Wisła Kraków. Łukasz Burliga: Godnie pożegnałem się z ekstraklasą. Teraz czas na Wieczystą [WYWIAD]

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
Łukasz Burliga w barwach Wisły Kraków rozegrał 169 meczów, w których strzelił 14 bramek. W nowym sezonie będzie grał w Wieczystej Kraków, z którą podpisał dwuletni kontrakt
Łukasz Burliga w barwach Wisły Kraków rozegrał 169 meczów, w których strzelił 14 bramek. W nowym sezonie będzie grał w Wieczystej Kraków, z którą podpisał dwuletni kontrakt Andrzej Banaś
Do Wisły Kraków trafił jeszcze jako dziecko, w pierwszej drużynie debiutował w 2007 roku. Teraz Łukasz Burliga żegna się z „Białą Gwiazdą”, a od nowego sezonu będzie reprezentował barwy Wieczystej Kraków, z którą podpisał dwuletni kontrakt.

WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"

- Po kilkunastu latach od debiutu w ekstraklasie, meczem z Piastem Gliwice zakończył pan w niej granie. Jak czuje się pan po drugiej stronie barykady?
- Nie powiedziałbym, że znalazłem się po drugiej stronie barykady, bo jednak wciąż będę grał w piłkę. Natomiast rzeczywiście można powiedzieć, że coś się w moim życiu skończyło, bo dobiegła końca moja przygoda z Wisłą Kraków i ekstraklasą. Sam jestem ciekaw, jak teraz odnajdę się w nowych realiach. Cieszę się jednak, że tak długo, przez ponad dziesięć lat udało mi się utrzymać na poziomie ekstraklasy, a od mojego powrotu do Wisły z Ruchu Chorzów, czyli od 2012 roku, byłem prawie cały czas podstawowym zawodnikiem i w Krakowie, później w Jagiellonii Białystok i znowu w Wiśle.

- Kilka dni temu skończył pan 33 lata. To wiek, w którym wielu piłkarzy wciąż z powodzeniem gra w ekstraklasie. Co skłoniło pana, żeby przyjąć ofertę Wieczystej i zejść kilka ligi niżej?
- Spodobał mi się projekt, jaki władze Wieczystej wraz z piłkarzami chcą realizować. Plany są niezmiernie ambitne. To m.in budowa stadionu, rozwój klubu, kolejne awanse. To również coraz większa rzesza kibiców dołączająca do kibicowania Wieczystej Kraków, co jest niesamowicie budujące i mobilizujące. Nie będę krył, że argumentem za przyjęciem tej oferty były również warunki finansowe, jakie mi zaproponowano. Jestem w takim wieku, że trudno byłoby mi liczyć na kilkuletnią umowę w innych ekstraklasowych drużynach. A tutaj podpisałem dwuletni kontrakt z możliwością przedłużenia, jeśli będzie dobra forma i zdrowie. W dodatku nie muszę nigdzie wyjeżdżać z Krakowa, co też pozwoli mi pomyśleć o ułożeniu sobie życia już po zakończeniu gry w piłkę.

- Miał pan inne oferty z klubów ekstraklasy, może I ligi?
- Wieczysta była bardzo konkretna, a rozmowy potoczyły się bardzo szybko. To było dla mnie ważne, bo inne tematy były dość mgliste. No, może poza jednym. Miałem ofertę od pana Jarosława Kołakowskiego, który widział mnie w Arce Gdynia. Była to na pewno bardzo atrakcyjna oferta, którą bardzo poważnie rozważałem, aż do ostatniej chwili. Jednak nie wiadomo czy Arka awansuje do ekstraklasy, a to miałoby wpływ na wysokość kontraktu. Po drugie nie dostałbym w Gdyni umowy na dwa lata. Wybrałem spokojniejszą opcję. Również dlatego, że sam po sobie widzę, że coraz trudniej grało mi się w ekstraklasie. Lata leciały, a ja przez całą karierę bazowałem na szybkości, również wydolności. Na tej pozycji, na której grałem, trzeba bardzo dużo biegać, bo skrzydłowi są coraz szybsi, coraz bardziej dynamiczni. Nie było zatem sensu ciągnąć tego na siłę, bo coraz trudniej mi było grać na odpowiednim poziomie. Może gdybym był stoperem, przedłużyłbym karierę w ekstraklasie jeszcze o rok, dwa. Skoro jednak grałem przede wszystkim na bocznej obronie, to podjąłem taką decyzję, żeby przyjąć ofertę Wieczystej.

- Chce pan powiedzieć, że trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, również tej ekstraklasowej?
- Trochę tak, choć jest mi o tyle łatwiej, że wciąż będę grał w piłkę. Może IV liga nie jest szczytem moich aktualnych marzeń, ale przy korzystnych wiatrach jeszcze za dwa, trzy lata może wystąpię w II czy nawet I lidze. Taką decyzję podjąłem również dlatego, że nie należę do ludzi, którzy na siłę coś chcą ciągnąć, przedłużać. Jeśli nie mogę dać takiej drużynie, jak Wisła tyle, ile bym chciał, to nie ma sensu, żebym w niej zostawał. Nie poradziłbym sobie chyba psychicznie zbyt dobrze z sytuacją, w której miałbym jedynie być w drużynie, grać ogony. A tak, w tym ostatnim sezonie jeszcze coś zespołowi swoją grą dałem i w moim odczuciu godnie pożegnałem się z ekstraklasą.

- Odnoszę wrażenie, że jest pan też trochę zmęczony dwoma ostatnimi latami, w czasie których Wisła toczyła momentami morderczą walkę o utrzymanie. Mylę się?
- Zacznę może od początku. Gdy wróciłem do Wisły z Białegostoku, czułem ogromną wręcz euforię. Wyjście na trening w Myślenicach to była sama przyjemność. Może w klubie nie wszystko było jeszcze poukładane, trwała walka o jego uratowanie, ale osoba Kuby Błaszczykowskiego mobilizowała i jednoczyła nas wszystkich. To pierwsze pół roku pod wodzą trenera Macieja Stolarczyka było świetne pod każdym względem. Mimo ogromnych zawirowań wokół klubu i w nim samym, zajęliśmy dziewiąte miejsce. Przyszły kapitalne mecze z Legią, Cracovią, pełny stadion, wygrane. Pozytywna energia aż biła po oczach. Wszyscy czuliśmy ogromne wsparcie i szczęście kibiców. A później przyszły takie dwa lata, które były trudne i to bardzo. Przyszła ciężka walka o utrzymanie. Dodatkowo miałem naprawdę poważne problemy ze zdrowiem. Muszę rzeczywiście przyznać, że to były dwa lata, które wykończyły mnie mocno nie tylko fizycznie, ale również psychicznie.

- Początek tego roku miał pan jednak świetny, wyglądało to tak, jakby przeżywał pan nawet nie drugą, a trzecią młodość. Co takiego później się stało, że zaczęliście wszyscy grać o wiele gorzej?
- Gdy przyszedł trener Peter Hyballa, zaczęliśmy pracować naprawdę mocno. Ja miałem trochę podbudowy pod takie treningi, bo po tym, jak jesienią przeszedłem koronawirusa, pracowałem ciężko indywidualnie, żeby odbudować przygotowanie fizyczne. Po zimowych przygotowaniach u trenera Hyballi czułem się świetnie. Czułem też, że drużyna, jak to się mówi, jest w dużym gazie. Nawet tacie mówiłem, że to będzie super wyglądało. I później przyszło najlepsze 30 minut, jakie Wisła zagrała w ostatnich latach, czyli początek meczu z Piastem Gliwice. Zagraliśmy jeszcze kilka dobrych spotkań, szczególnie to z Pogonią. A co się stało później? Mam swoją teorię na ten temat. Żeby grać w taki sposób, jak my na początku sezonu, trzeba się do tego odpowiednio przygotować. I my przygotowani byliśmy bardzo dobrze. Tylko, że taki sposób gry jest mocno wyczerpujący, energii ubywa błyskawicznie. I żeby w meczach wciąż wyglądać dobrze, trzeba odpowiednio dozować obciążenia w tygodniowym mikrocyklu. Bo jak ciągle się dokłada i dokłada, to te obciążenia w organizmach się nakładają i kumuluje się zmęczenie. Szczególnie widać to po starszych zawodnikach, bo u nas proces regeneracji po meczu trwa już trochę dłużej i najszybciej widać po nas objawy przetrenowania, a co za tym idzie, spadku formy. I nie ma co kryć, że w naszej postawie to było widoczne. Na koniec wyglądaliśmy już bardzo słabo, choć udało się jeszcze na ambicji wyciągnąć te remisy z Cracovią czy Legią i wygrać na Piaście.

- Zdaje pan sobie sprawę z tego, że pojawiały się pod waszym adresem zarzuty, że nie chce się wam ciężko pracować, że chcieliście skończyć współpracę z trenerem Peterem Hyballą. Z drugiej strony mam informację, że kilku z was, m.in. pan, wychodziło na mecze na środkach przeciwbólowych, graliście z nie do końca wyleczonymi kontuzjami. Nie było zatem ucieczek w urazy. Może pan powiedzieć, jak to wyglądało z pańskiej perspektywy?
- Zacznijmy może od tego, że nie ma takiej możliwości, żeby komuś się nie chciało grać. Jestem w Wiśle tyle lat, że mogę z odpowiedzialnością powiedzieć, że czegoś takiego tutaj nie ma i nie było. To jest zawodowy sport, wszyscy walczą o miejsce, o kontrakty. Nie każdy musi czuć jakąś wielką więź z klubem, ale każdy chce i robi wszystko co w jego mocy, żeby zapracować na jak najlepsze wyniki. O jakimś specjalnym oszczędzaniu mowy nie ma. A co do gry na środkach przeciwbólowych, to piłkarska prawda jest brutalna i w pewnym wieku to jest po prostu norma. Coś tam człowieka ciągnie, coś strzyka, odzywają się stare kontuzje, nagromadzone przez całą karierę, ale trzeba wziąć tabletkę, zastrzyk i wychodzić na boisko. Dla mnie to akurat nie jest żadne tłumaczenie. Sam na boisku taki miałem przez te wszystkie lata styl, że nie oszczędzałem nikogo, ale też nie wymagałem, żeby ktokolwiek oszczędzał mnie. Czy to jeśli chodzi o trenerów, czy o rywali.

- Zostawmy bieżące sprawy i skoro skończył pan już grać w ekstraklasie, to cofnijmy się na początek tej przygody. Czy fakt, że trafił pan do Wisły jako młody chłopiec, dziecko pozwolił panu trochę łatwiej wejść w dorosły futbol? Chodzi mi o to, że od najmłodszych lat mógł pan poczuć, jaki to jest klub.
- Nie sądzę, żeby było łatwiej z tego powodu. Może zaskoczę, ale jako młody chłopak w ogóle nie brałem pod uwagę, że będę grał w pierwszym zespole. Pewnie, że o tym marzyłem, ale po prostu nie brałem tego pod uwagę.

- Chce pan powiedzieć, że nie wierzył pan w swoje możliwości?
- Nigdy nie byłem jakimś hurraoptymistą. Starałem się bardzo na treningach, ale czy to w trampkarzach, czy później w juniorach było sporo chłopaków lepszych ode mnie. Owszem były momenty, gdy się wyróżniałem, ale zawsze był ktoś ode mnie lepszy. Nadrabiałem natomiast tym, że miałem taki charakter, że nigdy nie odpuszczałem. W tych początkowych latach miałem też trochę smykałkę do bramek. Grałem na skrzydle, również w ataku. W końcu trener Maciej Skorża włączył mnie do pierwszej drużyny i przestawił na boczną obronę, bo Wisła miała tak mocnych zawodników na skrzydłach, że trener wolał mnie trochę cofnąć na boisku. A później zostałem wypożyczony do Floty Świnoujście, żeby zbierać doświadczenie.

- Ten czas we Flocie to był moment, gdy poczuł się pan takim już poważniejszym piłkarzem?
- Miałem dwadzieścia lat, gdy tam trafiłem, ale twarde zderzenie z seniorską piłką przeżyłem już wcześniej, gdy grałem w III lidze w rezerwach Wisły. Przypomnę tylko, że to był taki poziom, jak obecna II liga. Przyjeżdżały na te mecze wielkie chłopy i dla szesnastolatka starcie z nimi to było duże przeżycie. Do Floty poszedłem już zatem jako trochę obyty zawodnik w seniorskiej piłce, ale pobyt w Świnoujściu przydał mi się bardzo. Po powrocie z Floty nie stałem się - co oczywiste - pierwszoplanową postacią, potrzebowałem czasu chociażby na przystosowanie się do ekstraklasowego poziomu, a do tego było z kim walczyć o miejsce w składzie. Dwa lata spędziłem w Wiśle, miałem na koncie nawet mistrzostwo Polski, ale grałem bardzo mało. Myślę, że w tamtym czasie powinni mnie jeszcze powypożyczać, bo nie byłem na tyle dobry, żeby przy takim zespole, jaki był w Krakowie, grać regularnie.

- Potrafił pan jednak powalczyć o swoje nie tylko na treningach… Do legendy tamtych lat przeszła pańska akcja z nocną wizytą u trenera Macieja Skorży, gdy wskoczył pan na jego balkon i zapukał w okno, żeby porozmawiać o swojej sytuacji.
- To był jakiś wyraz frustracji z mojej strony. Miałem wtedy ofertę z Lechii Gdańsk, która chciała mnie wypożyczyć, a trener Skorża nie chciał mnie puścić. Przyszła więc frustracja, ale również do tego doszła młodzieńcza fantazja wiec zupełnie spontanicznie złożyłem trenerowi wizytę. Dzisiaj możemy już tylko z uśmiechem to powspominać, choć trener przyjął to w sumie ze zrozumieniem. Za co do dziś jestem mu niezmiernie wdzięczny.

- Pan generalnie miał szczęście do trenerów, bo często pracował pan ze szkoleniowcami z polskiego topu. Kogoś szczególnie pan zapamiętał?
- Na pewno wiele zawdzięczam wszystkim szkoleniowcom, z którymi pracowałem, bo każdy coś mi dał, u każdego mogłem się czegoś nauczyć. Ważnym było dla mnie, że na początku swojej kariery trafiłem w Ruchu Chorzów na kogoś takiego jak Waldemar Fornalik. Świetny fachowiec, któremu jestem bardzo wdzięczny. Bardzo dobrze wspominam również choćby Ireneusza Mamrota, z którym dobrze współpracowało nam się w Jagiellonii Białystok.

- Taką silną osobowością, jaką spotkał pan na swojej drodze, jest również Michał Probierz. Jak wspomina pan współpracę z tym akurat trenerem?
- Trenera Probierza też muszę wymienić w tej wyliczance. Mieliśmy bardzo dobre relacje. Zresztą ja nigdy z żadnym trenerem nie miałem postawionych relacji na ostrzu nożna. Trenera Probierza poznałem dobrze już w Wiśle, gdzie jak powszechnie wiadomo miał lepsze i gorsze relacje z zawodnikami, chyba jak każdy. Wtedy byłem młodym piłkarzem i musiał mnie chyba zapamiętać z tego, że nie boję się ciężkiej pracy, że na treningach daję z siebie wszystko. Dlatego chciał, żebym przyszedł do Jagiellonii, gdzie wspólnie osiągaliśmy sukcesy. Dzisiaj nasze relacje również są bardzo dobre.

- Widać to było nawet w czasie ostatnich derbów, gdy przywitał się z panem, gdy wyrzucał pan aut w okolicach ławki rezerwowych Cracovii…
- To prawda, a kiedyś spotkałem się z trenerem Probierzem w jednym z hoteli, gdy wpadliśmy na siebie, bo ja coś tam załatwiałem, a Cracovia akurat przyjechała na obiad. Pogadaliśmy serdecznie ze dwadzieścia minut. Trener na pewno miał duży, pozytywny wpływ na moją karierę, za co jestem mu wdzięczny. Ja generalnie spotkałem na swojej drodze ludzi, z którymi współpracę mogę bardzo dobrze wspominać i nie chodzi tylko o trenerów. Również prezesów, którzy byli do mnie życzliwie nastawieni. Na różnych etapach mojej kariery, życia mogłem liczyć na wsparcie Jacka Bednarza w Wiśle, czy Cezarego Kuleszy w Jagiellonii. Z tym ostatnim do dzisiaj utrzymujemy bardzo dobry kontakt, dzwonimy do siebie. Na koniec gry w ekstraklasie też dobrze trafiłem, bo Dawid Błaszczykowski to również człowiek z klasą. Życzyłbym każdemu piłkarzowi, żeby rozmowa z prezesem przy rozstawaniu się z klubem wyglądała tak, jak moja z prezesem Błaszczykowskim.

- Dzisiaj jak pan patrzy na swoją karierę w ekstraklasie, to ma pan poczucie, że wycisnął z niej maksa, czy można było osiągnąć więcej?
- Gdy zaczynałem grać w ekstraklasie, nie spodziewałem się, że wystąpię w niej 250 razy. Nigdy nie uważałem się za wielkiego piłkarza, gdy jednak wybiegałem na plac gry, zawsze dawałem z siebie wszystko. Czy mogłem wycisnąć więcej? Pewnie tak. Zapewne przez wiele lat będę ze smutkiem myślał o tym, że nie było mi dane zagrać w zagranicznej lidze albo zadebiutować w reprezentacji Polski. Miałem taki sezon w Wiśle, gdy tego powołania byłem blisko. Mój menedżer już nawet odbierał gratulacje z tego powodu, ale powołanie ostatecznie do klubu nie dotarło. Z drugiej strony mam w życiorysie mistrzostwo Polski, kilka tytułów wicemistrzowskich. Było zatem przyzwoicie, ale jak to w życiu - można mówić, że szklanka jest do połowy pełna, albo pusta.

- W takiej podsumowującej rozmowie, nie może zabraknąć małej ankiety? Najlepszy piłkarz, z jakim grał pan w jednym zespole?
- Było sporo bardzo dobrych, choćby świetny w okresie występów w Wiśle Maor Melikson, ale jeśli miałbym wymienić tego jednego, to… wymienię dwóch - Pawła Brożka i Arka Głowackiego. Do obu mam ogromny szacunek.

- Najtrudniejszy rywal?
- Kiedyś na zgrupowaniu graliśmy przeciwko Szachtarowi Donieck. Ogromne wrażenie zrobił na mnie wtedy Willian, obecnie piłkarz Chelsea.

- A w polskiej ekstraklasie?
- Paweł Brożek i Arkadiusz Głowacki. No, może jeszcze Vadis Odjidja-Ofoe z Legii.

- Na początku tej rozmowy pojawił się wątek Wieczystej Kraków, to na nim zakończmy. Chce pan w tym klubie po prostu cieszyć się grą w piłkę?
- Nie, to nie tak. Na pewno chcę czerpać satysfakcję z gry może już bez tak ogromnego ciśnienia, jakie towarzyszy występom w ekstraklasie. To jednak wcale nie oznacza, że podchodzę do gry w Wieczystej jak do zabawy. Wciąż jestem ambitny i chcę pomóc tutaj w zrealizowaniu konkretnych celów. Może robię kilka kroków w tył jeśli chodzi o poziom, na jaki schodzę, ale traktuję to bardzo poważnie. Tym bardziej, że prawdopodobnie będzie to ostatni klub, w jakim będę grał. Moim celem jest wzmocnienie drużyny i przyczynienie się do tego, by odniosła sukces w niedługim czasie.

UEFA przygotowała ściągę dla komentatorów

Wideo

Materiał oryginalny: Wisła Kraków. Łukasz Burliga: Godnie pożegnałem się z ekstraklasą. Teraz czas na Wieczystą [WYWIAD] - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie