Rzeka wspomnień

Redakcja
Książka Ireny Wierzbanowskiej-Kawalec z pewnością należy do szlachetniejszych trofeów, jakie zbieracz-czytelnik może znaleźć na brzegach wezbranej rzeki. Tarnowianka z urodzenia, krakowianka z wyroku historii i po trosze zapewne z własnego wyboru, żona znanego pisarza Juliana Kawalca, najważniejszą część swego dzieciństwa, okres, w którym na całe życie kształtuje się osobowość, spędziła w Bereznem na Wołyniu. Malutkie miasteczko, jak wszystkie miasteczka w tej części Polski, bardziej żydowskie niż polskie, żyło dzięki wojsku. Malutki przygraniczny garnizon pozwalał zarobić kupcom i rolnikom, dawał miejscowym zatrudnienie w kasynie, w oficerskich domach. W jednym z takich domów wychowała się Irena Wierzbanowska, baczna - tak jak baczne potrafią być tylko dzieci - obserwatorka codziennego, ogromnie egzotycznego dla dzisiejszych czytelników, życia.

Krakowskie pióra

Ostatnie lata przyniosły sporo literatury wspomnieniowej, która ze zrozumiałych względów nie mogła ukazać się wcześniej. W pośpiechu, nadrabiając zaległości i ścigając się z czasem, ludzie piszą o kresach, o wojnie 39 roku widzianej nad wschodnią granicą, o tym wszystkim, co jeszcze niedawno było przedmiotem nocnych rozmów w rodzinnym i przyjacielskim gronie. I jak zawsze bywa wtedy, gdy o wydawaniu książek nie decydują wyłącznie literackie kryteria, wśród kresowej literatury wspomnieniowej trafiają się bardzo różne utwory. Wezbrana rzeka niesie wszystko: kamienie, glinę, piasek, drobiazgi, których tylko przez szacunek nie wypada nazwać śmieciami...
 Same zasoby pamięci są zaledwie materiałem, tworzywem, z którego trzeba umieć skonstruować zapisywane wspomnienia. Pani Irena - przez wiele lat radiowa dziennikarka, translatorka, która przetłumaczyła przed kilku laty wstrząsający zbiór reportaży "Dzieci wojny" - nie zmarnowała tego wszystkiego, co zgromadziła jej pamięć. "Do szczęśliwej rzeki dwa razy nie wejdziesz" zacząłem czytać bardzo późnym wieczorem, w zwyczajnym czasie moich lektur, ale skończyłem w nietypowy sposób - nad ranem...
 Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że autorka wie, iż czytelnika nie wolno zanudzać. Może radiowe doświadczenie, może po prostu coś, co bywa nazywane talentem, każe je opowiadać wartko, w szybkim tempie, operować konkretem, zawsze bardziej atrakcyjnym od komentarza. Wartkości opowieści Ireny Wierzbanowskiej-Kawalec towarzyszy brak literackości w złym tego słowa znaczeniu. "Do szczęśliwej rzeki..." - to "tylko" wspomnienia, bez prób fabularyzacji, z ułomnościami, jakie zawsze towarzyszą wspomnieniom (autorka odważnie przyznaje się do niepamięci, do tego, że zapomniała nazwiska, nazwy ulicy), ale za to - a raczej dzięki temu - czyta się je z prawdziwą przyjemnością.
 Nie pozwala sobie też autorka na literacką stylizację, ograniczając się do najprostszej relacji, do przejrzyście napisanej opowieści, w której najważniejsze okazują się fakty. Nie mówi czytelnikowi - zauważ, jak ja to napisałam, lecz powiada: zobacz, o c z y m napisałam.
 I jeszcze jeden walor wspomnieniowej prozy Ireny Wierzbanowskiej-Kawalec, dzielony zresztą z wieloma autorami podobnych wspomnień. Brak szowinizmu, oskarżenia kierowane przeciwko ludziom nie ze względu na ich narodowość, lecz z powodu popełnionych przez nich czynów...

Andrzej KozioŁ

Irena Wierzbanowska-Kawalec - Do szczęśliwej rzeki dwa razy nie wejdziesz, Kreator, Kraków 2000

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie