Szebnie nasiąknięte krwią

Redakcja
Więźniowie z Szebni na budowie w pobliskiej Przybówce FOT. ARCHIWUM TVP
Więźniowie z Szebni na budowie w pobliskiej Przybówce FOT. ARCHIWUM TVP
Pole oddalone 10 km od Jasła, a 2 km od stacji Moderów-ka na linii kolejowej Rzeszów-Jasło, nasiąknięte krwią kilku tysięcy młodych ludzi, którym śmierć przerwała pasmo męk i tortur zdziczałej bestii hitlerowskiej" - takimi słowami na temat obozu w Szebniach wypowiadał się po zakończeniu wojny jego były więzień Adolf Wolfgang.

Więźniowie z Szebni na budowie w pobliskiej Przybówce FOT. ARCHIWUM TVP

KRAKOWSKI ODDZIAŁ IPN I "DZIENNIK POLSKI" PRZYPOMINAJĄ. 1943 * Niemcy zakładają obóz pracy dla Polaków i Żydów * Część trafiających do szebni Żydów natychmiast mordowano w pobliskim lesie * W zimie 1944 roku obóz zlikwidowano, a więźniowie trafili do Płaszowa

Niemiecka placówka pracy przymusowej dla Żydów i Polaków została założona w Szebniach w marcu 1943 r. Otoczony drutami obóz pełnił funkcję więzienia dla ponad 5 tys. więźniów. Wcześniej na tym samym obszarze przetrzymywani byli jeńcy sowieccy.

Dwa obozy

W końcu 1939 r. przystąpiono do budowy punktu etapowego dla wojsk niemieckich w Szebniach, składającego się z ośmiu baraków. We wrześniu 1941 r. wojsko opuściło go, jednak budynki nie pozostały niewykorzystane. Już niecały miesiąc później przysłano tam pierwszy transport ok. 2 tys. jeńców sowieckich.

W listopadzie przybyły trzy kolejne transporty, a liczba uwięzionych wynosiła niemal 7 tys. Złe warunki sanitarne, niedożywienie oraz brak środków medycznych spowodowały wybuch epidemii tyfusu. Zmarłych, których liczba przekraczała nieraz 200 osób dziennie, grzebano w pobliskich tzw. Bierowskich Dołach. Obóz zlikwidowano wiosną 1942 r., zaś pozostałych przy życiu ok. 200 ludzi przewieziono do obozu w Rymanowie.

Rok później teren zaadaptowano ponownie, tym razem na niemiecki obóz pracy. Na pierwszych więźniów, którzy trafili wówczas do Szebni, czekały trudne warunki sanitarne - drewniane baraki bez ogrzewania, wyposażone jedynie w trzy rzędy prycz bez sienników i koców. 7 marca 1943 r. "Göth, pan życia i śmierci obozu w Płaszowie pod Krakowem, zawezwał do siebie 47 więźniów - samych fachowców - stolarzy, ślusarzy, elektrotechników, cztery kobiety do prowadzenia kuchni i pracy biurowej. Rozkaz brzmiał - jedziecie do obozu koncentracyjnego dla Polaków [w Szebniach].

Wysyłam was, gdyż jesteście fachowcami i tam przeprowadzicie konieczne reperacje baraków, kopanie studni, przeprowadzenie instalacji elektrycznej" relacjonował Adolf Wolfgang, który znalazł się w tej grupie. W kolejnych tygodniach i miesiącach do obozu przywieziono nowe grupy więźniów z Tarnowa, Bochni, Jasła, Rzeszowa i Przemyśla.

Więźniowie nosili ubrania cywilne oznaczone farbą, z naszytym na kawałku białego materiału numerem. Zgodnie z obozowym regulaminem, praca rozpoczynała się o godzinie piątej rano i trwała do siódmej wieczorem. W ciągu dnia przypadała godzina wytchnienia, na przerwę obiadową.

Podobnie jak w innych niemieckich obozach, pożywienie było niskokaloryczne i składało się z 14 dkg chleba, 1 litra zupy, gotowanej przeważnie z brukwi i niewielkiej ilości ziemniaków. Więźniowie pracowali głównie w warsztatach rzemieślniczych na terenie obozu, przy budowie i na- prawach dróg, przeładunku towarów na stacji kolejowej w Moderówce oraz żwirowisku nad pobliską rzeką Jasiołką.

Orgie u komendanta

Pierwszym komendantem był SS--Untersturmführer Anton Scheidt. "Komendant obozu Anton Scheidt, człowiek-zwierzę, niski, mający na sumieniu więcej ludzi niż włosów na głowie". Scheidt znany był z tego, że znęcał się nad więźniami. Już od pierwszych dni swojego pobytu w Szebniach wprowadził nowe porządki w traktowaniu więźniów, pokazując członkom załogi "jak powinno się bić te polskie świnie".
Słynny był także z tego, że w zajmowanej rezydencji - pałacu Gorayskich, urządzał wystawne przyjęcia, powszechnie zwane "scheidtówkami". Uczestniczyli w nich niemieccy urzędnicy i oficerowie, m.in. Julian Scherner - dowódca SS i Policji na dystrykt krakowski, czy Amon Göth - komendant obozu Płaszów. Zabawa nie kończyła się jednak na spożywaniu wykwintnych potraw i piciu drogich alkoholi. Przed ucztami z obozu zabierano ładne więźniarki - Polki i Żydówki, pod pretekstem sprzątania budynku lub pomocy w kuchni.

W rzeczywistości zmuszano je do uczestnictwa w orgiach i gwałcono. Nie zwracano przy tym uwagi na jeden z podstawowych zapisów z ustaw norymberskich, tj. przymus zachowania czystości krwi niemieckiej. Uczestnicy trwających nawet kilka dni "scheid-tówek" rozbijali meble, niszczyli obrazy i zabytkowe przedmioty. Po każdej uczcie do budynku wzywano grupę więźniów, by dokonali napraw i remontów.

Kiedy Scheidt został przeniesiony do obozu w Płaszowie, jego miejsce zajął SS- Hauptsturm-führer Hans Kellermann. Według zeznań więźniów, niespecjalnie interesował się obozem, za to dbał, by zawsze mieć dookoła siebie piękne kobiety, dobry alkohol i skrzypce, na których często grywał. W końcu 1943 r. Kellermann został oskarżony o zbytnie spoufalanie się z więźniami żydowskimi i przywłaszczanie mienia, a następnie aresztowany i osadzony w więzieniu. Od stycznia 1944 r. funkcje komendanta sprawował SS-Hauptsturmführer Karl Blank.

"Kaci z Szebni"

Prócz głównych zarządców obozu, po wojnie najczęściej wspominano dwóch członków załogi: Jozefa Grzimka i Johanna Unterhubera. Grzimek, z pochodzenia Ślązak, już od wczesnych lat 30. XX w. był członkiem partii nazistowskiej. Podczas II wojny światowej służył m.in. w obozie w Jaktorowie, Rawie Ruskiej, Lwowie i Złocze-wie. Zaledwie przez kilka miesięcy, bo od sierpnia do grudnia 1943 r. przebywał jako dowódca ukraińskiej straży w obozie w Szebniach. Ten krótki okres wystarczył jednak, by więźniowie zapamiętali jego okrutne i nieprzewidywalne zachowania.

Grzimek, wysoki, postawny mężczyzna o ciemnych włosach najczęściej był widywany w esesmańskim płaszczu skórzanym i furażerce, uzbrojony w sowiecką pepeszę. Stale też towarzyszyli mu dwaj policjanci żydowscy. Sam Grzimek podkreślał, że jest dla więźniów obozu w Szebniach niczym ojciec, stąd też rychło zyskał przydomek "Tato". Bywał porywczy i surowy, a kiedy wpadał w gniew, zdrowie i życie więźniów było zagrożone. Więźniowie przekazywali sobie informacje, kiedy "Tato" robił obchód po obozie, by słabsi zdążyli się ukryć, a reszta przykładnie wykonywała zlecone prace.

Z kolei Johann Uterhuber, który był starszym obozu polskiego, ze względu na swój wygląd otrzymał od więźniów przydomek "Dziadek". Zajmował się tresurą psów, w obozie zawsze towarzyszył mu jeden z nich. Unterhuber często wykorzystywał psy do szczucia więźniów.

Ruszt z szyn kolejowych

We wrześniu 1943 r. przewieziono do obozu ok. 700 Żydów z getta w Tarnowie. Blisko połowę z nich przeznaczono do pracy, zaś resztę grupy, do której dołączono 300 Żydów z Szebni, rozstrzelano 22 września w lesie we wsi Dobrucowa. Kolejna egzekucja miała tam miejsce na początku listopada. Ciała ofiar spalono na specjalnym ruszcie przygotowanym z szyn kolejowych, zaś miejsce zbrodni starannie zamaskowano, sadząc tam krzewy oraz drzewka.

W niedługim czasie, późną jesienią 1943 r., przystąpiono do likwidacji obozu w Szebniach. Według więźniów miało to związek z pogłoskami o zbliżającej się Armii Czerwonej. Choć bardziej prawdopodobne wydaje się, że Niemcy chcieli zebrać fachowców z mniejszych placówek pracy w jednym większym obozie, pozostałe zaś osoby, które już nie były im przydatne do pracy zgładzić, by dłużej ich nie utrzymywać. Los przebywających na terenie Szebni więźniów był różny.

Szacuje się, że kilkuset więźniów, głównie starszych i wyniszczonych fizycznie rozstrzelano na miejscu. Blisko 4200 Żydów wywieziono do KL Auschwitz- -Birkenau, gdzie prawie 3 tys. z nich od razu po przybyciu transportu stracono w komorach gazowych. Część więźniów odtransportowano do Płaszowa.

Niemcy pozostawili w Szebniach tzw. grupę likwidacyjną, składającą się głównie z więźniów Polaków oraz kilkudziesięciu Żydów. Ich zadaniem było uporządkowanie terenu, pakowanie pozostawionych przedmiotów oraz rozbiórka baraków, które następnie zabrano do KL Płaszów.

Dokumentacja obozu również została tam przetransportowana. 1 lutego 1944 r. Amon Göth przybył do Szebni, by osobiście nadzorować ostateczną likwidację obozu. Pozostające tam jeszcze przedmioty zapakowano do transportu. Do Płaszowa przewieziono też więźniów likwidujących placówkę.

MARTYNA GRĄDZKA, historyk, pracuje w IPN Oddział w Krakowie

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie