Wisła Kraków i europejskie puchary. Wielki sukces „Białej Gwiazdy”, który stał się traumą na lata

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
Fragment meczu Wisła - Malmoe Wacław Klag
2 maja 1978 roku Wisła Kraków pokonała Arkę Gdynia 3:1 i po 28 latach zdobyła tytuł mistrza Polski. Pod Wawelem rozpoczęło się prawdziwe święto, a sukces prowadzonej przez młodego wówczas trenera Oresta Lenczyka dał również przepustkę „Białej Gwieździe” do rozgrywek o Puchar Europy. Jak się miało okazać, Wisła doszła w nich najdalej w całej swojej historii, co z perspektywy czasu było niewątpliwie jej wielkim sukcesem. Problem w tym, że historia tego startu jest również największą traumą całego pokolenia wiślaków przełomu lat 70-tych i 80-tych XX wieku. Pytanie dlaczego ten zespół nie zrobił więcej i nie zaszedł dalej, pozostanie już na zawsze bez odpowiedzi.

WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"

W I rundzie Pucharu Europy Mistrzów Krajowych, jak wówczas nazywały się te rozgrywki, los przydzielił Wiśle Club Brugge KV. W Krakowie świetnie pamiętano jeszcze o rywalizacji z RDW Molenbeek, więc losowanie przyjęto z uzasadnionymi obawami. Tym bardziej, że Brugia miała wtedy naprawdę świetny zespół, który doskonale radził sobie również w Europie. Raptem sezon wcześniej Belgowie doszli aż do finału tych samych rozgrywek, w którym musieli uznać wyższość FC Liverpool. Ciekawostką jest, że jedynego gola w tamtym finale strzelił Kenny Dalglish. Ten sam, który niewiele wcześniej w barwach Celticu Glasgow miał okazję grać przeciwko Wiśle w Pucharze UEFA. Ale to tylko dygresja, bo latem 1978 roku przy ul. Reymonta zastanawiano się przede wszystkim, jak pokonać Belgów.
W rozpracowaniu rywala pomagali Wiśle Włodzimierz Lubański i Jan Tomaszewski, którzy występowali wtedy w klubach belgijskich. Brugge obserwował również Orest Lenczyk. Wnioski nasuwały się same. Prowadzona przez wielkiego Ernsta Happela ekipa była bardzo mocna. I była zdecydowanym faworytem tego dwumeczu.

Początek pierwszego spotkania, rozgrywanego w obecności blisko 30 tysięcy w Brugii, zdawał się potwierdzać te opinie. W 24 min na 1:0 trafił Jan Ceulemans
trzy minuty później podwyższył Julien Cools. Wszystko zdawało się układać według założonego przez ekspertów planu, w którym faworyt połknie debiutanta w rozgrywkach Pucharu Europy. Ale wiślacy pokazali pazur… Mimo niekorzystnej sytuacji krakowianie opanowali nerwy na tyle, żeby w końcówce strzelić za sprawą Zdzisława Kapki kontaktowego gola. Mecz zakończył się wygraną Brugge 2:1, ale właśnie ten jeden gol dla krakowian miał okazać się kluczowy w kontekście całej rywalizacji.

- Wiedzieliśmy, że Belgowie są cholernie mocni już przed meczem, a boisko tylko to potwierdziło - wspomina młodziutki w tamtych latach Andrzej Iwan. - Trzeba sobie powiedzieć wprost, oni byli od nas wyraźnie lepsi, ale strzelili dość szybko te dwie bramki i chyba uwierzyli, że łatwo się z nami uporają, a my jednak potrafiliśmy się na tyle pozbierać, żeby choć jedną bramkę zdobyć. To oznaczało, że przed rewanżem wciąż mamy szanse ich przejść.

Do rewanżu doszło 27 września 1978 roku. Zainteresowanie meczem było w Krakowie ogromne. Tym razem - w przeciwieństwie do pamiętnego meczu z Celtikiem Glasgow - ograniczono liczbę widzów na trybunach, żeby nie doszło do tragedii. I tak zasiadło jednak na nich - według różnych źródeł - od 35 do nawet 40 tysięcy widzów. Po końcowym gwizdku nikt nie żałował, bo Wisła rozegrała jeden z najbardziej pamiętnych meczów w całej jej historii. Ale po kolei…

W 26 min meczu do siatki trafił Kazimierz Kmiecik w i tym momencie Wisła była w następnej rundzie. Krakowanie zaczęli jednak przede wszystkim bronić wyniku, grać na czas. Nie był to łady mecz w ich wykonaniu. - Brugia była od nas piłkarsko lepsza również w rewanżu, trzeba to sobie szczerze powiedzieć - mówi Iwan. - Strzelili gola po przerwie i zaczęło się robić nerwowo. Wierzyliśmy jednak do końca, że jakimś cudem uda się choćby doprowadzić do dogrywki.

Okazało się jednak, że dodatkowy czas nie był potrzebny. Straty w dwumeczu odrobił najpierw Leszek Lipka, a w samej końcówce piłkę do siatki wepchnął Janusz Krupiński. Po tym drugim golu Belgowie mocno protestowali, domagali się odgwizdania spalonego, ale sędzia po konsultacji ze swoim asystentem ostatecznie wskazał na środek boiska. Awans stał się faktem.

Derby Krakowa 2020. Powitanie piłkarzy Wisły przez fanów prz...

Niecodzienny termin meczu, niecodzienna oprawa kibiców Wisły

W II rundzie na Wisłę czekał rywal może nie tak atrakcyjny, ale jednak bardzo mocny - Zbrojovka Brno. I znów na trenerskiej ławce rywala zasiadała prawdziwa legenda europejskiego futbolu. Tym razem Josef Masopust. Trener, który jako piłkarz w 1962 roku z reprezentacją Czechosłowacji zdobył tytuł wicemistrza świata! Za ten właśnie rok został zresztą nagrodzony „Złotą Piłką” przez tygodnik „France Football”. Masopust świetnie radził sobie również w roli trenera i nie przez przypadek poprowadził Zbrojovkę do sukcesów. Na to, żeby jego drużyna zaszła daleko w Pucharze Europy nie pozwoliła jednak Wisła.

Pierwszy mecz krakowianie znów grali na wyjeździe. Oddajmy głos ponownie „Ajwenowi”, który tak wspomina tamto spotkanie: - To był znakomity mecz dwóch świetnych zespołów. Akcja za akcję, cios za cios, bramka za bramkę, a wszystko na naprawdę wysokim, europejskim poziomie.

Rzeczywiście, bramki padły cztery, solidarnie po dwie dla każdej ze stron. Dla Wisły najpierw trafił Kazimierz Kmiecik w 37 min. Taki wynik utrzymywał się długo, choć Zbrojovka miała świetną okazję na wyrównanie już chwilę po golu Kmiecika. Rzutu karnego nie wykorzystał jednak Petr Janecka, bo jego strzał obronił Stanisław Gonet. W końcówce meczu wydawało się, że mistrzowie Czechosłowacji przechylą szalę zwycięstwa na swoją stronę, gdy w odstępie zaledwie pięciu minut do siatki Goneta trafili Josef Pesice z rzutu karnego, a następnie Karel Kroupa z gry. Ostatnie słowo należało jednak do Wisły, a konkretnie do Henryka Maculewicza, który popisał się świetnym uderzeniem z rzutu wolnego.

Rewanż zapowiadał się ekscytująco, ale jak się okazało nie stał już na tak wysokim poziomie, jak pierwszy mecz. Dominowały raczej szachy, a stawka paraliżowała obie strony. Liczył się wynik, awans. Walki jednak nie można było odmówić nikomu. - To był mecz jak Święto Zmarłych - puszcza oko Iwan. Nie bez przyczyny, bo spotkanie to rozegrano 1 listopada 1978. W obecności ok. 35 tysięcy widzów po pierwszej bezbramkowej połowie do siatki po zmianie stron trafił Zdzisław Kapka. Na 13 minut przed końcem wyrównał Libor Dosek, ale wiślacy obronili ten zwycięski remis i awansowali do ćwierćfinału Pucharu Europy. Z tego spotkania w pamięci kibiców pozostała spontaniczna oprawa zaprezentowana przez kibiców już po końcowym gwizdku. Zapalili oni zwinięte gazety, na których wcześniej siedzieli. Młodsi fani tego nie pamiętają, ale dawniej dobrze było wziąć na stadion gazetę, żeby położyć ją na ławce. W ten sposób można było uniknąć wybrudzenia spodni. Wtedy gazety posłużyły jako materiał do stworzenia - używając dzisiejszej terminologii - racowiska.

Wisła Kraków. Przecena w dobie koronawirusa. Sprawdź, którzy...

Dramat Stanisława Goneta

Po przejściu Zbrojovki w kolejnej rundzie Wisła trafiła na Malmoe FF. Szwedzi uchodzili za mocny zespół, ale absolutnie w zasięgu „Białej Gwiazdy”. Zresztą rywale Wisły nie cieszyli się, że trafili właśnie na nią. Krakowska ekipa swoimi występami w Europie wyrobiła sobie szybko niezłą markę. Na tyle dobrą, że jak pisze w swojej książce „Wisła w europejskich pucharach” Jarosław Tomczyk, podczas losowania par ćwierćfinałowych doszło do ciekawego spotkania. Wisłę reprezentował wtedy zastępca sekretarza generalnego klubu Leszek Snopkowski. Już po zakończeniu losowania miał on usłyszeć od przedstawicieli faworyta rozgrywek, Nottingham Forest znamienne zdanie: - Do zobaczenia w finale!

Najpierw jednak trzeba było pokonać Malmoe. Tym razem pierwszy mecz rozgrywany był w Krakowie. Znów na stadionie przy ul. Reymonta trybuny wypełniły się po brzegi. Boisko było bardzo trudne, bo w Polsce zima trzymała się mocno i gospodarze musieli włożyć wiele trudu, żeby warunki do rozegrania meczu były znośne. Grać nie mógł, zawieszony za aferę w restauracji „Stylowa” Andrzej Iwan. W dodatku mecz nie rozpoczął się dla Wisły dobrze, bo już w 13 minucie prowadzenie dla Szwedów uzyskał Tommy Hansson. Wiślacy nie poddawali się jednak i po kolejnych trzynastu minutach wyrównał Adam Nawałka, a duża w tym była zasługa Michała Wróbla.

Ten ostatni był też jednym z głównych bohaterów akcji, która w samej końcówce przyniosła Wiśle zwycięską bramkę. Wróbel podał wtedy spod końcowej linii do Kazimierza Kmiecika, który strzałem do siatki dał „Białej Gwieździe” prowadzenie 2:1. Szwedzi mocno protestowali, domagając się nieuznania gola, bo Wróbel miał według nich wyciągnąć piłkę już zza linii. Sędzia pozostał nieugięty i wskazał na środek boiska. Wisła wygrała ten mecz w pełni zasłużenie, długimi fragmentami wręcz zamykała Szwedów na ich przedpolu. Nikła wygrana dawała duże nadzieje, że w rewanżu ten wynik uda się obronić i zanotować historyczny awans do półfinału Pucharu Europy.

21 marca 1979 roku w Malmoe wszystko długo zdawało się układać po myśli krakowian. Do przerwy był bezbramkowy remis, a gdy w 58 min Kazimierz Kmiecik strzelił gola dla Wisły, awans był już na wyciągnięcie ręki. Rozpoczął się jednak dramat „Białej Gwiazdy” i jej bramkarza Stanisława Goneta. W 66 min golkiper Wisły zbyt mocno zaatakował rywala i sędzia podyktował rzut karny, którego na gola wkrótce zamienił Anders Ljungberg. Ten sam zawodnik sześć minut później strzelił drugiego gola dla Malmoe i wyrównał stan rywalizacji. Wiślacy grali już jednak bardzo nerwowo, przede wszystkim Gonet, który zawinił również przy trzecim straconym golu, którego strzelił Tore Cervin. Czwarta bramka, zdobyta ponownie z rzutu karnego przez Ljungberga dopełniła tylko czary goryczy. Wisła przegrała 1:4, a ogromna szansa na awans została wypuszczona z rąk.

Winą za tę porażkę obarczono wspomnianego Goneta, a przez lata narosło mnóstwo teorii na temat tego spotkania. Jedna z nich głosiła, że bramkarz Wisły miał sprzedać ten mecz Szwedom. Nie zgadzają się z nią byli koledzy Goneta z boiska. Iwan na ten temat mówi: - Słyszałem o tym, ale to totalna bzdura. Staszek nie sprzedał tego meczu! Na trybunach był menedżer z Niemiec. Oglądał właśnie Staszka w akcji i on o tym wiedział. Miałby specjalnie się podłożyć i zawalić sobie transfer do Niemiec? Jeszcze raz powtórzę, to kompletna bzdura!

W podobnym duchu na naszych łamach kilka lat temu wspominał tamte wydarzenia Marek Motyka, który w przeciwieństwie do Iwana zagrał w obu meczach z Malmoe. Był więc bardzo blisko tego, co się wydarzyło w rewanżu i nie kryje, że drużyna do Goneta miała pretensje, choć nie za sprzedanie meczu, a po prostu za błędy.
- Do końca życia nie zrozumiem, jak mogliśmy przegrać z Malmoe - wspominał Motyka. - Jechaliśmy tam z wynikiem 2:1. Do 66 minuty prowadziliśmy 1:0. Patrzyłem na tych Szwedów i pamiętam, że oni nie wierzyli, że są w stanie coś jeszcze zmienić. I nagle pada z karnego bramka na 1:1. Później błąd popełnia Staszek Gonet, Ljungberg dobija i jest 2:1. Po chwili z niczego robi się 3:1. Później padł jeszcze jeden gol z karnego. W szatni była cisza. Prezes Jabłoński wziął pół litra wódki, wypił prawie całą flaszkę i wyszedł na spacer. Na kolacji nikt się do nikogo nie odzywał, choć największy żal mieliśmy jednak do Staszka Goneta. On był naszą ostoją, a tym razem przytrafiły mu się tak kuriozalne błędy, że nie mogliśmy tego zrozumieć.

Być może z tego ostatniego wzięły się sugestie, że nie wszystko w postawie Goneta było czyste. Motyka jednak nie ma wątpliwości, co do postawy etycznej nieżyjącego już kolegi. Mówi na ten temat: - Dla mnie te sugestie są chore, nigdy w to nie uwierzę. I mam na to mocne argumenty. Na ten konkretny mecz Rysiek Sarnat przywiózł z Niemiec menedżera, żeby ten zobaczył w akcji Staszka. Po pierwszej połowie ten menedżer pokazywał wyciągnięty do góry kciuk. Czy człowiek, który miał wtedy 30 lat i miał szansę wyjechać do Niemiec zarobić tam na resztę życia, szedłby w coś takiego, jak sprzedaż meczu? Ja w to nie wierzę.

- Po ostatnim gwizdku ten niemiecki menedżer wsiadł w samochód i odjechał - kontynuuje „Marcyś”. - I tyle było z tego transferu Staszka. W hotelu na kolacji czekaliśmy na niego. Nie zszedł jednak. To nie był koniec jego nieszczęść, bo później był jeszcze finał Pucharu Polski z Arką Gdynia, w którym Staszek bardzo chciał pokazać się z dobrej strony, ale popełnił błąd przy pierwszej bramce. Po tych dwóch meczach była taka nagonka na Staszka, że już wtedy nosił się z zamiarem zakończenia gry w Wiśle. Ostatecznie nie pograł już w niej zbyt długo. Dwa lata później już w Pucharze UEFA znów trafiliśmy na Malmoe. Przegraliśmy tam 0:2 i po meczu jakiś facet, miejscowy Polak, podszedł do naszego autokaru i zapytał się, jak się żyje Staszkowi Gonetowi? Nie wiem do dzisiaj jak to traktować. Mimo tego kładę głowę za Staszka, że nie sprzedał tego meczu! Wiem jednak, że są koledzy, którzy nie położyliby palca...

Porażka z Malmoe mocno utkwiła w pamięci wiślaków. Do dzisiaj uchodzi za jedną z największych niewykorzystanych szans, jaka stała przed „Białą Gwiazdą” w całej jej historii. Szansą tak ogromną, że trudno się dziwić ogromnemu żalowi krakowskich piłkarzy, który mają w sobie do dzisiaj.
- Nie do końca zdawaliśmy sobie jeszcze sprawę, co mogliśmy osiągnąć. A ja uważam, że mogliśmy dojść do finału - mówi Motyka. Wtóruje mu Iwan, który mówi: - W półfinale zagralibyśmy z Austrią Wiedeń. Uważam, że rozjechalibyśmy ich i pewnie awansowali do finału, bo oni byli wtedy słabsi od Malmoe. A tam czekałby na nas Notthingham Forest i też nie bylibyśmy bez szans. Niecałe trzy lata wcześniej Wisła pokazała przecież w konfrontacji z bardzo silną brytyjską drużyną, jaką był Celtic Glasgow, że potrafi grać z Wyspiarzami.

Pokolenie, które przegrało swoją szansę

Wiślacy nie mają też wątpliwości, że Malmoe jest pewnego rodzaju symbolem niewykorzystanej szansy tego pokolenia wiślaków również w szerszym wymiarze. - Zgadzam się tym w pełni - podkreśla Iwan. - Mieliśmy taką „pakę”, że nie tyle powinniśmy, co naszym obowiązkiem było zdobyć kilka, a nie zaledwie jeden tytuł mistrza Polski. Dlaczego tak się nie stało? Przede wszystkim przez nas samych. Czuliśmy się panami życia i co tu dużo mówić, nie prowadziliśmy się tak, jak należy. To później przekładało się na boisko. Przegrało się jeden, drugi mecz i kolejne szanse uciekały. Gubiło nas też to, że w klubie nikt nie myślał o tym, żeby dołożyć nam kogoś z zewnątrz, a chcieli do Wisły przyjść naprawdę dobrzy piłkarze. Jak to jednak wyglądało widać na przykładzie Andrzeja Zgutczyńskiego, który chciał trafić do nas, przyjechał nawet do Krakowa, ale został całkowicie zlekceważony przez działaczy.

Motyka też uważa, że choć tamta drużyna rozegrała wiele wspaniałych meczów, w ostatecznym rozrachunku można mówić i straconym pokoleniu.
- Za tamte lata mam żal nawet nie o ten mecz z Malmoe, ale o to, że zdobyliśmy tylko jedno mistrzostwo Polski - mówi, a po chwili dodaje: - Nie wszystkim w drużynie było po drodze. Nie wszyscy podchodzili do swoich obowiązków tak jak np. ja. O to mam żal do swoich kolegów. O wielu rzeczach dowiedziałem się po latach. Były hulanki, swawole, wódka, panienki, zabawa. Nie podejrzewam natomiast, że był handel punktami, bo nie mam na to dowodów.

Tamta Wisła swój los ostatecznie zakończyła w 1985 roku. Po sześciu latach od meczów w Pucharze Europy z Malmoe, gdy o „Białej Gwieździe” mówiła cała piłkarska Europa, drużyna, w której wciąż pełno było mistrzów Polski z 1978 roku spadła drugi raz w swojej historii z ekstraklasy.

Przeczytaj także 1. i 2. część naszego cyklu o występach Wisły Kraków w europejskich pucharach:

PIERWSZA CZĘŚĆ CYKLU O WIŚLE KRAKÓW W EUROPEJSKICH PUCHARACH

DRUGA CZĘŚĆ CYKLU O WIŚLE W EUROPEJSKICH PUCHARACH

Wisła Kraków. Transparenty mówią, skąd są kibice "Białej Gwi...

Wideo

Materiał oryginalny: Wisła Kraków i europejskie puchary. Wielki sukces „Białej Gwiazdy”, który stał się traumą na lata - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3