Tylko bez uniesień

Redakcja
Z ANNĄ RADWAN-GANCARCZYK rozmawia Łukasz Maciejewski

   - Po raz ostatni robiłem z Tobą wywiad dla "Dziennika Polskiego" tuż przed premierą "Idioty" Fiodora Dostojewskiego w reż. Barbary Sass w Teatrze im. J. Słowackiego. Wkrótce okazało się, że rola Nastazji Filipowny, o której wówczas rozmawialiśmy, to Twoja wielka kreacja, a spektakl Barbary Sass jest jednym z najważniejszych krakowskich wydarzeń teatralnych ostatnich lat.
   - Wszyscy uwielbiamy "Idiotę". Cały zespół. Szkoda, że spektakl gramy tak rzadko. Pamiętam twój wywiad i ten czas przed premierą. Trudny czas. Niekończące się dyskusje, które z ekipą "Idioty" odbywaliśmy "Pod Chochołami". To napięcie było nie do zniesienia. Dopiero na krótko przed premierą powiedziałam sobie głośno: to się tylko gra, nie wolno w te mroczne rejony wchodzić całą sobą.
   - Nastazja Filipowna to cudowna, piękna postać i wyjątkowo trudna do zdefiniowania.
   - Tak, Nastazja to wielka tajemnica. Uproszczeniem byłoby traktowanie jej jako demona zła, podobnie jak interpretowanie tej postaci jako niewinnej ofiary namiętności. Nawet jeśli przyjmiemy, że związek Nastazji z Rogożynem polegał na nienawiści i biologicznym przyciąganiu, uczucie do Myszkina było czyste, aseksualne, i że książę stanowił dla Nastazji przeciwwagę, to będzie tylko część prawdy. Ciągle mam w pamięci słynną inscenizację Andrzeja Wajdy, w której Myszkin i Rogożyn cały czas mówili o Nastazji, jej samej na scenie nie było. Musiałam zmaterializować ten mit.
   - Próbuję zestawić Nastazję z "Idioty" i Felicję z niedawnego "Kruma" Hanocha Levina w reż. Krzysztofa Warlikowskiego. Dumną rosyjską krasawicę i histeryczną Żydówkę. Karkołomne porównanie? - Być może, ale przy wszelkich możliwych różnicach wspólna wydała mi się rozpacz tych kobiet.
   - Ciekawe, trafione porównanie. Długo męczyłam się z tą Felicją. Nie umiałam jej wyczuć, rozgryźć od środka. Obcując przez wiele miesięcy z bohaterkami wymyślam im biografie, życiorysy, w pewnym sensie stwarzam je na nowo. Długo nie mogłam zrozumieć, jak Felicja się ubiera, jak wygląda. Wszystko wyjaśniło się w momencie, kiedy Krzysztof zdecydował: "Peruka". Zobaczyłam tę perukę i momentalnie instynktownie "przeczułam" kokon Felicji: wszystkie zasłony, gardy ochronne, niegustowne makijaże i kostiumy, jej głupie chichoty, które maskowały okrutną samotność.
   - Wszyscy znamy takie Felicje: kobiety (i mężczyzn) emanujące czymś, co być może kiedyś było sexy, ale to już dawno minęło. Felicja na początku przedstawienia bardzo mnie irytowała, potem dostrzegałem w tej postaci cień smutku, rys tragedii coraz słabiej maskowanej histerycznym śmiechem.
   - Bardzo się cieszę, że tak zobaczyłeś Felicję! Polubiłam jej brzydotę, arogancję, bezczelność, bo wiem, jak bardzo bała się samotności, życia i świadomości tego, co traci jako człowiek, jako kobieta.
   - "Krum", Twoja kolejna ważna premiera teatralna, sąsiaduje z sympatyczną premierą kinową. Zagrałaś Romę w "Zakochanym aniele" Artura "Barona" Więcka.
   - W "Zakochanym aniele" grany przez Krzysia Globisza Giordano w wyniku decyzji Najwyższych Rządów traci moc. Najistotniejsze jednak nie jest to, co Giordano traci, ale co zyskuje. Staje się bowiem mężczyzną i odkrywa, że rozkosze ziemskie są nie mniej ekscytujące od niebiańskich…
   - Giordano w "Zakochanym aniele" spotyka miłość życia - rzeczywistą, choć o zniewalającej, niemal "anielskiej" urodzie. Zakochuje się w Annie Radwan. Przepraszam, w Romie granej przez Annę Radwan…
   - A wiesz, raz już nawet graliśmy z Krzysiem Globiszem zakochaną parę. W telewizyjnej "Maskaradzie" wg Iwaszkiewicza w reżyserii Andrzeja Łapickiego, Krzysiek grał Puszkina, ja jego wiarołomną żonę Nathalie. Regularnie przyprawiałam mu wtedy rogi. W "Zakochanym aniele" szczęśliwie obeszło się bez zdrad. W "Maskaradzie" po raz pierwszy się z Krzysiem całowaliśmy. Potem, choćby w "Tangu Gombrowicz", było już znacznie łatwiej, a w "Aniele"…
   - Pierwszy "Anioł" miał Kraków w tytule, kontynuacja jest również bardzo krakowska.
   - To wielka wartość - czuliśmy, że film powstaje wśród przyjaciół. Na plan przychodziłam na piechotę, w klapkach. Atmosfera pracy była pogodna, radosna i spontaniczna, przy tym trochę bałaganiarska i szalona. "Anioł" to rzadki w Polsce przypadek filmu niosącego bezwstydnie pozytywne przesłanie - bez przemocy, ale i bez nadmiernych pretensji artystycznych.
   - Wprawdzie nie masz dyplomu Akademii Muzycznej, ale umiejętności z 14-letniej edukacji w szkole muzycznej coraz częściej wykorzystujesz w teatrze i w filmach.
   - Nie lubię grać na skrzypcach, bo robię to niedobrze, ale bardzo lubię śpiewać. Jan Peszek mówił mi, że osoby muzykalne są w teatrze bardzo potrzebne, bo posiadają naturalne wyczucie dramaturgii sceny, organicznie wiedzą, gdzie jest kulminacja, pauza.
   - Ostatnio miałaś wiele okazji, żeby udowodnić, że doskonale wiesz, gdzie pauza, a gdzie kulminacja… Że potrafisz pięknie śpiewać: bo i "Opera mleczana" Stanisława Radwana, i "Historia prosta, czyli Kabaret Starszych Panów" Wasowskiego i Przybory, "Stulecie krakowskich kabaretów".
   - W "Operze mleczanej" abstrakcyjnemu przełożeniu rysunków Andrzeja Mleczki na partyturę muzyczną towarzyszyły pastisze różnych gatunków muzyki popularnej, ale i odwołań do opery jako takiej. "Kabaret Starszych Panów", w którym śpiewam z Ewą Kaim i z Beatą Paluch, to nasz ukłon w stronę tych, którzy pamiętają najlepsze czasy kabaretu literackiego, taki jest także teatralny wieczór "W Piwnicy pod Baranami". W obu przypadkach musiałam zmierzyć się z legendą oryginalnych wykonań.
   - Za występ w "Historia prosta, czyli..." Wasowskiego i Przybory otrzymałaś nawet Ludwika.
   - Już sama nominacja była zaskoczeniem. Spektakl gramy rzadko…
   - Zbyt rzadko!
   - To prawda, zbyt rzadko. Rzadko i najwyżej dla kilkudziesięciu osób, w maleńkiej salce Fundacji Starego Teatru na Sławkowskiej. Ale jednak ktoś ten spektakl zobaczył i docenił. To miłe. Sukces "Historii prostej…" to także zasługa Janusza Butryma, który klasyczne piosenki Wasowskiego i Przybory ze smakiem zaaranżował na nowo. No i powierzył ich wykonanie nie "Panom", ale takim "Trzem Starszym Panienkom".
   - W ostatnim czasie wystąpiłaś w kilku prestiżowych zagranicznych produkcjach, choćby u boku Anouk Aimée we francuskiej "Polanie wśród brzeziny" Marceline Loridan-Ivens, włoskim "Karolu. Historii człowieka, który został papieżem" Giacomo Battiato, a razem z mężem, Romanem Gancarczykiem, zagrałaś w węgierskim "Filmie o cudach" (Csudafilm) w reż. Eleméra Ragálya.
   - Z tym węgierskim filmem wiąże się surrealistyczna niemal historia. Któregoś dnia odebrałam telefon: Pan Ragály przedstawił się, po czym poinformował mnie, że telefon dostał od Márthy Mészáros i że poszukuje do nowego filmu polskiej rodziny: żony, męża i dziecka. Nie znał nas, nigdy nie widział na oczy, ale stwierdził, że to mu jakoś nie przeszkadza. Zdjęcia miały rozpocząć się miesiąc później, na Krecie! Uczciwie przyznam, że zabrzmiało to wówczas dla mnie jak niezbyt mądry żart, ale - wyobraź sobie - ten projekt naprawdę doszedł do skutku.
   - Wakacje, rodzina, Grecja: to musiało Wam być przyjemnie.
   - Węgrzy są profesjonalni, ale chyba mają większy dystans do pracy. Kręciliśmy przez kilka godzin, potem z reguły padała komenda - a teraz idziemy na basen. Reszty się domyślasz. Ciekawa jestem, co z tego wyszło. Główną rolę, bezdomnego, który nagle odziedziczył wielki majątek i objął we władanie luksusowy hotel na Krecie, zagrał gwiazdor węgierskiego kina András Kern.
   - Twoja uroda przez lata uprawniała Cię do grania przede wszystkim archetypu wiecznej kobiecości w kostiumowych adaptacjach klasycznej literatury. Coraz częściej jednak w teatrze zdarza Ci się zrzucać ten gorset.
   - Chyba nie ma powodów do rozpaczy, że tak często grałam w spektaklach opartych na klasyce, bo to po prostu cudowny materiał. Zresztą nie przesadzajmy z tymi szufladkami, zawsze grałam różne bohaterki: role dramatyczne, komediowe, ekspresyjne i wyciszone.
   - A ja będę się upierał przy swoim zdaniu: zdjęłaś gorset i teraz, ot, tak sobie, nokautujesz facetów wdziękiem. Kiedy w spektaklu w Piwnicy pod Baranami śpiewasz "Groszki i róże", publiczność zamiera z wrażenia. Byłem dwa razy i dwa razy widziałem to samo.
   - Boże, no i co mam ci powiedzieć?
   - Że seksapil to Twoja broń kobieca.
   - To śpiewał Dymsza, a nie Piwnica pod Baranami. Na pewno nie robię tego perfidnie. Jeżeli rzeczywiście jest tak, jak mówisz, to dzieje się to spontanicznie i nie jest zaplanowane ani wymyślone. Co nie znaczy, że nie sprawia mi radości. Owszem, sprawia.
   - Efektowna rola w udanym serialu Teresy Kotlarczyk "Egzamin z życia", premiera włoskiego miniserialu "Karol. Historia człowieka, który został papieżem", w teatrze zbierający znakomite recenzje "Krum". Masz poczucie zawodowego spełnienia?
   - Nie, nie mam takiego poczucia, że nagle osiągnęłam jakąś szczególnie dobrą zawodowo pozycję. Owszem, bardzo się cieszę ze spotkania z Krzysztofem Warlikowskim w "Krumie", czekam na pracę z młodym, bardzo utalentowanym reżyserem, czy na nowy film Natalii Korynckiej-Gruz. Moje nazwisko nie pojawia się jednak na łamach pism kolorowych, bo też nie gram szokujących ról, nie rozbieram się, nikogo nie uwodzę i nie rozbijam małżeństw. Nie chciałabym, żeby zabrzmiało to jakoś naiwnie i patetycznie, ale w Krakowie są chyba trochę inne priorytety, które w zupełności mnie satysfakcjonują. Jest dobrze, ale lepiej się nie zachłystywać. Jak mawia Janek Frycz - "Tylko bez uniesień".

Anna Radwan-Gancarczyk w "Zakochanym aniele". Kadry z filmu. Zdjęcia: Kino Świat.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie