Licząc na próchnicę

Redakcja
Udostępnij:
Paweł Głowacki: Dostawka

I znów jest, jak wczoraj było, jest, jak jutro będzie - staję w oknie i się rozglądam. Z drugiego piętra znów widzę świat, bo patrzę na skwer, znów widzę skwer, bo patrzę na świat. Szukam pewności, węszę za niezmiennością, w wysokich trawach wzrokiem tropię punkty stałe. Czy ten, z dnia na dzień coraz mniej stały bigos za oknem, inaczej zwany rzeczywistością, czy ten kompletnie nieprzewidywalny kontredans jakości, co się zerwały z wszelkich uwięzi, przetrwa jeszcze choćby pół godziny?
   Jest punkt 9. Tadek znów wyprowadza na spacer smolistego pudla, na tej samej, od lat niezmiennej, ławce znów zasiada i rytualnie piwo otwiera, nie to samo, co wczoraj, ale jednak takie samo. Pudel robi, co Pan Bóg przykazał. I tyle. Za sprawą tradycyjnego Tadka, bigos za oknem przetrwa jeszcze pół godziny. Egzekucja odsunięta. Znowu.
   My i Japonia, niezmienność w zmienności, Tadek a samurajski miecz - oto tematy, rzecz jasna banalne, bo odwieczne, oto truizmy, które mnie zajmują. Czytam bowiem, a właściwie smakuję wzrokiem, przedmiot niezwykły, studiuję księgę (Henryk Socha "Miecze japońskie Nihonto". Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2002), która jest bardziej dla oka niż dla mózgu stworzona. I prawidłowo, bo początkiem myślenia jest spojrzenie. Zanim się główkować zacznie, trzeba się umieć rozglądnąć.
   Znów patrzę więc przez okno. Tadek siedzi rytualnie. To pewne. Ale co jeszcze jest pewne? Narastająca niepewność jest pewna. Na co, jak na co, ale na tańczący bigos nadwiślański zawsze można liczyć. Zwłaszcza dzisiaj.
   Rozglądam się wśród samurajskich mieczy, przyglądam się ich początkom, smakuję doskonałość ostrzy ręcznie kutych półtora tysiąca lat temu - ale wiem skądinąd, bo ściśle stąd, zza okna wiem, że w pomieszczeniu, w którym wczoraj kupiłem buty, dziś serwują sprzęt wędkarski, jutro zaś, jak tylko chętkę poczuję, młoda Ukrainka wiekopomnie wymasować mnie zdoła. Rozglądam się w epokach samurajskich mieczy (owszem, oni mają swój oręż precyzyjnie podzielony na epoki), zanurzam się w świecie pewności, skaczę pomiędzy ich punktami stałymi - ale wiem, że u mnie skakać mogę co najwyżej pomiędzy Tadkiem i smolistym pudlem Tadka, punkt 9.
   Co jeszcze wiem? Kolega, który wczoraj był kolegą, dziś może okazać się koleżanką, wczorajsza koleżanka zaś - dzisiejszym kolegą. Chłop przechodzi w króla, czyli posła, tak lekko, jak poseł przechodzi w durnia, a dureń w milionera. Nie wiadomo, co jest estetycznym dobrem, artystą zatem może być każdy. W gmachu, w którym wczoraj był Stary Teatr, dziś jest urlop, jutro więc może być tam buda jarmarczna. Film jest gazetą, gazeta jest telefonem zaufania, telefon zaufania jest feministką, która jest sztuką plastyczną, która jest wypchanym trocinami koniem, który jest nowym cielcem, tym razem kopytnym cielcem.
   Niegdysiejsza genialna fraza, sedno tajemnic, które tkwią we wszystkim, co konkretne, legendarne zdanie o niejednoznaczności jednoznacznego przecież kwiatka, zdanie: rose is a rose is a rose__is a rose... _róża jest różą, jest różą, jest różą... - _dziś popadło w koszmarne kłopoty. Na pysk spadło na dno, który to upadek jest wynikiem powszechnie panującej nam wolnej amerykanki wartości. Dziś cokolwiek może być czymkolwiek, byle tylko ktoś znalazł w sobie tyle bezczelności, by byle czemu dowolny walor zainsynuować. Poetą jest każdy, teatrem jest wszystko, a krytyką to, co się zadekretuje. Chcesz być pipką? Proszę bardzo - oto jesteś pipką! Jesteś, albowiem ja to mówię! Ja - twoja złota rybka.
   Rzecz jasna, nie w tym rzecz, by sekować roztańczony bigos współczesnych estetycznych jakości naszych, zerwanych z uwięzi tradycji i hierarchii. Niech sobie bigos wiruje do woli - takie czasy mamy, szalenie ciekawe i nie ma co nad nimi wydziwiać. Żałosna tragedyjka polega wszakże na tym, że nasz tańczący bigos nie ma punktów stałych, nie ma żadnego centrum, słowem - nie ma u nas twardego gara, w granicach którego artysta może figlować. Każdy sensowny cyklon ma oko, w którym jest cicho. W oku naszego cyklonu łomot jest taki sam, tak samo beznadziejny i z sensu wyzuty, jak na obrzeżach.
   Mówię o pogardzie dla tradycji, o nieobecności punktów stałych, o absencji niezmienności. Rozglądam się w niezmiennych od tysiącleci ostrzach mieczy samurajów, w tych do dziś ręcznie kutych cudeńkach stałości i myślę, że ichniejszy bigos nowoczesności tak skutecznie wiruje dlatego, że ma wokół czego wirować i chce wirować wokół tego właśnie. Dla nich miecz jest azymutem - nie kłopotem.
   A u nas? Każda stara mądrość to kłopot. Tylko dzielny Tadek, jego pudel i piwo, codziennie punkt 9 jakoś jeszcze odwlekają egzekucję. Bo u nas wszystko, co jest, to tylko Szczerbiec na Wawelu. Harakiri nim nie popełnisz. Co najwyżej możesz nim koledze zęby wybić. A i to pod warunkiem, że próchnica zrobiła już swoje.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie