Rozbite oddziały

Redakcja
Wojciech Czuchnowski

Gry wojenne

"Gdy byłem chłopcem chciałem być żołnierzem" - śpiewał w latach 70. zespół Skaldowie. Bohater piosenki wspomina "czterech ołowianych żołnierzyków", którzy w jego bitwach "przelewali krew". W czasach, gdy piosenka była popularna, żołnierze ołowiani należeli do przeszłości. W sklepach zabawkarskich kupić można było wyłącznie wojsko z tworzywa sztucznego. Plastikowi żołnierze nie byli drodzy, dlatego ogarnięci militarną pasją chłopcy mieli ich czasem całe setki.

Gry wojenne

 Zabawa żołnierzykami zastępowała w tych czasach dzisiejsze gry komputerowe. Do stojących w bojowych pozach figurek strzelało się pociskami zrobionymi z klocków, łożysk, kamieni, konstruowało wymyślne wyrzutnie siejące spustoszenie w szeregach, starsi chłopcy strzelali do żołnierzyków z wiatrówek, a nawet - wstyd powiedzieć - palili ich miniaturowymi miotaczami ognia, wysadzali w powietrze mieszanką cukru pudru i saletry lub topili w inscenizowanych katastrofach morskich. Bitwy takie organizowano przeważnie w konfiguracji "jeden na jednego". Właściciele armii ustawiali swoje wojska, ustalali reguły gry, potem zaś trwała bitwa, prowadzona przeważnie do ostatniego żołnierza.

Polak do Polaka

 Jedyny program telewizyjny (program drugi wszedł później) dostarczał wystarczającej ilości pomysłów, emitując ogromne ilości filmów wojennych i historycznych. Były to przeważnie obrazy produkcji polskiej i radzieckiej - filmy fabularne i seriale z "Czterema pancernymi" i "Stawką większą niż życie" na czele. Repertuar telewizyjno-kinowy dobierany był według ścisłego klucza politycznego. Żołnierz radziecki zawsze zwyciężał lub ginął w malowniczych pozach. Żołnierz polski szedł wyłącznie od Wschodu albo umierał zdradzony przez sanacyjnych oficerów. Amerykańskie czy brytyjskie filmy wojenne należały do rzadkości. Emisja w kinach "Mostu na rzece Kwai" była w latach 50. wydarzeniem niemal historycznym. Na amerykańską superprodukcję "Bitwa o Midway" w latach 70. ludzie czekali w wielogodzinnych kolejkach. W tych czasach reguły rządzące polityką repertuarową były oczywiste i niekwestionowane, zwłaszcza przez dzieci. Co innego zabawki - miłośników plastikowych wojen do szału doprowadzał fakt, że do kompletu żołnierzy polskich nigdzie nie można było dokupić przeciwników. Przemysł zabawkarski nie produkował figurek żołnierzy niemieckich, włoskich, japońskich ani nawet sojuszniczych - radzieckich. Wcale lepiej nie było z żołnierzykami z epok wcześniejszych - poza wyjątkami, tu również polski husarz czy ułan nie miał z kim walczyć. Siłą rzeczy z bólem serca ustawiało się więc armie do wojen bratobójczych, co niektórym weszło w krew do dzisiaj.

Niemców nie wolno, ruskich lepiej nie

 Nikt wtedy nie zastanawiał się, iż zarówno brak przeciwnika, jak i dobór produkowanych figurek, nie jest dziełem przypadku, lecz efektem polityki, która, tak jak wszystkim w tamtych czasach, rządziła również przemysłem zabawkarskim. Przede wszystkim niedopuszczalne było, odwzorowywanie militariów hitlerowskich. Nie była to zresztą akurat cecha PRL-u. Również na Zachodzie jeszcze w tych czasach takie zabawki budziły kontrowersje. Politycznie niewygodni byli też zachodni alianci - Anglicy czy Amerykanie mogli przecież budzić niezdrowe sentymenty do wojsk polskich, walczących po tamtej stronie. Dlaczego w zabawkarskiej ofercie nie występowali żołnierze bratniej Armii Czerwonej, można się tylko domyślić. Przecież zdesperowane brakiem Niemca dziecko mogło naprzeciwko żołnierza polskiego ustawić czerwonoarmistę.
 Nie zachowały się pewnie do dzisiaj żadne wytyczne, kreujące tę politykę. Żołnierzyków robiono na ogół w nie istniejących obecnie spółdzielniach pracy inwalidów. Odciśnięte na wtryskarce formy były ręcznie malowane przez chałupników. Polityczne zasady, według których dobierano wzory zabawek, można jednak odtworzyć dosyć precyzyjnie na podstawie zachowanych egzemplarzy.

Żołnierz do "Kreta"

 W Krakowie specjalistą od żołnierzyków z epoki późnego Gomułki i Gierka jest pan Bogdan Nowakowski. Co niedzielę można go spotkać na giełdzie książek, pod Halą, gdzie sprzedaje modele czołgów i samolotów oraz plastikowe figurki. Żołnierze pochodzą jeszcze z prywatnych zapasów kolekcjonera, większość jednak pan Bogdan kupuje od ludzi sprzedających na giełdzie stare zabawki i rupiecie. Często żołnierze są w opłakanym stanie - z odłamanymi kończynami, bez broni, konie na ogół nie mają nóg czy ogonów. Z figurek schodzi farba. Kupuje się ten złom w zależności od stanu po 20 do 50 groszy za sztukę lub hurtowo, całymi workami po parę złotych. Zniszczonych żołnierzy kolekcjoner wsadza do kąpieli w specjalnym roztworze popularnego płynu "Kret". Gdy stara farba zejdzie, maluje figurki od nowa, doprawia kończyny, sztukuje złamane karabiny, bagnety i pióropusze. Dopiero tak odrestaurowanych żołnierzy można sprzedać. Przebicie nie jest wielkie - żołnierzyk kosztuje od 1,50 do 3 zł za sztukę. Zważywszy iż naprawa i malowanie to dosyć czasochłonna praca, handel plastikowym wojskiem jest raczej zajęciem hobbystycznym niż przynoszącym istotny dochód.
 Zmienił się również krąg odbiorców tego towaru - kupujący to przeważnie dorośli kolekcjonerzy, pasjonaci zabawek "z epoki". Zbieracze zabawkowych militariów, też zresztą nie tworzą jednolitej grupy. Są wśród nich miłoś-nicy żołnierzy ołowianych
i cynowych, których figurki pochodzące z XIX i początków XX wieku posiadają dużą wartość antykwaryczną, są modelarze, kupujący dostępnych w sklepach żołnierzy do sklejania i malowania. Kupujących figurki z lat 60. i 70. jest najmniejsza grupa - po pierwsze zabawki te nie zdążyły nabrać jeszcze walorów zabytkowych, po drugie polska oferta z tego okresu jest bardzo ograniczona, skupia się na zaledwie kilku grupach i okresach historycznych.

Słuszne i mniej słuszne

 Wzory zabawek dokładnie powielają peerelowską wizję historii, w której prekursorami państwa robotników i chłopów byli Piastowie i kosynierzy Kościuszki, jedynym wrogiem Niemcy, a jedyne polskie wojsko w czasie II wojny światowej, to armia walcząca po stronie radzieckiej. Z czasów najdawniejszych mamy więc piastowskich wojów. Wszyscy występują pieszo, wyposażeni są w miecze, dzidy, łuki, tarcze i szpiczaste szyszaki. Grupę wojów tworzy 5 postaci, niektóre ubrane są w sukmany, inne w srebrne kolczugi. Figurki wojów są bardzo charakterystyczne - w odróżnieniu od pozostałych postaci są płaskie, niczym tradycyjne żołnierzyki ołowiane. Po Piastach mamy kilka wieków przerwy, aż do najciekawszej chyba w całej ofercie "serii grunwaldzkiej". Tutaj twórcy zabawek wzorowali się zarówno na obrazie Jana Matejki, jak i na słynnym filmie Aleksandra Forda. Najciekawszą postacią jest zatem książę Witold, upozowany na obrazie, jest Zawisza Czarny z czarną brodą, są dwa albo trzy wzory rycerzy konnych w pancerzach i z tarczami z orłem, jest piechota polska i litewska, kusznicy, a nawet trębacze. Co ciekawe, to jedyna seria, w której zdecydowano się na wyprodukowanie figurek przeciwnej strony. Krzyżaków mamy mniejszy wybór - jest wielki mistrz w płaszczu z czarnym krzyżem, jest zakuty w stal rycerz oraz pancerny piechur. "Seria grunwaldzka" to najrzadsze zachowane egzemplarze żołnierzyków z omawianego okresu. Pan Bogdan opowiada, że trzeba kompletować ją z ocalałych koni i okaleczonych rycerzy. Bardzo trudno o Zawiszę Czarnego, Krzyżaków, nieosiągalny jest praktycznie Witold. Następny okres historyczny to czasy panowania Jana III Sobieskiego. Mamy tu samego króla w hetmańskiej jeszcze czapce i z buławą, są towarzysze pancerni z piórami, niemal zresztą bez wyjątku koszmarnie połamanymi. Turków brak. Po Sobieskim czas na insurekcję kościuszkowską, wyjątkowo często zawłaszczaną w tamtych czasach dla celów propagandowych. Naczelnik z zadartym nosem występuje na koniu, w sukmanie i krakusce. Towarzyszą mu kosynierzy, również w strojach krakowskich, jest też Bartosz Głowacki, gaszący czapką lont wrażego działa. Samego jednak działa już nie robiono, podobnie jak delikatnie usiłowano przemilczeć, że po stronie przeciwnej stali Rosjanie. Łaskami cieszył się także okres wojen napoleońskich i Księstwa Warszawskiego. Było kilka wzorów ułanów konnych oraz żołnierzy piechoty. Napoleon przedstawiany był na koniu, z ręką założoną za poły munduru i w czapce typu "pieróg". Polskimi wojskami dowodził galopujący książę Józef Poniatowski.

"Od wschodu słońca szli"

 Na kolejnych żołnierzy czekamy ponad 200 lat. Czasy II wojny światowej prezentują figurki, wzorowane m.in. na obrazach pokazujących bitwę pod Lenino i zmagania o Wał Pomorski Ludowego Wojska Polskiego. Wzorów było ok. 20. Najbardziej charakterystyczne to radiotelegrafista (jak z opowiadania "Ognia na mnie"), saper z wykrywaczem min, leżący żołnierz z erkaemem typu "Diegtariow", od charakterystycznego magazynku na naboje nazywanego "talerzówą", oficerowie w heroicznych pozach prowadzący do ataku, no i zwykli piechurzy, z karabinami lub pepeszami, w onucach i kocach przerzuconych przez plecy. Ta seria była kontynuowana przez następną, popularyzującą współczesne Ludowe Wojsko - czerwone i niebieskie berety, znaczną liczbę marynarzy w stopniu od mata do admirała w bardzo nieciekawych i mało dynamicznych pozach. Swojego zabawkowego odwzorowania doczekali się też wszyscy czterej pancerni, wśród nich bardzo ciekawy Grigorij w hełmofonie i czarnej kurtce. Do pancernych nie dodawano jednak psa ani czołgu, ale ten ostatni można było kupić osobno, bo model T 34, często z napisem "Rudy", był jedynym modelem czołgu dostępnym w sklepach z zabawkami. Polityka rządząca wzorami żołnierzy musiała podlegać też pewnym wahaniom i odwilżom, podczas których odstępowano od sztywnych zasad. I tak w zbiorach pana Nowakowskiego jest piechur z roku 1939, jak również zupełna rzadkość - powstaniec warszawski - figurka łącznika bez broni, małego chłopca w niemieckim hełmie i harcerskim mundurku. Kolekcjonerzy, z którymi rozmawiałem, zgodnie twierdzą, iż wrześniowy żołnierz robiony był w niewielkich ilościach, zaś mały powstaniec to w ogóle rzadkość. Oprócz łącznika w sklepach można było kupić jeszcze powstańca z koktajlem Mołotowa w ręku lub z karabinem. Na biało-czerwonych opaskach nie mieli żadnych emblematów, czasem skrót WP.

Biali i czerwoni

 Tak jak amerykański western był w socjalizmie tolerowany i dosyć często pokazywany w kinach oraz telewizji, tak osobną grupę plastikowych figurek stanowili Indianie i kowboje. Byli o tyle atrakcyjni, iż można ich było konfrontować i występowali w dużej ilości odmian. Indianie mieli wielkie pióropusze, dzidy, łuki, rzadziej strzelby. Był Winnetou w białej szacie na koniu, jak w enerdowsko-jugosłowiańskim westernie opartym o powieść Maya, byli też wodzowie palący w zamyśleniu fajki przy ognisku. Z białych, oprócz kowbojów pieszych i konnych, można było kupić szeryfów i osadników z wozami. Nie było natomiast amerykańskiej kawalerii przybywającej "w ostatniej chwili". Jednak ta grupa figurek nie cieszy się dzisiaj dużym zainteresowaniem zbieraczy - nic dziwnego - postaci są nieciekawe, a ich stroje i wyposażenie mają więcej wspólnego z westernowymi wyobrażeniami niż z historyczną prawdą.

Naszych nie kupisz

 Współczesne dzieci nie są raczej zainteresowane małymi żołnierzykami. Wolą postaci z komiksów, "Gwiezdnych wojen" lub wojnę na komputerowym ekranie, dlatego w sklepach bardzo trudno jest dostać plastikowe figurki podobne do tych z lat 70. Żołnierzy, ale już innych, kolekcjonują modelarze - zachodnie firmy modelarskie produkują żołnierzy wszystkich armii świata. Są bardzo starannie wykonani, ale trzeba ich sklejać i malować. Bogdan Nowakowski do niedawna prowadził kolekcjonerski sklep w Podgórzu. - Z nieżyjącym już wspólnikiem, Przemysławem Gwoździem, próbowaliśmy się zorientować, czy dzieci kupowałyby żołnierzy, gdyby byli na rynku. Dla eksperymentu malowaliśmy robione w Chinach figurki i sprzedawaliśmy w zaprzyjaźnionym kiosku - nawet szły. Zaczęliśmy myśleć, czy nie spróbować zrobić form dla niektórych żołnierzyków z lat 70. Seria grunwaldzka czy Księstwo Warszawskie to była jednak lekcja historii - selektywna, ale zawsze, tymczasem dzisiaj polskie dziecko czy kolekcjoner nie jest w stanie kupić polskiego żołnierza, bo firmy modelarskie nie uwzględniają ich w ofercie. Skończyło się jednak na pomyśle - zrobienie formy i zdobycie potrzebnego sprzętu byłoby zbyt drogie. Nie chcieliśmy ryzykować.

\\\*

 W niedzielny ranek na krakowskiej giełdzie książki z kilku stosów starych zabawek wyciągnąłem trzech kosynierów (bez kos i niektórych kończyn) Bartosza Głowackiego, Kościuszkę z odłamanym nosem i zdezelowanym koniem oraz piechura napoleońskiego. Brudni, odarci częściowo z farby, ze śladami ciężkich bitew. Pójdą do renowacji. Trzeba ratować rozbite oddziały.

Wojciech Czuchnowski

Zdjęcia: Piotr Kędzierski

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie