Niuanse

Redakcja
Dla niemieckiego Kościoła katolickiego pracowało mniej niż jedna tysięczna wszystkich robotników przymusowych - mniej więcej kilka tysięcy osób. Byli to głównie Polacy, obywatele ZSRR i Francuzi. Kościół niemiecki nie poczuwa się do odpowiedzialności za to, co robili naziści i zwraca uwagę, że często pomagał prześladowanym. Można odnieść wrażenie, że przysłowiowa niemiecka buchalteria nie ominęła również Kościoła katolickiego, którego celem jest przecież niesienie dobra i chrześcijańska pokora.

Europa i reszta świata

Niemiecki Kościół katolicki dopiero po poruszeniu tego tematu przez media przyznał się do zatrudniania niewolniczej siły roboczej w czasie drugiej wojny światowej. We wtorek Konferencja Biskupów Niemieckich pod przewodnictwem biskupa Karla Lehmanna podjęła decyzję o przyznaniu odszkodowań byłym robotnikom przymusowym w wysokości 5 milionów marek, drugie 5 milionów Kościół przeznaczy na wspieranie inicjatyw na rzecz pojednania. Kościół niemiecki nie czuje się jednak specjalnie winny wyzysku tych ludzi, bo byli oni traktowani lepiej niż w przemyśle, a niektórzy nawet lepiej się mieli, pracując w instytucjach kościelnych niż u siebie w kraju.
 Znacznie lepiej wypadł Kościół ewangelicki. Nie tylko przeprosił za korzystanie z pracy przymusowej, ale także przyłączył się do funduszu rządu i przemysłu, biorąc tym samym na siebie część winy za hitlerowską przeszłość. Niemieccy katolicy przeciwnie - odcinają się, jak to nazwali, od "winy kolektywnej" i zamierzają wypłacić odszkodowania bezpośrednio wszystkim pokrzywdzonym.
 Odpowiedzialność za krzywdy wyrządzone w czasach hitlerowskich jest dla Niemców wciąż wielkim problemem. Dlatego coraz częściej można spotkać się z próbą oddzielenia reżimu hitlerowskiego od reszty narodu, który też - jak się okazuje - wbrew swojej woli padł ofiarą nazistowskiej ideologii i praktyki. Niemcy bali się Hitlera, więc skrzętnie wypełniali jego rozkazy. Tak to należy rozumieć. Robił to również Kościół katolicki, ale starał się przy tym być dobrym dla cudzoziemców. W wielu wypadkach tak było, choć za niesienie posługi duszpasterskiej obcokrajowcom groziła deportacja do obozu koncentracyjnego albo nawet kara śmierci. Ale - powiedzmy sobie szczerze - to były przypadki, a nie reguła, tak jak regułą nie był udział katolików w antyhitlerowskiej opozycji.
 W roku 1966 biskupi polscy jako pierwsi wyciągnęli rękę do biskupów niemieckich ze słowami "przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Zastanawia więc, skąd się bierze ta małostkowość, która nie pozwala biskupom niemieckim przeprosić byłych robotników przymusowych. To przecież tak niewiele, a tak wiele mogłoby zrobić dla pojednania. To są niuanse, ale jakże ważne. Nie są niuansami poczynania przewodniczącej Związku Wypędzonych, Eriki Steinbach. Pani Steinbach od paru lat działa na rzecz zakłócenia dobrych stosunków niemiecko-polskich, domaga się zadośćuczynienia dla wypędzonych z Czech i z Polski, a nawet do niedawna straszyła, że jej organizacja zablokuje przyjęcie tych krajów do Unii Europejskiej. W zapalczywych i agresywnych wystąpieniach przewodnicząca Związku nie zajmuje się takimi drobiazgami jak odpowiedzialność Niemców za wymordowanie milionów Polaków. Ona swoją karierę polityczną buduje na niskich uczuciach - na zemście i nienawiści.
 Możliwości Związku Wypędzonych nie są większe niż możliwości każdej innej organizacji ziomkostw na świecie. I wygląda na to, że wreszcie to do niej dotarło. Jak się dowiaduję z niemieckiego tygodnika "Focus", Erika Steinbach wycofała się ostatnio z zamiaru udaremnienia rozszerzenia UE o Polskę i Czechy. Więcej, Wypędzeni mogliby jej zdaniem stać się najgorętszymi orędownikami rozszerzenia Unii pod warunkiem, że Berlin odpowiednio potraktuje ich roszczenia. Jeśli wierzyć "Focusowi", między związkiem a rządem Schrödera nastąpiło zawieszenie broni. Minister spraw wewnętrznych Otto Schily powiedział nawet, że wbrew obiegowym opiniom, większość Wypędzonych aktywnie działa na rzecz pojednania między narodami Europy.
 Kanclerz Schröder ma wygłosić w najbliższą niedzielę przemówienie na zjeździe Związku Wypędzonych w 50. rocznicę jego powstania. Ale to wystąpienie może jednak nie zadowolić Eriki Steinbach. Dla kanclerza sprawa wypędzonych należy już do lamusa historii. Lewicowy rząd w Berlinie deklaruje chęć kontynuowania dialogu z wypędzonymi, ale jednocześnie federalny minister kultury zapowiada obcięcie subwencji dla związku z 46 do 33 milionów marek. A to już nie są niuanse, tylko poważne ograniczenie możliwości finansowych, a więc działalności związku.

KRYSTYNA GRZYBOWSKA

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie