Wielka katastrofa, czyli kim jest człowiek, który pogrążył "Przekrój"?

WŁODZIMIERZ KNAP, RAFAŁ STANOWSKI
FOT. BARTŁOMIEJ RYŻY
FOT. BARTŁOMIEJ RYŻY
Udostępnij:
Odważny do szaleństwa i nieudolny do granic - tak przez wielu jest postrzegany Grzegorz Hajdarowicz. To pierwsze określenie zawdzięcza postawie w okresie PRL. Drugie - wydawaniu gazet.

FOT. BARTŁOMIEJ RYŻY

Właściciel kilku tytułów prasowych, producent filmowy, latyfundysta, jak każdy człowiek przedsiębiorczy, wybijający się ponad przeciętność, a w dodatku bogaty, jest na ogół nielubiany i patrzy się na niego krzywym okiem, pełnym uogólnień, zawiści. Trzeba jednak przyznać, że niemały udział w takim uproszczonym widzeniu Hajdarowicza ma on sam.

Szczególnie dotyczy to rynku medialnego, na którym porusza się gorzej niż słoń w składzie porcelany. Wczoraj miał sprzedać "Przekrój" za 3,2 mln zł. A jeszcze stosunkowo niedawno zapewniał, że temu legendarnemu tygodnikowi przywróci dawną świetność. W PRL sprzedawano go w ponad milionie egzemplarzy, a publikowała w nim absolutna elita. Hajdarowicz głosił, że jemu uda się osiągnąć poziom sprzedaży od 120 do 180 tys. A dziś? Według niedawnych danych to zaledwie 17 tys. Za to w ciągu 4 lat "zadbał", by na czele pisma stało aż 7 redaktorów naczelnych, w tym, jak ostatnio, dwoje jednocześnie. Dla porównania: w ciągu 55 lat (1945-2000) "Przekrój" miał 3 naczelnych. Zresztą dobór ludzi we własnych tytułach prasowych to jego pięta achillesowa.

Ma wielką słabość do tabletów. Szacował, że do 2015 r. 12 mln Polaków będzie się nimi posługiwało, czytając m.in. jego tytuły. Jakby zapomniał, że aby ktoś na tablecie przeczytał gazetę, ktoś najpierw tekst musi napisać.

Rozważny szaleniec

O jego działalności w opozycji komunistycznej krążą do dziś legendy. Jest synonimem niemal szaleńca, w szaleństwie przypominającego kawalerzystów II RP, którzy mieli szarżować na niemieckie czołgi. Owszem, kawalerzyści w czasie wojny polskiej 1939 r. byli odważni, lecz też rozważni. Na czołgi nie galopowali. Również Grzegorz Hajdarowicz jako opozycjonista, członek KPN, był bardzo odważny, ale też rozważny, co zresztą sam przyznaje, cytowany w książce Mirosława Lewandowskiego i Macieja Gawlikowskiego "Gaz na ulicach", opisującej dzieje KPN w Krakowie w okresie stanu wojennego.

Gdy ten został wprowadzony, Hajdarowicz ledwo skończył 16 lat. 14 grudnia 1981 r. spotkał kolegę z podstawówki Krzysztofa Fortunę. Postanowili drukować ulotki, malować napisy na murach i chodzić na demonstracje. 13 marca 1982 r. po mszy za ojczyznę w kościele Mariackim tworzył czoło pochodu, a ten kierował się na zomowców. Dwa miesiące później na Rynku Głównym razem z kilkunastoosobową grupą rozrzucał ulotki. Potem rzucili w zomowców, co mieli pod ręką i zaczęli uciekać. Jemu się udało, ale wielu zostało pobitych. Autorom "Gazu na ulicach" wspomina: "Uświadomiliśmy sobie wtedy, że tłum ludzi ma potężną siłę, ale gdy jest zorganizowany". Zrozumiał też, że Rynek Główny nie jest dobrym miejscem na organizowanie manifestacji. Razem z innymi opozycjonistami szukali dogodniejszego miejsca i nowych sposobów walki z reżimem. Zaczęli robić koktajle Mołotowa. I niczym powstańcy warszawscy rzucali nimi w nieprzyjaciela.

Ale Hajdarowicz nie był straceńcem. Lewandowskiemu i Gawlikow-skiemu opowiada, że wszystko mieli dobrze zorganizowane. Dużą wagę przykładali do konspiracji. Nie narażali się ponad potrzebę. W czasie zadym chodzili w maskach gazowych, by nie zostać rozpoznanym. Ponadto Hajdarowicz zawsze na głowie miał czapkę, by nie poznano go po bujnej czuprynie. "Nigdy nie zostaliśmy złapani, bo uważaliśmy. Byliśmy w ruchu, trzymaliśmy się razem. SB czy ZOMO łapało zwykle tych, którzy stali na obrzeżach, pojedynczo" - mówi.

Z dumą też przyznaje autorom "Gazu na ulicach": "Demonstracje w Nowej Hucie nie były centralnie sterowane. Było jednak kilka grup, które nadawały ton. Moja grupa była jedną z tych, której udało się w paru demonstracjach narzucić ton". 31 sierpnia 1982 r. miał prawie 39 stopni gorączki, ale chciał i musiał uczestniczyć w manifestacji, by wywiązać się z przyjętych zobowiązań. Połknął 8 aspiryn. I walczył, m.in. rozbijając płytą chodnikową szybę radiowozu milicyjnego. Miesiąc później podpalił razem z kolegami komisariat na os. Złotej Jesieni, a uciekając, zerwał ścięgna w nodze. W październiku był na kolejnej zadymie. Wtedy "doprawił nogę". Musiała trafić do gipsu.

Hajdarowicz jako opozycjonista aktywny był nie tylko podczas demonstracji, lecz też niemal na co dzień, zwłaszcza w szkole. W niej organizował protesty, pisał "wrogie treści" na ścianach, murach. Uczył się w II LO i miał jedną z najwyższych średnich ocen. Drukował też bibułę, kolportował książki, wydawał - w domu - pisemko KPN "Honor i Ojczyzna". Miał też plany, m.in. podpalenia Muzeum Lenina czy zrzucenia ładunku wybuchowego przed milicyjnym kasynem. A liczył wtedy niecałe 17 lat. Do końca PRL w działalności opozycyjnej był bardzo aktywny. W dodatku, wcale niemało zarabiał na działalności kolportażowo-wydawniczej. Był skarbnikiem KPN. Na UJ studiował nauki polityczne.

Radny, nie poseł

W 1989 r. walczył o mandat do Sejmu kontraktowego. Przegrał, bo startował z listy KPN. Gdyby należał do "drużyny Wałęsy", zostałby posłem. O jego ówczesnym potencjale politycznym świadczy to, że w maju 1990 został radnym krakowskim. Na 75 radnych mandaty zdobyło 73 przedstawicieli "Solidarności". Jednym z dwóch spoza "S" był Hajdarowicz.
Politycznej kariery nie zrobił. Został biznesmenem. Duże pieniądze zarobił na handlu, głównie lekami lub pseudolekami, jak preparat z torfu doktora Tołpy, który miał zabijać raka. Polacy uwierzyli, że ma taką moc. Hajdarowicz sprzedawał go do czasu, gdy okazało się, że preparat to lipa. Jednak jako przedsiębiorca tempa nie zwolnił. Zajmował i zajmuje się szeregiem rzeczy, m.in. restrukturyzacją upadłych przedsiębiorstw, handlem nieruchomościami, produkcją filmów i maszyn górniczych, przejął jeden z Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Prześledzenie, choćby pobieżne, jego wszelkich działań biznesowych wymagałoby odrębnego artykułu.

W medialnej dżungli

Z pewnością najgłośniej o Hajdarowiczu jest od czasu, gdy zaczął działać na rynku medialnym. Raz po raz można usłyszeć o owocach jego pracy. Od pewnego czasu informacje spływają wyjątkowo obficie; niemal każdego dnia.

W lipcu 2009 r. Hajdarowicz kupił "Przekrój". Rok później w wywiadzie udzielonym "Wirtualnym Mediom" mówił, że w ciągu najbliższych dwóch lat (do końca 2012 r.) sprzedaż tygodnika osiągnie może nawet 180 tys. egzemplarzy, ale nie mniej niż 120 tys. A na pytanie, co zrobi, jak nie osiągnie takiego poziomu, odpowiedział: "Nie zakładam takiego wariantu". I przekonywał, że nie można prowadzić biznesu, mając plan awaryjny. W lipcu tego roku sprzedaż "Przekroju" wynosiła 17 tys. egzemplarzy.

W tamtym wywiadzie wyznał, że planuje przejąć tygodnik "Wprost". Dla osób zatrudnionych w tygodniku może być to niezbyt miła perspektywa, zwłaszcza że Hajdarowicz zapewnia: "Kiedy sobie coś upatrzę, zazwyczaj do tego wracam". Na przejęcie "Przekroju" czekał dobrych kilka lat. Gdyby przejął "Wprost", wtedy wielką radość mieliby zapewne szefowie "Newsweeka" czy "Polityki".

Antykomunista wrogiem antykomunistów

Największych wrogów ma dziś szczególnie wśród wyborców PiS. Na ich stosunek do Hajdarowicza nie wpływa jego postawa w okresie PRL, gdyż był wtedy dużo aktywniejszym opozycjonistą niż zdecydowana większość działaczy PiS, z prezesem na czele. Niechęć do Hajdarowicza z ich strony bierze się m.in. stąd, że z rządem Donalda Tuska zawierał transakcje na rynku mediów. Od skarbu państwa nabył pakiet w Presspublice za 55 mln zł. 80 mln musi zapłacić brytyjskiemu holdingowi Mecom za 51 proc. akcji "Rzeczpospolitej". A kulisy tych transakcji są sprawą odrębną. Gdyby PiS doszło do władzy, zapewne nie będzie brakowało chętnych, by się im przyjrzeć.

Wyborcy PiS zarzucają mu głównie to, że w listopadzie 2012 r. w wyniku tzw. afery trotylowej, pozbył się części ekipy kierowniczej gazety. "Rzepa" przez całe lata 90. i mniej więcej do połowy pierwszej dekady obecnego stulecia uchodziła za najbardziej niezależny ogólnopolski dziennik opiniotwórczy. I na taką opinię w sporej mierze zasługiwała. Nie miała zresztą konkurencji w tym segmencie rynku prasowego, bo jedyna realna konkurencja dla "Rzepy", czyli "Gazeta Wyborcza", nie kryła sympatii najpierw do Unii Demokratycznej, potem Wolności, a następnie do PO.

Kiedy jednak władzę przejęło PiS, "Rzeczpospolita" wpadła w ręce ludzi co najmniej sprzyjających temu stronnictwu. To się w pewnym stopniu zmieniło w listopadzie 2012 r., po opublikowaniu tekstu o znalezieniu śladów materiałów wybuchowych na wraku tupolewa. Dla jednych artykuł ten stanowił dowód na zamach, dla innych -był przykładem wykorzystywania dla celów politycznych wielkiej tragedii.

Tak czy inaczej Hajdarowicz pozbył się nie tylko autora tekstu, ale też redaktora naczelnego "Uważam Rze" Pawła Lisickiego i naczelnego "Rzepy" Tomasza Wróblewskiego. Na tym przykładzie widać doskonale, że w kwestii obsady kadrowej popełnia - delikatnie mówiąc - kardynalne błędy. Pozbył się bowiem Lisickiego, który jako szef "Uważam Rze" miał duży udział w tym, że pismo sprzedawało się doskonale. W lipcu 2012 r. było to prawie 130 tys. egzemplarzy. Po roku - 14 tys.! Na czele "Uważam Rze" postawił Jana Pińskiego, wbrew zespołowi redakcyjnemu i ostrzeżeniom ekspertów. W "nagrodę" Piński został teraz szefem spółki "Uważam Rze" wydającej tygodnik pod tym tytułem i miesięcznik "Uważam Rze Historia". Ten w czerwcu 2012 sprzedawał się w 91 tys. egzemplarzy. Rok później - już tylko w 25,5 tys.

Z Lisickiego zrezygnował wcześniej jako z szefa "Rzeczpospolitej". Nie ma dwóch zdań, że Lisicki zrobił z tego słynącego z niezależności dziennika w gruncie rzeczy organ PiS, ale przynajmniej dla wyborców prawicowych był on ich gazetą. Zastąpił go Tomasz Wróblewski, który po wielkim sukcesie polskiej edycji "Newsweeka" ponosił porażkę za porażką. Kiedy jednak tekst o trotylu zdmuchnął też Wróblewskiego, naczelnym "Rzepy" został Bogusław Chrabota. W lipcu 2013 r. gazeta sprzedawała się w 64,5 tys. egzemplarzy (spadek w ciągu roku o 13,9 proc.), lecz w kioskach kupuje ją przeciętnie tylko niecałe 10 tys. osób dziennie w całym kraju. Z drugiej strony, tylu prenumeratorów nie ma żaden inny dziennik w Polsce. "Rzepa" jest też w ścisłej czołówce mediów pod względem liczby cytowań. Z dawnej świetności jednak tylko cytowania pozostały.

Oskar czeka

Planował, że w 2014 lub 2015 roku odbierze Oscara. Nic nie wskazuje, by miało się to stać. Produkcje filmowe Grzegorza Hajdarowicza przegrały na razie z inwestycjami medialnymi.

W 2005 roku pojawił się po raz pierwszy w napisach końcowych filmu "Zakochany Anioł" Artura "Barona" Więcka i Witolda Beresia. Spotkał się z Beresiem w wagonie restauracyjnym. Od słowa do słowa przeszli do interesów. Hajdarowiczowi spodobał się scenariusz - był optymistyczny. - Przypomniałem sobie, że w młodości chciałem studiować reżyserię - wspominał potem. Na produkcję "Zakochanego Anioła" wyłożył "nie takie znowu wielkie pieniądze". Mówi się, że kilkaset tysięcy złotych. Na planie filmowym prawie jednak nie bywał, miał wiele innych obowiązków. Na filmie nie zarobił. Wciągnął się jednak na tyle, że założył firmę producencką Gremi Film.
W następnym roku z dumą witał gości na premierowym pokazie w Krakowskim Centrum Kinowym ARS, gdzie pokazywano po raz pierwszy film Marka Gajczaka "Pod powierzchnią". Porzucił wtedy garnitur dla fantazyjnych koszul, które do dzisiaj są jego znakiem rozpoznawczym. A kręcone włosy przykrył nonszalancko założonym kapeluszem. Zaczął się uczyć gry na saksofonie. Stał się biznesmenem z duszą. I od razu złapał świetny kontakt z mediami.

"Pod powierzchnią" nie zrobiło szału w kinach. Hajdarowicz wspomina jednak film dobrze. Podkreśla, że uczył się biznesu kinowego.

Uznał, że czas wypłynąć na szerokie wody. Mierzył wysoko. Chciał załapać się na pociąg do Hollywood. A bilety mogli mu zafundować tylko ludzie, którzy posiadali rozpoznawalne w branży nazwiska.

Zainwestował w dwie produkcje. Obie firmowali twórcy, którzy gwarantowali przepustkę do wielkiego świata. "Hanię" (2007) wyreżyserował Janusz Kamiński, operator z dwoma Oscarami w kolekcji, a muzykę napisał inny członek oscarowego klanu - Jan A.P. Kaczmarek. Z kolei "Nightwatching" (2007) podpisał awangardowy Peter Greenaway - jeden z najlepszych europejskich reżyserów. W tej ostatniej produkcji Hajdarowicz pojawił się nawet na moment na ekranie jako statysta.

Choć oba filmy nie okazały się bestsellerami, to Hajdarowicz postanowił jechać dalej w wagonie filmowym. Tak jakby straty finansowe miał wliczone w grę, a zarobkiem były kontakty, które udało się nawiązać. Bywał już wtedy na międzynarodowych festiwalach filmowych, w Cannes czy Berlinie, o Gdyni nie wspominając, w roli producenta szukał partnerów do realizowania międzynarodowych koprodukcji. W czasie festiwalu w Wenecji odebrał nawet nagrodę w imieniu nieobecnego tam Greenawaya. Poczuł smak wielkiego świata.

W trakcie krakowskiej premiery "Nightwatching" w kinie Kijów zapowiedział, że kolejny film nakręci w kraju, który kocha najbardziej po Polsce, w Brazylii. By zrealizować ten projekt, odmówił nawet Greenawayowi. Nie chciał już inwestować w artystyczną awangardę. Myślał realnie o podbiciu Hollywood. - Kino to Ameryka - mówił. Nie zależało mu jednak na wielkich produkcjach. Chciał mieć w fabryce snów własny filmowy butik.

Zrealizowane w koprodukcji z Brazylijczykami i Hiszpanami "Carmo" miało być preludium wielkiego sukcesu. Tak się nie stało. Zachował jednak optymizm. Liczył, że produkcja otworzy mu kolejne drzwi, tym razem do filmowców latynoamerykańskich, którzy w Stanach Zjednoczonych posiadali wtedy duże wpływy, a produkcje typu "Labirynt Fauna" czy "Babel" święciły triumfy podczas gali oscarowej. Miała być, jak zapewniał producent, przepustką do pozyskania scenariusza z oscarowym potencjałem.

Hajdarowicz zmienił taktykę, uderzył wprost do USA. - Żeby istnieć w tym biznesie na szerszą skalę, trzeba współpracować z Amerykanami. Tylko oni dają gwarancję, że jeśli w film zainwestuje się 10 mln dolarów, można zarobić nawet 100 mln - tłumaczył. Na początek zainwestował milion dolarów. Gwarancją sukcesu miał być Andy Garcia - główna, ale trochę zapomniana gwiazda i koproducent filmu "City Island" (2009), ciepłej komedii o rodzinie z Bronxu.

Polak pełnił na planie w Nowym Jorku rolę producenta wykonawczego, czyli tak naprawdę kluczowej dla realizacji postaci. Gremi Film miała wysoki udział w produkcji - 33 proc. Krakowski biznesmen uczył się, jak tworzy się filmy w Stanach, gdzie kino nie jest sztuką, lecz biznesem.

W czasie nowojorskiego festiwalu Tribecca w Nowym Jorku usłyszał 15-minutowe oklaski dla "City Island", film otrzymał tam nagrodę publiczności i zebrał dobre recenzje. Wydawało się, że drzwi do Hollywood się uchylają. Nic dziwnego, że wspólne zdjęcie z gwiazdorem znalazło się na centralnym miejscu w gabinecie w dworze Hajdarowicza w Karniowicach.

"City Island" nie uczynił jednak Polaka rekinem kina. Produkcja zwróciła poniesione koszty, czyli w sumie ok. 10 mln dolarów. Niezależny, skromny na warunki amerykańskie film nie zdołał przynieść oszałamiających zysków. Pokazał jednak, że z Amerykanami można zrobić kinowy interes. Trzeba tylko zainwestować w produkcje większego kalibru.

W 2010 roku media rozgrzała wiadomość, że w nowej koprodukcji Gremi Film - "Imperium zbrodni dla opornych" - zagra Gary Oldman. W Polsce rozniosła się natomiast wieść, że zagra Borys Szyc. W zamian za rolę aktor otrzymał od biznesmena hektar ziemi w Brazylii. Film miał też wpisywać się w modny nurt kina gangsterskiego nakręconego z przymrużeniem oka.

W USA wybuchł jednak kryzys. Produkcja była kilka razy przesuwana. Projekt w końcu trafił na półkę, a Hajdarowicz poinformował, że powodem problemów jest bankructwo jednego z amerykańskich kontrahentów. W końcu o "Imperium zbrodni dla opornych" słuch zaginął. A niedługo potem biznesmen zmienił kierunek zainteresowań i zaczął swoją przygodę z mediami. Może dla Hajdarowicza byłoby lepiej, gdyby jednak został przy filmach.

WŁODZIMIERZ KNAP, RAFAŁ STANOWSKI

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

c
chemiutek
Człowiekiem który pogrążył Przekrój jest Kurkiewicz. Jako poprzedni Naczelny, zrobił z Przekroju madry i interesyjący tygodnik. A że pisano tam przekonujące teksty na niewygodne tematy z dnia na dzień tygodnik zniszczono robiąc z niego lifestylową papkę pod opieką jakiegoś Ibisza i Ziomeckiej
k
kuba
w wieku 16 lat rzucanie mołotowem to raczej nie przejaw odwagi
a
aaa
czy to zamiłowanie do Brazylii bierze się z tych samych przesłanek co zainteresowanie nią nazistów po wojnie? dobre miejsce na przeczekanie nieprzychylnych czasów w rodzinnym kraju...
P
Piotr Przyjałkowski
,, - Zobaczycie! Jeszcze przyjda takie cwzasy, gdy kazdy z nas westchnie i powie: Oj, postrajkowalo by sie troche! " - przewodniczacy komitetu strajkowego KM HiL, w kwietniu 88 roku, Andrzej Szewczuwianiec ( zaslyszane osobiscie )./ Oj, postrajowalo by sie troche. Zrazu, przede wszystkim, przeciwko takim ludziom, jak Grzegorz Hajdarowicz, ludziom, ktorzy sprzedali nasza Ojczyzne, Polske, wymienili ja na srebrniki. ,, Postrajkowalo by sie troche. " Àle nie ma nawet jak sie do tego zabrac.
B
Bywalczyni
Autorzy nie nadmienili, że Hajdarowicza ubóstwiało krakowskie środowisko dziennikarskie. Te umizgi na balach, to fetowanie. Wielu nie kryło, że liczy na przyłączenie do rydwanu zwycięzcy.
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie