Piaf była ponad wszystkim

Piaf była ponad wszystkim

Zdjęcie autora materiału

Dziennik Polski 24

Fot. Paweł Miśkowiec

Fot. Paweł Miśkowiec

Jest wciąż Edith Piaf artystką tak uwielbianą jak przed laty, gdy przez cztery miesiące wypełniała Olimpię? - Jej sława trwa do tej pory. Choć kilkanaście lat po śmierci Piaf media zaczęły o niej zapominać. To wtedy postanowiłem otworzyć muzeum, na które przeznaczyłem część swego paryskiego mieszkania przy Crespin du Gast nr 5.
Fot. Paweł Miśkowiec

Fot. Paweł Miśkowiec

Fot. Paweł Miśkowiec

ROZMOWA. BERNARD MARCHOIS, właściciel paryskiego Muzeum Edith Piaf, sekretarz Stowarzyszenia "Amis d'Edith Piaf", o wielkiej piosenkarce i swej fascynacji

To był rok...
- 1977, od 10 lat działało już nasze Stowarzyszenie Przyjaciół Edith Piaf.
Młodzi sięgają obecnie po jej repertuar?
- Chętnie, a i słuchacze wciąż pamiętają; to jedynie media uznały, że są ważniejsze rzeczy niż Piaf. Powołanie naszego muzeum pozwoliło ożywić pamięć o niej, także wśród mediów.
Przy Pana współpracy odbył się po raz pierwszy w Krakowie festiwal o Grand Prix Edith Piaf - skąd ten wybór?
- Do Krakowa trafiliśmy dzięki Towarzystwu Przyjaźni Polsko-Francuskiej, które organizowało już festiwal piosenki francuskiej dla młodzieży... Nawiązany z nami kontakt sprawił, że tym razem Grand Prix Edith Piaf, nagroda zastrzeżona przez nasze Stowarzyszenie, zostało przyznane w Krakowie.
Krakowski festiwal nie był pierwszym organizowanym poza Francją?
- Odbywał się już we Włoszech, w Belgii, ale nigdy jeszcze tak daleko.
Jest szansa, że pozostanie w Krakowie?
- Jeśli krakowskie Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Francuskiej podtrzyma swą propozycję - pewnie tak. Jesteśmy bowiem bardzo zadowoleni tak z organizacji imprezy, jak i poziomu konkursu. Z przyjemnością powrócę do Krakowa w przyszłym roku.
Jako jeden z jurorów...
- Oceniam poziom uczestników konkursu bardzo wysoko; my Francuzi bardzo lubimy słowiańskie głosy, one się nam bardzo podobają.
Wiem, że były spory pomiędzy polską i francuską częścią jury.
- To naturalne; wiele dyskutowaliśmy, starając się precyzyjnie ocenić uczestników konkursu. Fakt naszych żmudnych obrad i duża ilość nagród jedynie potwierdzają wysoki poziom konkursu. Gdyby było jedynie dwóch-trzech świetnych kandydatów, nie byłoby problemu...
Porozmawiajmy o Pana muzeum - ile eksponatów, ile obiektów Pan zebrał?
- Ciężko to ocenić. Jak liczyć listy, ubrania, rzeźby, meble, płyty, fotografie - jeśli powiem, że jest 500 eksponatów, to pewnie będzie to liczba zbyt mała, jeśli powiem dwa tysiące, być może przesadzę, a może też nie. Nie mam pojęcia.
Z jakich zdobyczy jest Pan najbardziej dumny?
- Na pewno z małej czarnej sukienki - znaku firmowego Piaf; każdy ze zwiedzających traktuje ją niemal jak relikwię, pytając czy może dotknąć choć rąbka.
Pana muzeum jest jedynym we Francji?
- Również na świecie, choć kiedyś myślano o podobnym muzeum w Nowym Jorku i Tokio.
Rząd Francji pomaga?
- Niestety, ale też sprawy kultury we Francji nie są zbyt wysoko postawione. Chwilami opadają nam ręce, gdy kolejny raz ministerstwo kultury nie reaguje na nasze prośby o pomoc. Pozostaje wsparcie składkami członków naszego stowarzyszenia, które skupia ok. 6 tys. osób z całego świata. Organizujemy też rozmaite imprezy artystyczne związane z Edith Piaf, środki z nich także wspierają muzeum.
Otwarte w wybrane dni tygodnia dużo ma gości?
- Niewielka przestrzeń nie pozwala na tłumne odwiedzanie, trzeba się wcześniej telefonicznie umówić. To bardzo kameralne, intymne zwiedzanie, podczas którego rozmawiam z gośćmi.
Dominują wśród nich...
- Cudzoziemcy, głównie Amerykanie, Niemcy i Japończycy, naturalnie również Francuzi i osoby z krajów francuskojęzycznych. Od pewnego czasu przybywa wielu Rosjan.
Poszerza Pan cały czas swe zbiory; w 46 lat po śmierci Piaf można znaleźć nowe pamiątki?
- Rok temu ukazała się płyta z zupełnie nieznanymi piosenkami, odnalezionymi w pierwszej wytwórni, dla jakiej Piaf nagrywała. Nieopisana matryca przeleżała wszystkie te lata. Też staram się powiększać swe zbiory, ale jest problem z lokalem, obecny nie pozwala już eksponować większej ilości przedmiotów.
Pana miłość do Piaf wzięła się z młodzieńczej fascynacji...
- Miałem 16 lat, moja rodzina przyjaźniła się z żoną Marcela Cerdana, boksera, który zginął w katastrofie samolotowej, wielkiej miłości Piaf, ale ja oczywiście interesowałem się zupełnie inną muzyką. Któregoś dnia, rodzice nie mieli akurat czasu, rodzina Cerdana zaciągnęła mnie do Piaf. Kto to jest? - pytałem i dowiedziałem się, że to bardzo wielka pieśniarka. Znalazłem się w jej mieszkaniu, zobaczyłem drobną, mierząca 147 cm wzrostu kobietę i pomyślałem - to na pewno nie jest wielka piosenkarka. Chyba wyczuła tę moją niechęć i dystans, bo gdy zaprosiła zebranych do wielkiego salonu, w którym nie było mebli, tylko pianino, stanęła blisko mnie w tej swojej pozie z rękami na biodrach, popatrzyła mi prosto w oczy i zaśpiewała... To był "Milord".
I młody Bernard Marchois zrozumiał, że jest wielka?
- Całkowicie odebrało mi głos. Zatem, gdy potem Piaf zapraszając obecne w mieszkaniu grono na wieczorny recital w Olimpii, zapytała "Ty młody, też chcesz przyjść?", jedynie bezgłośnie dałem znać, że tak.
I z jakimi wrażeniami wychodził Pan z Olimpii?
- Świat wywrócił mi się do góry nogami. Już ta próba w domu mnie poraziła, a w Olimpii zostałem powalony. Po recitalu poszedłem do Piaf, by podziękować i powiedzieć o swych wrażeniach, i usłyszałem, że ilekroć będę chciał, będę mógł przyjść, wchodząc do Olimpii drzwiami dla artystów. I dała mi specjalny bilecik.
I Pan z niego korzystał.
- Każdorazowo, już nawet tej kartki od Piaf nie musiałem pokazywać, bo obsługa mnie znała.
To ile razy Pan był na recitalach Piaf?
- Jeśli śpiewała w Olimpii cztery miesiące, byłem co wieczór. To dlatego nie zdałem matury. Piaf była ponad wszystkim.
ROZMAWIAŁ: WACŁAW KRUPIŃSKI

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo