Tomasz Marczyński, kolarz grupy Lotto Soudal, wychowanek Krakusa Swoszowice: Moja kariera to szkoła życia

Jacek Żukowski
Jacek Żukowski
Tomasz Marczyński kończy karierę. 25 lat spędził w zawodowym peletonie
Tomasz Marczyński kończy karierę. 25 lat spędził w zawodowym peletonie Andrzej Banaś
Tomasz Marczyński, kolarz Lotto Soudal, wychowanek Krakusa bbc Czaja Swoszowice właśnie ogłosił, że kończy sportową karierę.

Tę decyzję podjął pan na początku roku, ale wahał się Pan, czy wdrożyć ją w życie?

Takie było moje postanowienie. Chciałem zobaczyć, jak mój organizm zareaguje na starty po covidzie, jechałem m.in. Giro, ale go nie ukończyłem. Uznałem, że wszystko ma swój czas i teraz właśnie powinienem skończyć. Nie chciałem podpisywać już kolejnego kontraktu z Lotto Soudal, choć mogłem jeszcze na rok. Chcę jednak zmienić życie, zaangażować się w projekty, które mam. Młodzi coraz silniej naciskają, trzeba ustąpić im miejsca. To, czego miałem dokonać w kolarstwie, dokonałem. Czuję się spełniony, moja decyzja jest w pełni przemyślana. Dalej będę jeździł na rowerze, ale już nie rywalizował, tylko dla przyjemności.

Mówi pan, że czuje się spełniony, ale można było trochę więcej osiągnąć?

To jest pytanie, które się przewija. Można było więcej, ale można było też mniej. Nie ma co się zastanawiać nad tym. Nie żałuję tego, że kariera była wyboista, bo była to szkoła życia. To mi się przyda w kolejnych latach. Jestem zadowolony z tego, jak się to wszystko potoczyło. Kończę z czystym sumieniem. To, do czego doszedłem, przerosło moje marzenia.

Gdy wyruszał pan w świat z Krakusa, najpierw półzawodowy, potem już w pełni zawodowy to nie przypuszczał Pan, że aż tyle zdziała w kolarstwie?

Pewnie nie. Samo przejście na zawodowstwo było spełnieniem marzeń. Nie sądziłem, że będę jeździł w topowych drużynach świata, największych wyścigach. Gdy zaczynałem, to bycie zawodowcem, nawet polskiej grupy, było czymś wielkim.

Ciężko pewnie wymienić jeden sukces, z którego się pan najbardziej cieszy?

Tak, bardzo ciężko, było ich wiele, międzynarodowych i krajowych. Każdy ma swój smak. Trudno wybrać jeden sukces, czasem nawet miejsca w czołówce były bardziej cenne niż niektóre wygrane.

W grupie tych osiągnięć, które się najbardziej ceni są zwycięstwa etapowe we Vuelcie a Espana, 13. miejsce w „generalce” tego wyścigu, cztery mistrzostwa Polski, dwukrotne wygranie klasyfikacji górskiej Tour de Pologne.

Na pewno tak, tych wygranych klasyfikacji, koszulek było naprawdę dużo także w Vuelta a Murcia, Volta Ciclista a Catalunya.

Co to są te pańskie projekty?

Nie mam żadnych tajemnic, jestem zaangażowany w firmę odzieży kolarskiej Raso, w projekt promocyjny kolarstwa – bikeshow, organizację wyścigów, chciałbym, by było ich coraz więcej, chcę skierować się ku najmłodszej grupie, szukaniu pośród dzieciaków talentów. Jednym z moich marzeń było wydanie książki i mam nadzieję, że odniesie sukces. Jestem ciekaw, jaki będzie odbiór publiczności, nie tylko grona kolarskiego. Chciałbym, by ludzie wyciągnęli z niej to co najlepsze.

Gdzie będzie pan teraz mieszkał, nadal w Hiszpanii, czy będzie pan obywatelem świata?

Kocham podróże, świat, poznawanie nowych ludzi. Nie wiem, czy wyjazdów będzie aż tyle, co do tej pory, ale będą to takie, o których ja tylko decyduję, a nie przymusowe z racji wyścigów, zgrupowań itd. Będę dzielił życie pomiędzy Polskę a Hiszpanię.

Ma pan duszę trenera, chciałby pan pracować w zawodowym teamie, albo z młodzieżą?

To fajny pomysł, mam duże doświadczenie, którym warto byłoby się podzielić i pomóc innym osiągać cele. Nie wykluczam takiej opcji w przyszłości. Może będę chciał coś stworzyć dla młodych kolarzy, może grupę zawodową? Na razie chcę złapać oddech. Na pewno ze światem kolarskim się nie rozstanę.

Komu zawdzięcza pan najwięcej w karierze?

Jest mnóstwo osób, minęło 25 lat, od chwili, w której zapisałem się do klubu. Spotkałem wielu przyjaciół. Jedni byli bliżej mnie przez pierwsze lata inni później. To rodzina, trenerzy, od pierwszego - Zbigniewa Klęka, moje dziewczyny, które były ze mną przez te lata. Trudno mi wymienić jedną osobę. Jestem wdzięczny wszystkim.

Największy przyjaciel w peletonie?

W Krakusie to był np. Jarek Dymek, od samego początku. Gdy zapisałem się do Krakusa, on już tam był. Także trener Klęk. Oni byli ze mną od początku do teraz.

Wspierali pana w trudnych momentach kariery. A jaka była najtrudniejsza chwila pańskiego sportowego życia?

Dużo było takich momentów, np. kontuzje. Do osiągnięcia jednego zwycięstwa trzeba ponieść kilkadziesiąt porażek i przejść wiele. Trener Klęk czy Jarek byli ze mną w tych trudnych chwilach. Miałem trochę chorób jak mononukleoza, toksoplazmoza, miałem też problem z tarczycą przez pewien czas. Miałem spadki, a potem udawało mi się wrócić na szczyt. Czasem sam siebie podziwiam za tę determinację, która we mnie była, by dalej walczyć i się nie poddawać.

Najpiękniejszy moment z tych ponad 25 lat?

Zwycięstwa na Vuelcie były piękne i mistrzostwa Polski, od pierwszego, niezwykłego dla mnie, po ostatnie, które też było magiczne, po spadku do trzeciej ligi kolarskiej. Nie jestem w stanie wybrać najpiękniejszego momentu.

A skąd pomysł na książkę „Loco”?

Nad książką pracowałem dwa lata, zacząłem ją, gdy jeszcze nie myślałem o końcu kariery. Pomysł pojawił się kilka lat temu, wymyśliła ją Małgorzata Drzewowska z Soudal Polska ona mnie zainspirowała. Szukałem odpowiedniej osoby, z którą mógłbym tę książkę napisać. Trafiłem na Wojtka Molendowicza i zaczęliśmy pracować. To dla mnie pamiętnik, wypowiadają się w niej ważne dla mnie osoby, które przewijały się przez moje życie. Dużo osób uważało, że moja historia jest ciekawa, że nie jest pospolita. Było dużo wzlotów i upadków, było sporo decyzji, które sprawiły, że to, co było marzeniami, stało się faktami. Chciałem, by to była trochę książka motywacyjna, by ludzie próbowali spełniać marzenia. Trzeba poznawać świat, na wiele zdarzeń nie zwracamy uwagi, a one tworzą nas. Starałem się przekazać wiele emocji. Cieszę się bardzo, że ta książka powstała i teraz czekam na reakcję ludzi.

Poznawaniu świata sprzyja znajomość języków. Pan włada językiem hiszpańskim, ale zapewne nie tylko nim. Dzięki kolarstwu udało się poznać inne?

Mówię płynnie po hiszpańsku, angielsku i włosku. W tych mówię perfekcyjnie, a niektóre rozumiem, jak np. flamandzki. To sprawia, że podróżując po świecie człowiek czuje się pewniej. Języki to kolejna rzecz, którą, dzięki kolarstwu udało mi się opanować. Dlatego namawiam do takiego podróżniczego trybu życia. Chodzi o to, by wyjść ze strefy komfortu, zaryzykować, wyjechać. Trzeba czasem zaryzykować.

Ja wygląda pana sytuacja osobista, myśli pan o stabilizacji, założeniu rodziny?

Cały czas jeszcze „podróżuję”. Chciałbym założyć rodzinę, ale trzeba poświęcać dużo czasu drugiej osobie, a ja tego czasu mam mało. Brakuje go na życie prywatne, ale to moje osobiste wybory.

Wróćmy do kariery, miał pan jakiś wzorzec do naśladowania, kogoś, kogo pan podziwiał?

To się zmieniało, ale byli tacy kolarze jak Pantani, Armstrong. Gdyby pierwsza książka Armstronga „Mój powrót do życia” nie trafiła do moich rąk, wtedy w ogóle bym się nie zdecydował na wyjazd i walkę o spełnianie marzeń. A wtedy spakowałem się i pojechałem. To był dla mnie moment przełomowy. Życzyłbym sobie, by jakiś młody kolarz, który nie wie, co z sobą zrobić, trafił w jakimś punkcie swojej kariery na moją książkę i podjął taką decyzję, która doprowadzi go do sukcesów sportowych. Miałem z tyłu głowy, pisząc tę książkę, że taka sytuacja może się powtórzyć u kogoś innego.

Gdy zaczynał pan karierę i patrzy na dzisiejsze kolarstwo to widać chyba znaczącą różnicę?

Każdy sport jest coraz bardziej wyśrubowany, wyliczony, skalkulowany. Również kolarstwo weszło na taki poziom. Ciężko ocenić, czy jest to lepsze, czy gorsze. Na pewno jest mniej polotu, swobody, a więcej kalkulacji. Zawsze w sporcie chodziło o to, by wygrać, a te rzeczy mają pomagać. Każdy gra na tych samych zasadach, nie widzę w tym nic złego.

Była era Induraina, potem Armstronga, potem nie było takiego dominatora. Teraz jest jakiś kolarz, który będzie nadawał ton w najbliższych latach?

Nie wiem, jak potoczy się np. kariera Pogacara. To kolarz, który ma takie karty w ręku, by być takim dominatorem na dużych tourach w najbliższych latach. Bariera optymalnych osiągów przesunęła się. Teraz już od juniora młodszego kolarze trenują w tak bardzo kontrolowany sposób, że organizmy w wieku 22 – 23 lat są już na maksymalnych osiągach, a kilkanaście lat temu kolarz miał więcej czasu, by dojrzeć i dopiero w wieku 25-26 lat zaczynał wygrywać wyścigi, a koło 30 był w szczytowej formie. Moim zadaniem zawodnicy już nie będą tak długo jeździć jak kiedyś, dlatego, że wcześniej wchodzą na maksymalne obroty.

Co będzie z polskim kolarstwem po odejściu Marczyńskiego, po tym jak nie będzie już w peletonie Kwiatkowskiego, Majki?

Nie śledziłem za bardzo młodzieżowych kategorii. Wiem, że Maciejuk podpisał kontrakt z ekipa z World Touru. Nie ma zbyt dużo polskiej młodzieży, która osiąga sukcesy na arenie międzynarodowej, walczy o mistrzostwo świata i lokaty w czołówce. Fajnie byłoby zorganizować jakąś drużynę, by nasza młodzież mogła się rozwijać i jeździć w najlepszych ekipach świata.

Panu zostało już kilka wyścigów.

Tak, zostały cztery klasyki we Włoszech. Nie wiem, czy pojadę wszystkie cztery. Skończyłbym 9 października, a Giro di Lombardia byłoby moim ostatnim wyścigiem.

Złota Piłka dla Lewego?

Wideo

Materiał oryginalny: Tomasz Marczyński, kolarz grupy Lotto Soudal, wychowanek Krakusa Swoszowice: Moja kariera to szkoła życia - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie