Zemsta młynarki

Redakcja
O sposobie i terminie zamiany złożonych do depozytu banknotów nastąpi osobne ogłoszenie - to zdanie do dzisiaj nie daje spokoju Jolancie Karakulskiej

JACEK ŚWIDER

JACEK ŚWIDER

O sposobie i terminie zamiany złożonych do depozytu banknotów nastąpi osobne ogłoszenie - to zdanie do dzisiaj nie daje spokoju Jolancie Karakulskiej

   Z mocy dekretu PKWN z dnia 23 października 1944 roku złote okupacyjne tzw. młynarki emitowane przez okupacyjny Bank Emisyjny zostały wycofane z obiegu i zamienione na bilety Narodowego Banku Polskiego - tak rozpoczyna się wyjaśnienie, które otrzymała w 1996 roku mieszkanka Krakowa - Jolanta Karakulska. Pod pismem widnieje podpis zastępcy dyrektora Gabinetu Prezesa Narodowego Banku Polskiego.
Wówczas wszyscy dorośli obywatele mogli wymienić po 500 złotych na dorosłą osobę, pozostałe kwoty złotych okupacyjnych zobowiązani byli złożyć do depozytu - tłumaczy dalej NBP (cytat nie zmieniony). Na koniec urzędnicy banku centralnego radzą Jolancie Karakulskiej zwrócić się do Ministerstwa Finansów, bowiem to właśnie minister finansów reprezentuje w tym zakresie skarb państwa i powinien udzielić stosownych wyjaśnień odnośnie złotych okupacyjnych zdeponowanych w roku 1945 w oddziałach Narodowego Banku Polskiego.
   Tę dość nużącą korespondencję sprzed kilku laty Jolanta Karakulska przechowuje dobrze zabezpieczoną i posegregowaną w należytym porządku - według dat widniejących w nagłówkach urzędowych pism. Do 2003 roku uzbierało się tych pism kilkanaście - wysyłanych zgodnie z poleceniem kolejnych instytucji, a to do resortu skarbu, a to do Banku Gospodarstwa Krajowego, wreszcie do rzecznika praw obywatelskich.
   A wszystko zaczęło się w połowie lat 90. Wtedy z jednej z domowych szuflad w Krakowie wypadł poszarzały kwit depozytowy nr 1246 i w tym kwicie czarno na białym było napisane, że Karakulski Jerzy (ojciec Jolanty), rok urodzenia 1903, z zawodu fotograf, zamieszkały w Krakowie, złożył pieniądze do depozytu zgodnie z dekretem PKWN "O deponowaniu 500-złotowych banknotów Banku Emisyjnego w Polsce". Złożył kwotę nie byle jaką - 5000 złotych. Obok liczby urzędnik NBP wykaligrafował w 1945 roku słownie "pięć tysięcy złotych". Niżej, ale jeszcze nad poważnymi pieczęciami Narodowego Banku Polskiego, widnieje do dzisiaj Jolancie Karakulskiej spokoju nie dające zdanie: O sposobie i terminie zamiany złożonych do depozytu banknotów nastąpi osobne ogłoszenie.

Czekając na sprawiedliwość

   - Wiem, że to wygląda na awanturnictwo, że te pieniądze, które ojciec oddał polskiemu państwu, są pewnie na zawsze stracone, a ja tylko niepotrzebnie nerwy swoje i cudze szarpię. Jednak wtedy, w 1945 roku, napisano, że będzie jakieś ogłoszenie, dekret, ustawa, która ureguluje te depozyty - mówi Jolanta Karakulska. Z goryczą tłumaczy, że do "Dziennika Polskiego" zwróciła się tylko po to, żeby opisać, jak to polskie państwo nie dotrzymuje zobowiązań. - Z drugiej jednak strony, te 5 tys. złotych to chyba mogło wtedy, w 1945 roku, coś znaczyć, mogło być warte niemało, więc może jakieś zadośćuczynienie uda się wyprawować - pyta.
   Nadzieję na finansowe zadośćuczynienie najpierw odebrali urzędnicy (tym razem Ministerstwa Skarbu Państwa), którzy w 1997 roku, w odpowiedzi na jeden z listów pani Karakulskiej odpisali:
   Ministerstwo Skarbu Państwa uprzejmie wyjaśnia, że w latach 1944-1945 kilka aktów prawnych (np. dekrety PKWN) nałożyło na obywateli obowiązek zdeponowania banknotów Banku Polskiego nie ustalając przy tym w jaki sposób nastąpi ich zwrot, wymiana czy przepadek depozytu.
   Ażeby ten urzędniczy wyrok zrozumieć jednoznacznie, w piśmie adresowanym do naszej Czytelniczki wyjaśniono, że sprawy te miały być uregulowane w przyszłości, ale do tej pory nie wydano żadnych przepisów w tym zakresie. Jako przesądzający o wszystkim gwóźdź do trumny posłużyło zaś stwierdzenie, iż nie ma w obecnym porządku prawnym przepisów, które pozwalałyby na pozytywne rozpatrzenie przedmiotowej sprawy.
   Jednak później ci sami urzędnicy nadzieję przywrócili - kierowani urzędniczym przeczuciem, że nic na tym świecie zapisane raz na zawsze nie jest. A już szczególnie raz na zawsze zapisane nie jest, że takich czy innych sposobów zadośćuczynienia państwa wobec swoich obywateli nie będzie. Obywateli ograbionych w majestacie prawa przy tej czy innej okazji.
   Ci sami urzędnicy resortu skarbu nadzieję więc przywrócili, wspominając o dwóch projektach ustawy reprywatyzacyjnej przygotowywanych w drugiej połowie lat 90. Jeden był rządowy, drugi poselski. Dzisiaj wiemy, że oba przepadły, ale w 1997 roku mogło się wydawać, że reprywatyzacja w Polsce zostanie przeprowadzona z należytym poszanowaniem dla uzasadnionych roszczeń. Co więcej, oba wspomniane projekty - rządowy i poselski, swym zakresem objęły mienie upaństwowione z naruszeniem prawa w latach 1944-1962.
   Właśnie te przygotowywane akty prawne nadzieję cytowanej przez nas pani Karakulskiej przywróciły, jednak (o urzędnicza intuicjo!) w piśmie z 1997 roku zaznaczono, że - owszem - projekty są, ale to nie oznacza, że Sejm RP - jako najwyższa władza ustawodawcza w państwie - nie może odrzucić proponowanych rozwiązań. Dzisiaj wiemy już, że przeciwnicy reprywatyzacji znaleźli się nie tylko w Sejmie.
   Jolantę Karakulską w 1997 roku odprawiono z przysłowiowym kwitkiem. Ktoś jej poradził, aby zwróciła się do rzecznika praw obywatelskich, ale zanim to zrobiła, dowiedziała się wiele o innych obywatelach z roszczeniami. Oddawane w depozyt z terminem na "święty nigdy" 500-złotowe banknoty Banku Emisyjnego były bowiem tylko jednym z wielu sposobów drenowania kieszeni Polaków.

Papiery (bez)wartościowe

   Znacznie wcześniej, jeszcze zanim do rzecznika praw obywatelskich trafiło pismo naszej Czytelniczki, staraliśmy się w biurze RPO wyjaśnić sprawę roszczeń subskrybentów Narodowej Pożyczki Rozwoju (NPR). Na taki pomysł ściągnięcia pieniędzy z rynku wpadła ludowa władza w 1951 roku. Ogłoszono pożyczkę, która była przymusowa (pobierano odpowiednie kwoty z wynagrodzenia), a jej spłatę rozłożono na 20 lat. Warto przy tym dodać, że pożyczka była nieoprocentowana. Dzisiaj można żartować, że najpewniej ludowe państwo brzydziło się lichwą, lub wierzyło, iż pieniądz będzie zyskiwał na wartości.
   Narodowa Pożyczka Rozwoju była w 1951 roku już tylko jednym z wielu elementów drenażu kieszeni Polaków. Rok wcześniej, co pewnie pamiętają starsi Czytelnicy, wszystkim bez wyjątku Polakom wymieniono pieniądze. Gotówkę wymieniano według zasady 1 nowy za 100 starych złotych, a ceny i wynagrodzenia przeliczano według zasady 3 złote za 100 złotych. Ten sam przelicznik zastosowano wobec oszczędności bankowych poniżej 100 tys. złotych i w efekcie z rynku ściągnięto 2/3 gotówki oraz znacznie naruszono bankowe zasoby Polaków. Ocenia się, że reforma walutowa wyssała 3 miliardy złotych - ot, taki obywatelski koszt elektryfikacji, kolektywizacji, industrializacji i "wielkiego przyspieszenia", które pozostawiło po sobie m.in. Hutę im. Lenina i Żerań.
   W ubiegłym roku do redakcji "Dziennika" ktoś przyniósł oryginalny kwit wspomnianej Narodowej Pożyczki Rozwoju.
   Zaświadczamy, że zgodnie z arkuszem ewidencyjnym subskrypcji wpłat na NPR obywatelka Zofia P. zatrudniona dotychczas w Głuszyckich Zakładach Przemysłu Bawełnianego wpłaciła u nas kwotę 140 złotych - można było przeczytać w dokumencie pochodzącym z 1952 roku. Jak to najczęściej bywa w takich przypadkach, dokument przeleżał dziesięciolecia w szufladzie i odnalazł się po wielu latach. Późno, stanowczo za późno.
   Nasz Czytelnik najpierw pisał do Ministerstwa Skarbu, później do Ministerstwa Finansów. Otrzymał kategoryczną odpowiedź: W związku z nieokreśleniem w akcie emisyjnym dnia, do którego można było żądać wydania dokumentu obligacji, należy przyjąć, że był to dzień 1 października 1972 roku, tj. ostatni dzień wykupu obligacji. (...) Roszczenia o zwrot świadczeń z tytułu wpłaty na subskrypcję obligacji NPR przedawniły się w październiku 1982 roku.
   Dlaczego się przedawniły? Ano dlatego, że minął termin przedawnienia ustalony w kodeksie cywilnym na 10 lat.
   Rzecznik praw obywatelskich, w drugiej połowie lat 90., dość intensywnie zajmował się Narodową Pożyczką Rozwoju. Kilka lat temu, nie wiadomo dlaczego (pewnie dzięki doniesieniom w prasie) uaktywnili się posiadacze tych "obligacji pomysłu Hilarego Minca". Dzisiaj już o nich cicho. Jak można było dowiedzieć się w biurze prasowym RPO, sprawa Narodowej Pożyczki Rozwoju to już przeszłość, choć niewykluczone, a nawet pewne, że sporo takich kwitów wciąż znajduje się w polskich domach.

Do kolekcji

   Wspomniana wcześniej Jolanta Karakulska ze swoim kwitem nr 1246 zwróciła się do rzecznika praw obywatelskich.
   - To chyba były "młynarki" choć nie mam pojęcia, jak te banknoty mogły wyglądać - mówi dzisiaj patrząc na posiadane potwierdzenie złożenia 5 tys. złotych do depozytu w 1945 roku. - Tak sobie myślę, że dosięgła mnie jakaś zemsta tych "młynarek", bo zaczęłam się babrać w papierach i teraz chcę to dokończyć bardziej dla świętego spokoju niż dla pieniędzy - mówi.
   Wyjaśnijmy: tzw. młynarki były banknotami emitowanymi w latach 1940-1944 w Generalnej Guberni. Były pieniądzem okupacyjnym i przez ludową władzę zostały potraktowane jak śmieci, choć pewnie wielu Polaków właśnie w nich oszczędzało w czasach okupacji. Historycy wspominają nawet, że te okupacyjne pieniądze służyły znakomicie cichociemnym. Przypomnijmy, że lotnictwo alianckie, które dokonało w sumie prawie 500 operacji lotniczych nad okupowaną Polską, zrzuciło - oprócz ludzi - 630 ton sprzętu bojowego oraz pieniądze, właśnie "młynarki" w niebagatelnej kwocie przekraczającej 40 mln zł. Z nieba spadały na spadochronach paczki wypełnione po brzegi "młynarkami"...
   Historycy przypominają dzisiaj, że "młynarki" wzięły swoją nazwę od Młynarskiego - szefa emisji pieniężnej w Generalnej Guberni. Nie wszystkie trafiły w 1945 roku do depozytu, mimo że dekret PKWN wymagał tego od obywateli. Na internetowych aukcjach można kupić te banknoty. Przykładowa cena dla tzw. natychmiastowego zakupu (bez licytacji) wynosi 3,50 dzisiejszych złotych za banknot 5 złotych z sierpnia 1941 roku. Tyle samo trzeba zapłacić za banknot 2-złotowy, więc Jolanta Karakulska, gdyby posiadała te 5 tys., które jej ojciec oddał ludowemu państwu, mogłaby dzisiaj stworzyć jedynie niewielką rodzinną kolekcję. Dla porównania, kolekcjonerzy PRL-owskie 50 złotych z 1948 roku wyceniają także na kilka złotych.
   Rzecznik praw obywatelskich jesienią ub. roku odpisał Jolancie Karakulskiej:
   (...) rozumiemy pani zniecierpliwienie i niezadowolenie z faktu, iż dotychczas nie może pani zrealizować kwitu depozytowego wydanego przez Narodowy Bank Polski dotyczącego złożonych w 1945 roku do depozytu banknotów Banku Emisyjnego.
   RPO rozpatrując skargi obywateli (historia kwitu pani Karakulskiej nie była odosobniona), kierował w latach 1989-2003 wiele wystąpień do resortu finansów, skarbu, a także do marszałków Sejmu kolejnych kadencji. Rzecznik postulował tzw. normatywne uregulowanie kwestii wspomnianych depozytów. Biuro RPO wielokrotnie domagało się także ustawowego uregulowania ewentualnych roszczeń w związku z zaniechaniem przez PRL obsługi przedwojennych papierów wartościowych, przymusowych depozytów marek niemieckich III Rzeszy czy choćby brakiem wymiany pieniędzy przedwojennych, emitowanych do 1939 roku.
   Kolejni ministrowie finansów (w tym urzędujący Andrzej Raczko) odpowiadali zawsze tak samo: Nie istnieje możliwość uzyskania rekompensaty za przymusowe złożenie do depozytu i nie przewiduje się wystąpienia z inicjatywą ustawodawczą w tym zakresie.
   Nawiasem mówiąc, polscy ministrowie finansów swoje stanowisko uzasadniają powołując się na najlepsze europejskie wzorce. Otóż w oficjalnych pismach resortu finansów do rzecznika praw obywatelskich możemy przeczytać, że w sposób podobny postąpiono w zachodniej części Republiki Federalnej Niemiec, gdzie w 1948 roku unieważniono wszystkie wkłady oszczędnościowe w reichsmarkach, zaś wszystkim dorosłym obywatelom wypłacono jednorazowo po 40-60 nowych marek niemieckich (DEM).
   Biuro RPO, tak trochę "między wierszami", poradziło Jolancie Karakulskiej porzucenie starań o jakiekolwiek zadośćuczynienie: Przedstawiając powyższy stan faktyczny i prawny wyrażamy nadzieję, iż przekazane informacje pozwolą pani na dokonanie oceny szans pozytywnego rozstrzygnięcia sprawy na drodze sądowej - czytamy w piśmie RPO.
   I tak oto kończy się historia kwitu depozytowego nr 1246.

Menedżer sportowy - zbawienie czy zło konieczne?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie