18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Wreszcie nie trzeba się kłaniać obrazom

ŁUKASZ GAZUR
Malwina Antoniszczak i Monika Bielak FOT. ANDRZEJ BANAŚ
Malwina Antoniszczak i Monika Bielak FOT. ANDRZEJ BANAŚ
SZTUKA. Wchodzimy na wystawę i widzimy nie tylko kilka obrazów porozwieszanych na ścianach. Oddziałują na nas nie tylko pokazywane przedmioty i dzieła sztuki, ale także kolor ścian, ich faktury, światło, napisy.

Malwina Antoniszczak i Monika Bielak FOT. ANDRZEJ BANAŚ

Scenografowie wystaw potrafią stworzyć ramy dla scenariusza wystawy. Często na dzieła artystów patrzymy właśnie ich oczami. Kraków jest dziś prawdziwym zagłębiem ludzi, którzy tym właśnie się zajmują. Dzięki nim czasem prace dobrze znanych publiczności artystów wciąż nas zaskakują. A nam w trzech odsłonach opowiadają o swojej pracy.

- Na pozór banalny pokaz. Po prostu malarstwo. Tu wystarczą ściany. Podpisy. Obrazy są duże i kolorowe, więc nie musisz się zastanawiać, czy to będzie widać, czy nie będzie - opowiada Monika Bielak, która wspólnie z Malwiną Antoniszczak aranżowała wystawę prac Edwarda Dwurnika w Muzeum Narodowym w Krakowie.

Kluczowe słowo: "pozornie". Sam Dwurnik chciał pokazać kilka tysięcy obrazów, zaaranżowanych w rodzaj pracowni artysty. Na to nie mogło zgodzić się muzeum ze względów konserwatorskich. Trzeba więc było odnaleźć w pracach coś, co podpowie, jak je pokazać. Monika i Malwina znalazły temat wiodący: Polska B. - Nic się nie zmieniło. Jak siedzisz sobie w knajpie Bomba czy w Charlotte na pl. Szczepańskim w Krakowie, to nie masz pojęcia nawet, że ta druga Polska istnieje. Obrazy Dwurnika są strasznie agresywne. Wcześniej malował napięcie na linii władza - społeczeństwo, dziś to już każdy z każdym walczy. Takie polskie scenki rodzajowe - opowiada Monika Bielak.

Przyglądając się pracom, pomyślały, że chcą uzyskać aranżację przypominającą niedokończony remont, taka "Polska w budowie". Stąd ścianki działowe, które wprowadziły. To był niepomalowany regips.

Linią, według której układały prace, była chronologia. Obok siebie pojawiły się prace malowane trzy, cztery dni pod rząd. - To nasunęło się samo. Nie było sensu burzyć tych oczywistych zestawień. Do tego prace Dwurnika są komiksowe, mają adekwatne tytuły, konkretne daty. Wyeksponowałyśmy więc to. Bo czasem tekst potrafi zrobić wystawę - dodaje Monika.

Wszystko było wyraźne i widoczne, nie trzeba było przyglądać się malutkim napisom. Ogromne tytuły się spodobały. - Wreszcie nie trzeba się kłaniać obrazom - powiedział Edward Dwurnik, gdy zobaczył efekt.

Odsłona I

Praca zaczyna się od tematu. Dostają podglądy wszystkich obrazów, wymiary, teksty. Ale to dopiero początek. - Siadamy sobie z Malwiną i szukamy informacji. Czytamy teksty i wypowiedzi artysty, oglądamy filmy o nim, szukamy kontekstu dla jego prac - mówi Monika Bielak.

Tak było przy pokazie Andy Warhol. Konteksty" w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie.

- Obejrzałyśmy chyba z 10 godzin filmów dokumentalnych o Warholu i jego pracowni - Factory. Właśnie w jednym z filmów padły słowa o srebrze, kolorze folii, którą wyłożono ściany nowojorskiego studia artysty. Zatrzymałyśmy film, zaczęłyśmy o tym gadać, obudowywać pomysł kolejnymi wątkami - mówi Malwina Antoniszczak.

Czasem w poszukiwaniach dochodzą do materiałów, z których istnienia nie zdawał sobie sprawy nawet kurator wystawy. Zdarza się, że to, co znajdą, wykorzystywane jest na samej wystawie. Tak było choćby z filmami ze słynnego pokazu sztuki "zdegenerowanej", zorganizowanego przez nazistów w Monachium - dzięki Monice i Malwinie trafiły na wystawę "Polowanie na awangardę. Zakazana sztuka III Rzeszy" w krakowskim MCK.
Rafał Bartkowicz to znany krakowski artysta-grafik, mający na swoim koncie kilka aranżacji wystaw, m.in. "Roberto Matta. Człowiek i wszechświat" w Muzeum Narodowym w Krakowie czy "NRD. Opowieści z kraju, którego już nie ma" w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie. On także przyznaje, że solidny przegląd materiałów to wspólny punkt dla wszystkich aranżerów wystaw. Ale poza tym każdy ma też swoje zwyczaje. Jak wyłączenie się na dwa czy trzy dni z obiegu. - Oczyszczam myśli. Ciekawy jest proces przychodzenia pomysłów. Pozwalam, by obrazy zamieszkały we mnie, niczego od nich nie oczekuję, po prostu z nimi jestem. I one w którymś momencie to "coś" wyszeptują - tłumaczy Bartkowicz.

Dodaje, że czasem lubi też po prostu pobazgrać na kartce papieru. To zupełnie niezwiązane z tematem rysunki, które służyć mają tylko rozluźnieniu. A jeśli o bazgraniu mowa, Malwina Antoniszczak dodaje, że lubi, gdy do każdego projektu ma nowy zeszyt. Taki, w którym notatki mieszają się z rysunkami, gdzie zapisuje pojedyncze myśli, spostrzeżenia. Na pozór wszystko jest tu chaotyczne, ale z tego nieładu właśnie później wyłuskuje sceny, by złożyć je w całość. - To musi być notatnik w miękkiej oprawie, i z dobrym papierem, cienkim. Nie może być też za modny. I gdy taki mam, to czuję, że zaczynamy pracę nad nową wystawą - dodaje.

Rafał Bartkowicz przy biurku pracuje najmniej chętnie - jeśli już, to najczęściej i tak siedzi na dużej piłce do ćwiczeń. Ale mówi, że dobrym miejscem do pracy jest... podłoga. Oczywiście, na siedząco. - Na leżąco się śpi, a nie wystawy projektuje - żartuje.

Odsłona II

Malwina Antoniszczak mówi, że robienie wystawy jest dla niej jak kręcenie filmu. Też jest ekipa, scenariusz. I za każdym razem jest inny temat. - To, co najbardziej lubię w wystawach i dlaczego się tym zajmuję, to fakt, że każda z nich jest inna. Obok Dwurnika są figurki żydowskie, same w sobie kontrowersyjne. Za każdym razem poznajesz coś nowego - mówi z kolei Monika Bielak.

Pod tymi słowami podpisuje się Rafał Bartkowicz. I przypomina wystawę Bloomsbury Group, którą pokazywano w MCK w Krakowie. - To nie tylko pojedyncze obrazy. Trzeba było sporo popracować, by wydobyć otoczkę, styl życia artystów, czyli to wszystko, co tworzyło klimat tamtych czasów, co było ich kwintesencją. Nie chodziło o to, by po prostu porozwieszać obrazy. Trzeba było przenieść dom z dalekich przedmieść do Krakowa - tłumaczy Bartkowicz.

Podobnie było z wystawą "Roberto Matta. Człowiek i wszechświat", która obecnie prezentowana jest w Muzeum Narodowym w Krakowie. Długo przyglądał się pracom. Tak długo, aż dojrzał w nich wszechświat. Ten daleki, z planetami i gwiazdami, i ten bliższy - kosmos pojedynczego człowieka. Konstelacje spraw, w których znajduje się każdy z nas. Dlatego właśnie wchodząc do sali, w której pokazywana jest ta wystawa, wpadamy od razu w czerń, rozświetloną tylko pojedynczymi "gwiazdami", obrazami, które czasem migają. Pojawiają się, by po chwili zgasnąć. Bo takie są surrealizujące obrazy Matty - wydaje się, że widać konkretne kształty, lecz po chwili skojarzenie się zmienia, widz dostrzega zupełnie co innego.
- Chciałem wywołać w widzu lekkie uczucie dyskomfortu, by wybić go z oczywistej sytuacji na wystawie. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że na takich pokazach czujemy się pewnie. Wchodzimy i wiemy - dodaje Bartkowicz.

Ale jak podkreśla Monika Bielak, czasem to, że forma jest atrakcyjna, nie znaczy, że temat wystawy jest dobrze opowiedziany. - Wiele muzeów obecnie garściami czerpie z nowych technologii, głównie w postaci interaktywnych ekranów, gdzie informacja jest rozwleczona na kilku wirtualnych stronach, a interakcja ogranicza się do doświadczenia korzystania z portalu internetowego. To mogę zrobić w domu, ekspozycja nie jest od tego - mówi Monika Bielak. Wychodzi z takich wystaw niedoinformowana, "zmęczona i bez przeżycia". - Ekspozycja nie spełnia podstawowej funkcji - nie opowiada ciekawie o temacie. Wystawa powinna mieć różne warstwy informacji. Od tych podstawowych po te bardziej zaawansowane - tak, by każdy mógł się w nich odnaleźć - mówi Monika Bielak. - Problem często tkwi w braku stopniowania informacji i dysproporcji pomiędzy ładnymi efektami wizualnymi a właściwą treścią wystawy do przeczytania z ekranów - dodaje.

Malwina Antoniszczak idzie dalej - swoje podejście do chodzenia na wystawy określa mianem "znieczulicy zawodowej". Dziś już patrzy wyłącznie na sposób ekspozycji, kolory ścian, sposób podpisywania prac. Nie przeżywa sztuki. - Wiem, jak smutno to brzmi. Ale na pewnym etapie to naprawdę staje się istotniejsze - dodaje.

Monika Bielak przypomina sobie, że to, czemu przyglądała się z największą uwagą dwa lata temu na Biennale w Wenecji, jednej z najsłynniejszych imprez w świecie sztuki współczesnej, to nie dzieła artystów, ale... podpisy. - Wyglądały, jakby były nadrukowane bezpośrednio na ścianę. Do dziś nie wiem, jak one były zrobione - twierdzi.

Rafał Bartkowicz też zwraca uwagę na to, jak skonstruowane są wystawy, obserwuje, jak aranżacje podążają za tematem. - Do dziś tkwi mi w pamięci wystawa Picassa w Paryżu. Cała przestrzeń była jak jego obrazy z pokubistycznego okresu: dziwne przejścia, poza-krzywiane linie i ściany. Wchodziło się w labirynt jego sztuki - tłumaczy Bartkowicz.

Odsłona III

Gdyby Karol Szymanowski wszedł dziś do Willi Atma, poczułby się jak u siebie. Bo wystawę zaaranżowano tak, jakby słynny kompozytor wciąż tu mieszkał. W gabinecie na biurku stoją zdjęcia, otwarta klawiatura fortepianu zachęca, by coś zagrać. Pozostały gabloty przerobione z szaf, w których zobaczyć można pamiątki po kompozytorze. Niemal nie zmienił się gabinet, odtworzony dzięki zdjęciom. A w gablotach: pudełko Guerlain czy karty do gry.

Jak podkreśla Jacek Paździor z LATALAdesign, które odpowiada za projekt odnowy "Atmy", nowe wnętrza to próba pogodzenia tradycji z nowoczesnością i multimediami. Jak na muzeum XXI wieku przystało. - Nasz projekt "wystawy" to w zasadzie projekt unikatowej kolekcji mebli zaprojektowanej specjalnie do wnętrza tej XIX-wiecznej chałupy. Nad ostatecznym kształtem projektu pracowaliśmy wraz z zespołem MNK przez 3 lata. To odważne, że muzeum postawiło na współczesny design w miejscu tak nasączonym historią - dodaje Dagmara Latała. Kolekcja jest prosta, nawet surowa, wykonana ręcznie z jesionu, drewna popularnego w czasach art deco.
Pojawiają się elementy współczesne, jak stolik multimedialny, przy którym można posłuchać muzyki Szymanowskiego. Kształtem nawiązuje do projektów mebli w stylu art deco, czyli wystroju wnętrz z czasów dwudziestolecia międzywojennego.

- Myślę, że proporcje zostały zachowane i to, co nowe, nie zdominowało Atmy. Zależało nam, by poprzez meble podkreślić atmosferę domową, a nie muzealną. Projekt powstawał z myślą o Szymanowskim - człowieku, który traktował Atmę jak dom. Choć artysta w tworzeniu muzyki inspirował się góralszczyzną, nie lubił "cepeliady" i otaczał się współczesnymi, stylowymi przedmiotami. Mam nadzieję, że nowe meble też by mu się spodobały - mówi Dagmara Latała.

[email protected]

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski