Piotr Zaremba: Czy twórcy filmu „Kurier” osiągnęli swój cel?...

Piotr Zaremba: Czy twórcy filmu „Kurier” osiągnęli swój cel? [RECENZJA FILMU KURIER]

Piotr Zaremba

Polska

Aktualizacja:

Polska

Kadry z filmu "Kurier"
1/11
przejdź do galerii

Kadry z filmu "Kurier" ©Materiały prasowe

Władysław Pasikowski nakręcił dobry film o polskim duchu podczas drugiej wojny światowej. Słyszę, że to za mało. Mnie wystarczy
„Kurier” to doskonały przykład realizowania polityki historycznej poprzez kino. Pomysłodawcami opowiedzenia o kurierskiej podróży do Polski latem 1944 roku Jana Nowaka-Jeziorańskiego byli Jan Ołdakowski i Dariusz Gawin, dyrektor i wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego. Ołdakowski pilotował już inny świetny pomysł: zmontowania opowieści z pokolorowanych i wyposażonych w dźwięk powstańczych kronik filmowych. Teraz spróbował eksperymentu z fabułą.



„Kurier” jak „Dzień szakala”
Wykonali ten zamysł Władysław Pasikowski i Sylwia Wilkos jako autorzy scenariusza i tenże Pasikowski jako reżyser. Ten ostatni nie jawi się jako wizjoner kina, raczej jako solidny spec od stosunkowo prostych filmowych opowieści grających skutecznie na emocjach widowni. Jego wybór miał być gwarancją przełożenia relacji o wojennej polityce na język kina popularnego.

I moim zdaniem cel ten został osiągnięty. Dyskurs o polskich losach opakowany w kostium historii sensacyjnej ogląda się dobrze. A kiedy widzimy nagle, jak Nowak po przybyciu do Warszawy tuż przed Powstaniem zostaje posądzony o bycie „wtyką” i zastrzelony w konspiracyjnym mieszkaniu, zatyka nam dech. Przecież wiemy, że przeżył, że był po wojnie kimś ważnym dla Polaków, wielu z nas go widziało na własne oczy. Kłania się scena z „Dnia szakala”, kiedy wydaje nam się, że zabójca wynajęty przez OAS zastrzelił generała de Gaulle’a. Pasikowski jest dobry w takich sztuczkach.

Czy to recepta na sukces, komercyjny, ale i perswazyjny? Pojęcia nie mam. W kręgach filmowych panuje przekonanie o przesycie tą tematyką wśród szerokich sfer publiczności. Z drugiej strony pojawienie się w tym samym czasie (rok 2018) aż dwóch filmów o polskich lotnikach walczących w bitwie o Anglię przyniosło wcale niezłe wyniki frekwencyjne. Może więc nie jest z tym zainteresowaniem wciąż tak źle?



Czekanie na film idealny
Zarazem to, co się dzieje wokół tego filmu, jest dobrym przyczynkiem do obserwacji na temat mechanizmów ocennych. Po części to zresztą świadectwo wagi tematu. Nie ma matematycznego wzoru na nakręcenie filmu, który spodoba się wszystkim. Ale w szczególności dotyczy to filmu o drugiej wojnie światowej. Każdy związany z nią temat wyzwala tak wielkie i sprzeczne oczekiwania, że żaden twórca nie jest w stanie im sprostać.

Kiedy czytam narzekania akurat prawicowego recenzenta („Do Rzeczy”), że powstał film „przeciętny”, więc „poniżej oczekiwań”, odpowiem: a może czas pogodzić się z faktem, że zamiast oczekiwać na jedno „opus magnum”, będziemy oglądać kolejne przyczynki do opowieści o polskich dziejach. Co wcale ich nie deprecjonuje. Zwłaszcza że równocześnie żąda się popularyzacji, a ona zakłada także pewne uśrednienie przekazu, niesilenie się na nadmiar artystycznych czy intelektualnych ambicji. Tu zresztą akurat mamy sporo i obserwacji, i dylematów, tyle że równie ważną zaletą okazuje się prostota, klarowność w ich opowiedzeniu.

Jest i zarzut odwrotny, że to film zbyt staroświecki, że jego sensacyjność jest na miarę lat 80. czy w najlepszym razie 90., że nie pociągnie to młodzieży. Oczywiście, zapowiedzi dystrybutora, że obejrzymy przygody „polskiego Bonda”, to chwyt reklamowy. Ja akurat jestem przywiązany do jakiegoś związku filmowej stylistyki z duchem epoki, mnie pewna tradycyjność opowiadania o czasach dawniejszych nie przeszkadza. Przypomnę zresztą, że niedawne większe produkcje o wojnie były oskarżane raczej o nadmierną progresywność stylistyczną, hołdowanie poetyce teledysku - tak było z „Kamieniami na szaniec” czy „Miastem 44”. Pytania, jak to pokazywać, nie rozstrzygniemy prostym „tak” lub „nie”. Trzeba po prostu założyć, że Polacy mają różne wrażliwości i czekają na różne oferty. W jakich proporcjach? A to się okaże.

Po co ta misja?
Spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie, o czym to jest film? Kurierska misja Jana Nowaka jawi się jako cokolwiek niejasna. Niby wiezie jakieś mikrofilmy, przynosi też sprzeczne instrukcje od premiera Mikołajczyka (Sławomir Orzechowski) i naczelnego wodza Kazimierza Sosnkowskiego (Jan Frycz), z których pierwszy chce licytować walką w beznadziejnej rozgrywce o losy Polski, a drugi to odrzuca. Można jednak twierdzić, że ich przekazanie jest właściwie zbędne. Komenda Główna AK zna je z depesz. Może najważniejszym jest to, co Nowak mówi dowódcom w Polsce poza protokołem: nikt wam nie pomoże. Wie to z rozmowy z Winstonem Churchillem.
1 3 4 »

Komentarze (1)

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Autor komentarza nie dodał zdjęcia
decyzja o powstaniu

trele (gość)

Zgłoś naruszenie treści

Decyzja o powstaniu była zła - tu nie ma o czym dyskutować. Była to decyzja nieracjonalna: 90% to były dzieci bez żadnej broni, razem stanowili 3% populacji miasta. Do tego dowódcy AK to byli...rozwiń całość

Decyzja o powstaniu była zła - tu nie ma o czym dyskutować. Była to decyzja nieracjonalna: 90% to były dzieci bez żadnej broni, razem stanowili 3% populacji miasta. Do tego dowódcy AK to byli kierowani ambicją, niespełnieni kaprale sprzed wojny, bez realnego doświadczenia (Bór-Komorowski był nauczycielem hippki...). Klęska i absurd były tak olbrzymie, że po wojnie latami Polacy się tego tematu zwyczajnie wstydzili. Mroczny film "Kanał" Wajdy robili uczestnicy tej porażki - i tak ją pokazali. Dzisiejsi żyjący "powstańcy" to są dzieci z tamtych lat, którzy żyją z przyznanych na starość kombatanckich zasiłków i mitu budowanego wokół klęski od kilkunastu lat. Jeśli mamy się czegoś z historii nauczyć, to właśnie tego, żeby takich absurdalnych decyzji nie podejmować. Narracje Muzeum PW i dominującej propagandy budują jednak mit i entuzjazm wokół tej klęski. Ołdakowski żyje z tego, że powstanie jest mitem więc ten mit buduje - samo się nakręcająca maszynka. Politykom takie bajki o pamięci też się opłacają. Ale to coraz bardziej jest zapominanie idiotycznego horroru i zmyślanie etosu. Zmyślanie bardzo demoralizujące i niebezpieczne. zwiń

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo