Kara za zasługi

Redakcja
Udostępnij:
Całkiem niedawno przetoczyła się przez łamy "Dziennika Nowosądeckiego" burzliwa, choć generalnie w swej wymowie jednomyślna dyskusja na problemem, czy Janusz Pieczkowski jest postacią na tyle zasłużoną dla Nowego Sącza, by dostąpić zaszczytu posiadania w tym dumnym mieście ulicy własnego imienia. Sprawa wydawała się o tyle prosta, że gotowy wniosek z uzasadnieniem złożył w tej sprawie na ręce PT Zarządu Miasta Jan First - były poseł, radny i sądecki rzemieślnik, a mówiąc najprościej - powszechnie szanowany sądeczanin. Używając terminologii teatralnej, pomysł Firsta został przyjęty owacją na stojąco (czego dowodem publikowane przez "Dziennik" liczne opinie), po czym zapadła równie teatralna cisza. Cóż zatem?

Komentarz emocjonalnie zaangażowany

   Ano przede wszystkim to, że wśród 39 sądeckich rajców - później wyjaśnimy gdzie nam się jeden radny zgubił - nikt (słownie zero) nie miał odwagi, by przypomnieć o propozycji uhonorowania Janusza Pieczkowskiego własną ulicą. Dodam jeszcze, że nie miejsce tu i czas, by rozważać, czy Pieczkowski na ten zaszczyt zasługuje, bo to akurat jest poza wszelką dyskusją! Problem polega na czymś zupełnie innym. Na tym mianowicie, że pomysł uhonorowania jednego z najbardziej oddanych miastu sądeczan został włożony do zamrażarki wyłącznie z powodów politycznych. Jakoś zawsze jest zły czas, by sobie o Pieczkowskim przypomnieć. Teraz akurat taki, że miejską radną (tą jedną świadomie wcześniej pominiętą, ale jej się w tej sprawie nie wypada upominać) jest córka bohatera naszego opowiadania - Zofia. Jak zatem teraz w gorącym przedwyborczym okresie Zofia Pieczkowka ma przeciąć wstęgę na ulicy z tabliczką, na której wymalowano imię jej ojca? Przecież to dla niej żywe wyborcze punkty, a wspomniana Pieczkowska może chcieć jesienią kandydować do Rady Miasta, a może nawet na fotel samego prezydenta.
   Tym sposobem Janusz Pieczowski - powtórzmy do znudzenia raz jeszcze - wybitny sądeczanin XX wieku, pośmiertnie został ukarany za społeczną aktywność własnej córki. Tak więc za pracę dla miasta muszą teraz płacić rachunek dwa pokolenia Pieczkowskich - ojciec i córka, choć przecież świat od dawna honoruje zasadę, że na rodzinny kapitał (obojętnie - finansowy, czy polityczny) pracują pokolenia. W Nowym Sączu przeciwnie - antenaci mogą pozostawić nam w spadku wyłącznie kłopoty. I jeszcze jedna bolesna refleksja - po co eksponować Pieczkowskiego, kiedy na pierwszych stronach gazet brylują dziś krótkodystansowi bohaterowie, bohaterowie jednego osiedlowego grilla, jednego szkolnego wyścigu w workach? Ludzie, którzy za Pieczkowskim nie mogliby teczki nosić, bowiem nawet pobieżnie nie są w stanie objąć problemów tego miasta. Cóż - widać jednak według współczesnej miary bardziej zasługują, by bawić nimi publiczność, niż jakimś Pieczkowskim i maniakami upominającymi się o uhonorowanie jego imienia.
   Ten tekst jest ostatnim w sprawie ulicy dla Janusza Pieczkowskiego w Nowym Sączu. Trzeba zamknąć ten rozdział zakładając, że jeżeli wśród 39 radnych miejskich (jedną konsekwentnie pomijamy) nie znajdzie się jeden gotowy wznieść się ponad interesik osiedlowej polityki, to znaczy, że faktycznie czas tej rady nie tylko ze względu na rytm kalendarza wyborczego właśnie dobiega końca. Wojciech Molendowicz

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie