18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Zbigniew Wassermann

Redakcja
Fot. Anna Kaczmarz
Fot. Anna Kaczmarz
Zrobiliśmy kiedyś eksperyment. Posłaliśmy e-mailem i zwykłą pocztą do wszystkich biur poselskich w Krakowie prośbę od szarej obywatelki o pomoc w jednej z owych beznadziejnych spraw, z którymi ludzie przychodzą do redakcji. Rzecz dotyczyła pracy prokuratury i sądu. Nazajutrz otrzymaliśmy tylko jedną odpowiedź - z biura Zbigniewa Wassermanna.

Fot. Anna Kaczmarz

Szkoda, że nie znaliście Zbyszka

Mnie to nie zdziwiło. Znałem posła od lat i wiedziałem dobrze, że poszedł do polityki nie dla kariery, władzy, sławy, zaszczytów, ale by uczynić Polskę nieco lepszą. I by pomagać ludziom. Dlatego pisał interpelacje i zapytania poselskie, dawał pokrzywdzonym numer swojej komórki. Dlatego inicjował ustawy. Dlatego - gdy miał do wyboru: zatrudnić w biurze specjalistę od wizerunku albo pracowników pomagających ludziom w sprawach trudnych - wybierał to drugie.

Wiedzieli to doskonale jego bliscy, przyjaciele, współpracownicy, dla których był Zbyszkiem, Zbysiem, Tatusiem. Żona Halinka, córki Agata i Małgosia, syn Wojtek, sąsiad i kompan z Bielan Paweł Kuglarz, senator Zbigniew Cichoń, przewodniczący rady miasta Jerzy Pilch, ks. Jan Pasierbek, prokurator Krzysztof Urbaniak, mecenas Marek Kotlinowski...

Zapewne wiedział to także Dżeki, ukochany pies Zbigniewa Wassermanna. Maja Kruczek, bohaterka naszej eksperymentalnej interwencji, przytuliłaby Dżekiego i opowiedziała, jak wielu ludziom pomógł jego pan. Jak bardzo pomógł jej. Dzisiaj wraz z setkami innych zapala lampkę przy wejściu do biura przy ulicy Brackiej. Patrzy na numer telefonu zapisany w pamięci komórki i żałuje, że nie zdążyła podziękować. Za życia - za życie.

Na internetowej stronie Zbigniewa Wassermanna do dziś widnieje jego życiowe motto: "Uczciwie postępować w każdej sytuacji bez względu na konsekwencje". Politycy lubią się posługiwać takimi hasłami, jednak do Wassermanna ono naprawdę pasowało.

Urodził się cztery lata po wojnie w Krakowie, tu skończył podstawówkę i ogólniak, a potem studia prawnicze na UJ. Nie widział siebie poza Polską, poza Krakowem, musiał więc pracować w rzeczywistości PRL. Na początku lat 70. wybrał zawód prokuratora. Pracował w Chrzanowie i Jaworznie, potem przez 9 lat w Brzesku. W 1984 r. trafił na pięć lat do Krowodrzy.

Niektórzy, już w wolnej Polsce, czynili mu z tego zarzut. W rozgrywkach politycznych i personalnych używali argumentu o "peerelowskiej karierze". A przecież nie było "kariery", tylko mozolna praca. Gwałciciele, zabójcy, złodzieje: trzeba ich ścigać pod każdą szerokością geograficzną, w każdym systemie.

A co z dochodzeniami przeciwko antykomunistycznej opozycji? Bartłomiej Sienkiewicz, ówczesny student i działacz NZS, zaświadcza, że Wassermann starał się w takich sytuacjach zachowywać bezstronnie i uczciwie. Zgodnie ze swoim mottem.

Nie zapisał się do partii, choć mógłby dzięki temu awansować. Bez wahania za to przed pracą uczęszczał na poranne msze, odważył się działać w Duszpasterstwie Prawników Polskich prowadzonym przez ks. Jana Pasierbka. W całym Krakowie było tylko dwóch prokuratorów, którzy się na to zdobyli.

Trzy miesiące temu, w imieniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w krakowskim Klubie Adwokata Zbigniew Wassermann wręczył prałatowi Pasierbkowi Złoty Krzyż Zasługi za działalność na rzecz integracji środowiska prawniczego. Ksiądz, dziękując, podkreślił, że "ostatecznym celem i zadaniem duszpasterstwa prawników jest umacnianie wierności wartościom chrześcijańskim i ogólnoludzkim, gdyż to na nich może być budowane dobre prawo i dobre zasady życia społecznego".
Zbigniew Wassermann szczerze w to wierzył. I w III RP, i wcześniej.

W 1990 roku został członkiem komisji weryfikującej krakowskich esbeków, nieco wcześniej został zastępcą szefa krakowskiej Prokuratury Wojewódzkiej. W 1991 roku stracił stanowisko i został zawieszony w czynnościach za publiczną krytykę błędów kierownictwa MSW i resortu sprawiedliwości. Uważał, że prokuratura wraz z całym wymiarem sprawiedliwości wymaga dekomunizacji i weryfikacji. Wytykał nieprawidłowości w śledztwie dotyczącym zabójstwa Stanisława Pyjasa.

Ze środowiska związanego z Duszpasterstwem Prawników wyszedł wówczas postulat pełnego rozrachunku z przeszłością, oczyszczenia środowisk prawniczych z osób, które sprzeniewierzyły się zasadom. - Chodziło o dekomunizację, lustrację oraz rehabilitację ofiar zbrodni komunistycznych - wylicza Paweł Kuglarz, który poznał Zbigniewa Wassermanna u ks. Pasierbka. Razem organizowali potem Stowarzyszenie Polskich Prawników Katolickich, które postanowiło promować chrześcijańskie wartości w życiu publicznym.

Już przy pierwszym kontakcie postawny i na pierwszy rzut oka zdystansowany prokurator wydał się Kuglarzowi zadziwiająco serdeczny i naturalny. A przy tym skromny. Była w nim wyczuwalna dobroć, a jednocześnie stanowczość w kwestii wyznawanych wartości.

Ci, którzy poznali go choć trochę, pojmowali, że ten błyskotliwy i mądry człowiek kocha pomagać bliźnim, z uwagą słucha ich historii, okazuje ciepło i współczucie, interweniuje, wspiera, potrafi być cierpliwy i wyrozumiały wobec ludzkich słabości, umie wybaczać, wycofać się, nadstawić drugi policzek. Jednak wobec instytucji, organów państwa, osób pełniących funkcje jest twardy i wymagający. Oczekuje od nich profesjonalizmu, przestrzegania zasad i wartości.

Uczył tego współpracowników. Nauczył dzieci, z których dwoje - Małgorzata i Wojciech - zostało prawnikami. Córka - adwokatem. Syn kończy aplikację. Będzie prokuratorem.

Z Haliną, informatykiem i programistką, ożenił się w 1972 roku. Dobrali się jak w korcu maku. Zbigniew wyznał niedawno w zdumiewająco szczerym jak na polityka wywiadzie dla tygodnika "Wprost", że był w młodości bardzo nieśmiały, zwłaszcza wobec kobiet. Chodziło jednak nie tylko o nieśmiałość.

"Nie lubiłem powierzchownych znajomości. Nie wiedziałem, czemu miałyby służyć - nie chciałem kogoś wykorzystywać ani nikogo skrzywdzić" - wyjaśnił.

Z żoną i dziećmi mieszkali długo w niewielkim mieszkaniu nieopodal skrzyżowania Lublańskiej i alei 29 Listopada. Gościli tam często późniejsi liderzy Prawa i Sprawiedliwości, gościł Lech Kaczyński, ale Zbigniew zdecydował się na wejście w politykę bardzo późno. Długo nad tym rozmyślał. Radził się swych najbliższych, przyjaciół.

Z jednej strony zaangażowanie w politykę było dla niego czymś naturalnym - chciał uczynić Polskę lepszą, sprawiedliwszą i miał świadomość, że nie da się tego zrobić bez polityków. Ale z drugiej strony świat polityki, rządzących nią praw i układów, wydawał mu się obcy. I wbrew wszelkim pozorom - zawsze obcy pozostał.
Od blisko dekady Wassermann wynajmował mieszkanie w Warszawie, nieopodal placu Konstytucji; jako poseł, minister, musiał je mieć. Ale nigdy tam naprawdę nie zamieszkał. Nie nadał temu miejscu charakteru domowej przystani. Ot, tymczasowy port, z którego można bez żalu odpłynąć. Wziąć teczkę i wyjść. Wrócić do Krakowa, do domu, na Bielany. Ugotować rodzinie fasolkę po bretońsku, gołąbki albo bigos. Przyrządzić śledzie. Zrobić pyszną zupę z niczego. Był w tym niedościgniony, aromat wypełniał wszystkie pomieszczenia i wiadomo było, że w kuchni króluje Zbyszek, smakosz, może nawet trochę łasuch (ale kontrolujący namiętność - i wagę). Zagłębić się w lekturze historycznych książek, których zgromadził niemało. Posłuchać ulubionego polskiego popu i rocka z lat 60. i 70. Albo Stonesów. Pójść na spacer z Dżekim. Pojechać na rower z ukochaną wnusią Asiulą, córką Agaty. Pokopać w ogródku i ponarzekać na krety; marzył o ogrodzie pełnym kwiatów. Napić się czarnej herbaty z cytryną w staromodnej szklance z metalowym koszyczkiem...

W Warszawie, w oku politycznego cyklonu, nigdy nie miał na nic czasu. Spotykał się z przyjaciółmi nie wcześniej niż o 23. I gadał do rana. O Polsce.

W 1998 roku kupili z Pawłem Kuglarzem 20 arów przy Orlej na Bielanach. Pobudowali domy. Zatrudnili fachowców z polecenia przyjaciela - adwokata. Dla Wassermanna budowa okazała się drogą przez mękę. Nieomal katastrofą.

- Nieprawdopodobna fuszerka. Dom Zbysia jest pęknięty, trzeba było zmienić dach... Sprowadzenie tego do wanny to absurd, draństwo. Złośliwość mediów, które znalazły sobie w prawym człowieku i polityku chłopca do bicia. A on w tej swojej dobroduszności nie bardzo rozumiał, o co chodzi, nie umiał się skutecznie bronić, w chwili rozczarowania i przygnębienia tą sytuacją zdarzyło mu się powiedzieć rzeczy, których potem żałował - wspomina sąsiad.

W końcu udało się wszystko wybudować, jakoś przeprowadzić, zamieszkać. Wypełnić dom charakterystycznym ciepłem.

Koledzy mówią, że Zbigniew miał ostatnio świetny czas. Został szefem PiS w Małopolsce. Ich zdaniem zawsze winien nim być, ale nigdy nie myślał o własnej karierze, za każdym razem wolał się wycofać - dla wyższego, jak uważał, dobra.

Miał być prokuratorem krajowym za czasów AWS, ale budził dziwaczne kontrowersje jako "prokurator z PRL". W końcu został tylko p.o. Odszedł, gdy Lech Kaczyński zrezygnował ze stanowiska szefa resortu. Miał być ministrem sprawiedliwości w niedoszłym rządzie PO-PiS. Został koordynatorem ds. służb specjalnych. Wszedł do polityki, by działać, a nie - jak wielu innych - błyszczeć.

Tonował swary i kłótnie, naturalne w każdym ugrupowaniu. Siedzimy z "Wiśniowym sadzie" przy Grodzkiej, gdzie zaglądali i wciąż zaglądają PiS-owcy. Przyjaciele wciąż słyszą wokół to jego "Panowie, spokojnie!". Pod powiekami wyświetla im się gest, który wtedy wykonywał: ręce pokazujące dystans. Stop.
Tak, nabrał ostatnio filozoficznego dystansu do życia. A zwłaszcza do politycznych sporów i kłótni. Uczestniczył w nich, bo wiedział, że takie są reguły polityki, ale zawsze starał się bronić wyższych racji, wartości, którym pozostał wierny. Niezależnie od sytuacji. Udowodnił to swą profesjonalną pracą w sejmowych komisjach, aktywnością w Warszawie i w terenie. Zostawił mnóstwo ustaw, które ułatwiły ludziom życie. Załatwionych pozytywnie spraw, interwencji.

I wiele czekających na załatwienie.

Przyjaciele na wieść o katastrofie pod Smoleńskiem początkowo nie byli pewni, czy ich Zbysiu był na pokładzie. Wassermann nie powiedział im jednoznacznie, że leci. Równie prawdopodobne było, że do samolotu wsiadł Jarosław Kaczyński. Mówią zgodnie, że nie dopuszczali do siebie prawdy. Do dziś nie wierzą. To niemożliwe, że nie ma Zbysia. Nieprawda!

Mai Jankowskiej, swojej asystentce w komisji ds. hazardu, w przeddzień podróży powiedział, że "leci z potrzeby serca". Martwił się, by nie zaspać.

Nie zaspał. Był na to zbyt obowiązkowy.

Zbigniew Bartuś

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski