Twarze

Redakcja
Zawsze się spotykało, chociaż często byli to znajomi per procura, osoby powszechnie znane. W przedtelewizyjnych czasach, kiedy twarze nie stawały się publiczną własnością, zawsze byli ludzie, których wszyscy znali.

Marginałki

   Im mniejsze miasto, tym więcej szans na spotkanie znajomych. Kraków nie należy do małych miast, ale ciągle żyje tak jak Pan Bóg przykazał, a średniowieczni urbaniści wymyślili. Od kilkuset lat życie niezmiennie koncentruje się w ścisłym centrum, w Rynku. I chociaż wypędziliśmy z niego codzienny straganowy handel - wyjątek stanowią odwieczne krakowskie kwiaciarki! - chociaż obok wieży ratuszowej, obok św. Wojciecha, nie kupuje się już ziemniaków i choinek (a kto jeszcze pamięta, że pod pomnikiem Mickiewicza trwał targ... służących?) - do Rynku chodzi się, w Rynku się bywa, w Rynku spotyka się znajomych.
   Część z nich stanowili Boży ludzie, szaleńcy, dziwacy, o których wielokrotnie już pisałem - Edki Partyzanty, Józie Matematyki, baby z kołdrami, poeci z papierowymi skrzydłami u ramion. Byli też i inni - poważni, nawet wielcy. I chociaż nie występowali w telewizji - każdy krakowianin znał ich twarze.
   No bo, kto nie potrafił odróżnić w tłumie twarzy Piotra Skrzyneckiego? Twarzy, charakterystycznej brody, najpierw czarnej, później siwej, słomkowego kapelusika, w którym zawsze tkwiło gołębie pióro. Nawet dzisiaj, kiedy Piotr, odlany w brązie, siedzi przy brązowym kawiarnianym stoliku, zamyślony nad filiżanką z brązu, ktoś przymocowuje do jego kapelusza pióro, jedno z setek piór, które codziennie gubią gołębie z Rynku - rozgadane, żarłoczne, bezczelne.
   Każdy krakowianin, nawet jeżeli nie bywał w Krzysztoforach na kantorowskich spektaklach, znał z widzenia Kantora - zamyślonego, jakby zamamrotanego, zapatrzonego w siebie. Każdy znał Stanisława Balewicza, który chętnie wychodził z krzysztoforowych podziemi i krążył po Rynku, zawsze gotów - niczym niegdyś Rydel - chwycić znajomego za guzik i gadać, gadać, gadać... Kiedyś u zbiegu Wiślnej i św. Anny fortelem wyzwoliłem z Balewiczowskich rąk Jerzego Madeyskiego, krytyka sztuki, "dziennikowego" autora. Pan Jerzy wyglądał nieco dziwnie, mało trzeźwo, chociaż niczego zgoła nie konsumował. Po prostu pan Stanisław przez godzinę gadał, gadał, gadał...
   Znał też świetnie Kraków biskupa, później kardynała Karola Wojtyłę, jego twarz - trochę chłopską, uśmiechniętą. I chociaż nagle w 1978 roku twarz ta stała się znana całemu światu, krakowianie - niezwykle dumni z tego, że mają własnego papieża - ciągle uważają, że Jan Paweł II tak naprawdę jest i zawsze będzie krakowianinem.
amk

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.