dr Sadowski i przypomina, że rząd Leszka Millera przygotował, za zgodą Brukseli, ustawę o pomocy publicznej, która umożliwia dotowanie nierentownych przedsiębiorstw właściwie bez ograniczeń finansowych i czasowych. Zwolennicy gospodarki rynkowej przestrzegają, że w ten sposób przez wiele najbliższych lat będzie odbywał się transfer środków z sektora prywatnego do nierentownego sektora państwowego - oczywiście poprzez podatki - dzięki czemu firmy państwowe będą miały szansę przetrwać w warunkach unijnej konkurencji.
   Dr Maciej Grabowski, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, nie widzi powodu, by obawiać się przyszłości naszych drobnych i średnich przedsiębiorstw. - One i dzisiaj rywalizują z unijną konkurencją i na zachodnich rynkach nieźle sobie radzą, o czym może świadczyć najlepiej to, że od wielu miesięcy nieustannie rośnie nasz eksport do krajów "piętnastki" - mówi wiceprezes Grabowski.
   Dr Andrzej Sadowski przekonuje, że wyraźna luka technologiczna, jaka generalnie istnieje między Polską a UE, nie musi przekreślać naszych szans. Pokazuje przykład Chin, które do liderów pod względem technologicznym nie należą, a jednak spora część świata korzysta z ich siły wytwórczej i fabryk. - Podobną rolę może pełnić spora część naszych firm. Możemy iść drogą obraną przez wiele zakładów węgierskich, które świetnie wychodzą na kooperacji z unijnymi koncernami - mówi dr Sadowski.
   Andrzej Wilk, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych, uważa, że szansą na przetrwanie wielu rodzimych firm jest właśnie wejście na nasz rynek najnowocześniejszej technologii, jaką dysponuje UE. - I tak nie mamy wyjścia - skoro nie stać nas na jej zakup, to niech obcy kapitał nam ją tu sprowadzi - mówi Andrzej Wilk.
   Zachód boi się naszej przedsiębiorczości - uważają nasi rozmówcy. Gdyby było inaczej, przekonują, to Niemcy nie wytargowaliby z kasy unijnej setek milionów euro na wsparcie niemieckich przedsiębiorstw, które działają przy ich wschodniej granicy. - Niemcy jasno powiedzieli, gdy wnioskowali o te pieniądze, że ich firmy bez tej pomocy nie będą w stanie poradzić sobie z zaradniejszymi Polakami - mówi Andrzej Sadowski.
   Nasi przedsiębiorcy nie mogą jednak liczyć na to, że - jak rolnicy - po wejściu do UE dostaną jakieś wsparcie finansowe. Niemożliwe jest bowiem, by około 3 mln firm, bo tyle ich jest w kraju, uzyskało pomoc pieniężną.
   Andrzej Wilk radzi, by nie łudzić się, że po wejściu do UE będzie lepiej niż teraz. - Jedne firmy będą padały - mówi - inne powstawały. Z pewnością konkurencja będzie nieco większa, ale też wymusi ona postęp, oszczędność i rozwój w zakładach. Nie jest powiedziane, że musimy przegrać, ale też nie wolno uwierzyć, że będzie lepiej, gdy będziemy jednym z członków. Rynek był i jest, jego prawa obowiązywać będą po wejściu Polski do Unii.
WŁODZIMIERZ KNAP

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie