Cień Afganu

Redakcja
Wojna nie zna ideologii, a prosty rachunek: albo ty zabijesz, albo ciebie zabiją. Więc śmierć za śmierć, okrucieństwo za okrucieństwo Pierwszy przyszedł Nikołaj. Przyprowadził go ze sobą znajomy dziennikarz, latem 1989 roku. Obaj byliśmy dla siebie postaciami egzotycznymi. Nikołaj, parień iz Afgana, chłopak z Afganistanu - jak przedstawił go mój kolega - i ja, Polak, dziennikarz, zrządzeniem losu rzucony na Ural. Wyjąłem z lodówki butelkę, kiełbasę i ogórki: "Za znakomstwo!". Wypiliśmy raz i drugi, ale rozmowa się nie kleiła. Przyglądałem mu się dyskretnie: lat niewiele ponad dwadzieścia, wysportowany. Małomówny. I oczy przygaszone, bez wyrazu.

Krzysztof Dobosz

Krzysztof Dobosz

Wojna nie zna ideologii, a prosty rachunek: albo ty zabijesz, albo ciebie zabiją. Więc śmierć za śmierć, okrucieństwo za okrucieństwo

Pierwszy przyszedł Nikołaj. Przyprowadził go ze sobą znajomy dziennikarz, latem 1989 roku. Obaj byliśmy dla siebie postaciami egzotycznymi. Nikołaj, parień iz Afgana, chłopak z Afganistanu - jak przedstawił go mój kolega - i ja, Polak, dziennikarz, zrządzeniem losu rzucony na Ural. Wyjąłem z lodówki butelkę, kiełbasę i ogórki: "Za znakomstwo!". Wypiliśmy raz i drugi, ale rozmowa się nie kleiła. Przyglądałem mu się dyskretnie: lat niewiele ponad dwadzieścia, wysportowany. Małomówny. I oczy przygaszone, bez wyrazu.
 - Dawno stamtąd wróciłeś? - pytam na koniec.
 - Tuż przed gławnokomandujuszczim - _ożywia się. W spojrzeniu przez moment jakby błysk dumy.
 Pamiętam te kadry z telewizji. Luty 1989 roku, most na granicznej rzece Piandż. Generał Borys Gromow, dowódca "ograniczonego kontyngentu wojsk radzieckich" przyjeżdża BTR-em1) od strony afgańskiej, wysiada i w asyście kilku oficerów przechodzi na drugi brzeg. Od tej chwili wojsk radzieckich w Afganistanie już nie ma.
 
- Będzie pewnie o czym opowiadać przez całe życie... - wysilam się na półżartobliwy ton, jakby jego Afganistan był po prostu wielką przygodą. Ale on nie daje się sprowokować, macha ręką:
 - _Ech, opowiadać. Byłeś na cmentarzu? Widziałeś kwaterę afgańską?

 Widziałem. Kilkadziesiąt obelisków z czerwonymi gwiazdami, porcelanowymi fotografiami młodych chłopców. Najmłodsi mieli po dziewiętnaście, najstarsi po dwadzieścia cztery lata. I wszędzie jednakowy napis: "Poległ podczas wypełniania internacjonalistycznego obowiązku".
 A jemu się udało. Przeżył. Wrócił do swojej jednostki w kraju, wkrótce został zdemobilizowany. Pojechał do domu, znalazł pracę konserwatora sygnalizacji ulicznej. Zarobki marne, za to pracuje sam, bez wścibskich kolegów, nikt nie patrzy mu na ręce, nie zadaje niepotrzebnych pytań, nie naciąga na wspomnienia. A poza tym leży mu ta robota: skończył PTU 2), w Afganie był łącznościowcem. Kiedyś chciał studiować elektronikę, teraz mu się nie chce niczego.
 Wyciąga z kieszeni przetłuszczoną kopertę, z niej plik fotografii. Amatorskie, pozowane ujęcia. Na wszystkich on: sam albo w grupie, to z erkaemem przewieszonym przez ramię, to z kałasznikowem w rękach, z wiszącym u pasa granatem. I w kapeluszu z rzemykiem, zapinanym pod brodą, który tutaj zastępował tradycyjną wojskową czapkę. To wszystko nielegalne, bo fotografować się w Afganistanie nie było wolno, ani nawet posiadać aparatów. Ale wielu je miało.
 Wstaje, wyciąga rękę:
 - Na mnie czas. Prijatno było poznakomit’sja.
 - Zajrzyj kiedyś - mówię.
 - Objazatielno!
 Nie wierzyłem, że jeszcze przyjdzie.

\ \ \*

 A on przyszedł, po trzech miesiącach, z Artiomem. Też "afganiec", choć nie służyli razem. Znów tradycyjny rytuał: butyłoczka, zakuska, czaj. I nijaka rozmowa. Prawda, trochę o Afganistanie. Tylko trochę.
 W kilka dni później wyjechałem na długo do Polski, kontakt z Nikołajem się zerwał. Spotkaliśmy się dopiero po dwóch latach, przypadkiem, na ulicy. Znajomość odżyła; któregoś dnia zaprosił mnie do siebie. Poznałem jego rodziców, dziewczynę, jeszcze kogoś.
 Uroczysty wieczór w ciepłej atmosferze rosyjskiego, gościnnego domu, niekończące się toasty, żarty i opowieści. I ani słowa o Afganistanie, chociaż na etażerce stoi duże zdjęcie Nikołaja w mundurze, z dwoma medalami na piersi... Pytam o Artioma.
 - Nie żyje - mówi krótko Nikołaj. I ani słowa więcej, mogę co najwyżej się domyślać. Bo czas jest niespokojny, "w goriaczich toczkach", "zapalnych punktach" na terytorium byłego Sojuza leje się krew, płoną Bałkany, ochotnicy z afganistańską przeszłością są przyjmowani z otwartymi ramionami. Bywa, że teraz strzelają do siebie, z dwóch różnych stron.

\ \ \*

 Nikołaj, Rinat, Aleksiej, a później także Paweł i Stiepan3)... Pięciu ludzi z kręgu moich znajomych, którzy byli TAM. Nie wydzierałem z nich wspomnień, nie czyhałem z notesem ani dyktafonem. Nie zadawałem pytań. Wszystkie historie, które od nich usłyszałem, usłyszałem przypadkowo. Nie wiem, czy byli uczestnikami tych wydarzeń, ich obserwatorami, czy tylko znają je z opowieści kolegów. I chociaż nie zapisywałem ich na gorąco, zapamiętałem na zawsze.

\ \ \*

 - Nikt z nas nie prosił się na tę wojnę. Któregoś dnia zabrano nas, pięćdziesięciu żołnierzy z jednostki, wsadzono do samolotu. Dokąd lecimy? - takich pytań w wojsku się nie zadaje. Wylądowaliśmy na betonowym pasie, pośrodku pustyni, wysiadamy, wściekły upał, od razu widać, że to środkowa Azja. Tadżykistan? Turkmenia? Idzie jakiś żołnierz, pytamy go, gdzie jesteśmy. Patrzy na nas jak na głupków: - Nie walajtie duraka, riebiata! My mu na to, że naprawdę nie wiemy, a on w śmiech: - Dobro pożałowat’ w Afganistan, witajcie w Afganistanie!

\ \ \*

 Zampolit próbował nas ustawiać, ględził o internacjonalizmie, o walce narodu afgańskiego przeciw imperialistom i tak dalej. A my wiedzieliśmy swoje: to wojna i wszystko jest bardzo proste - albo ty zabijesz, albo ciebie zabiją. Nie dzieliliśmy tamtych na "dobrych" i "złych", zresztą nawet ten "dobry" mógł ci znienacka wsadzić nóż w plecy. Zamiast ideologii mieliśmy narkotyki. Na kajfie się łatwiej zabija i łatwiej umiera...
 Gad o tym wiedział, pisał na nas raporty. No to go dostali po ciemku, koło latryny. Kiedy wydobrzał, przeszła mu ideologia.

\ \ \*

 Wchodziliśmy do wsi, zgarnialiśmy wszystkich mężczyzn, kazaliśmy się rozbierać do pasa. Jeśli miał na ramieniu odciski od rzemienia, siniaki od odrzutu kolby, znaczyło, że nosił broń, strzelał. Takich od razu się rozwalało, innych puszczaliśmy, czasem po urządzeniu pokazowego mordobicia. Na postrach.
 Śmierć od kuli przyjmowali z jakimś fantastycznym, filozoficznym spokojem, ale na widok sznura szaleli ze strachu. Oni wierzą, że dusza wychodzi z ciała z ostatnim tchnieniem. Więc wieszano ich, albo duszono. A z ich kobietami... wiadomo co. Potem biegały za nami, wyły, żeby je zastrzelić, bo jak odejdziemy, to mężczyźni i tak im poderżną gardła.
 Pytasz, jak można z babą pod kulami? Gdybyś tam był, to byś zrozumiał, że jak człowiek czuje bliski koniec, to właśnie mu się chce baby. To taki instynkt. A przy tym tamten klimat... Wszyscyśmy dostawali bzika.

\ \ \*

 Liejtinantowi najpierw wywiercili dziurę w głowie, potem wlali prosto w mózg garnek roztopionego ołowiu. Później rozklepali młotem ołów wraz z głową. Trupa przywiązali do osła, pognali po drodze. Osioł szedł, aż zatrzymał się dopiero u bramy koszar...
 Mieliśmy u siebie czterech podejrzanych o pomaganie "duchom", duszmenom. Dowódca kazał ich powiązać za ręce, uwiesić na linie pod śmigłowcem. Pilot podniósł maszynę na sto metrów w górę, sznur przecięto...

\ \ \*

 Nasi uganiali się za jednym Afgańcem po górach miesiącami, w końcu dopadli go we wsi, we własnym domu. Przywiązali do drzewa i kłócili się, jak go wykończyć. Jego baba wrzeszczała, dzieciaki, a było ich chyba dziesięcioro - czepiały się nóg żołnierzy. Wtedy kierowca naszej BMP 4) dostał amoku. Chłop był przedtem kilka razy ranny, również w głowę i mu krysza pajechała, odbiła szajba. Kopniakami zagnał całą rodzinę do chałupy i ruszył maszyną. Jeździł tak długo, kręcił, zawracał, póki gąsienicami nie zmiażdżył wszystkiego w jedną bryłę: deski, glina, bebechy ludzkie. A tamten pod drzewem umarł na atak serca.

\ \ \*

 Wiesz, co to jest "czerwony tulipan"? Oni robili z naszymi chłopakami tak: faszerowali ich narkotykami, rozbierali, nacinali skórę i odrywali płatami. Nie całkiem, tylko tak, aby te płaty były rozchylone, jak płatki tulipanu. Potem związanego człowieka zostawiali w słońcu. Narkotyki przestawały działać i...

\ \ \*

 "Kiełbaskami" nazywaliśmy plastyczny materiał wybuchowy, uformowany w takie kiszkowate ładunki. Byli u nas tacy, co lubili się tym zabawić. Złapanemu duszmenowi wiązano ręce z tyłu, okręcano "kiełbaskę" wokół szyi i podpalano lont. Seria z automatu pod nogi... Tamten zrywał się do ucieczki, przebiegał kilkadziesiąt kroków. Następował wybuch, głowa leciała wysoko do góry. Świetny cel: "Nu, riebiata, pokażcie jak strzelacie!".

\ \ \*

 A oni czasem bawili się z naszymi w taki sposób: rozbierali jeńca, sadzali na dzbanie z wąskim gardłem i w tej pozycji przywiązywali do drzewa. W dzbanie był wąż, którego jad zabija powoli. Wąż miotał się w środku, kąsał, szukał ucieczki, na koniec trafiał w ten jedyny otwór, gdzie mógł się wślizgnąć... Znajdowaliśmy potem trupy ze zdechłym gadem w kiszkach.

\ \ \*

 Śmierć za śmierć, okrucieństwo za okrucieństwo. Często przychodziło pragnienie - wyrwać się stąd jak najprędzej do kraju. Nieważne, czy jako zwycięzcy czy zwyciężeni, byle dalej od tego piekła, żaru, pustyni, cuchnących trupów, strzałów z przodu i strzałów w plecy.

\ \ \*

 Niektórzy tam zostali. Wzięto ich do niewoli, ale darowano życie. Przyjęli islam, wrośli w miejscową społeczność. Czasem wracają, próbują na nowo znaleźć się w Rosji, żyć według swojej wiary. Szybko popadają w konflikt z rodziną, przyjaciółmi, a dawni towarzysze broni mają ich za zdrajców.

\ \ \*

 Tamta wojna jeszcze się nie skończyła, wielu nigdy nie złożyło broni. Przenieśli się do "zapalnych punktów" - na Kaukaz i do Nadniestrza, albo po prostu na ulice miast, gdzie wykonują krwawe rozkazy mafijnych bossów.
 Tamta wojna wciąż jeszcze trwa w świadomości społeczeństwa. Jedenaście lat temu przyjęto z ulgą wycofanie wojsk z Afganistanu. Dzisiaj, kiedy obeschły już łzy po piętnastu tysiącach zabitych i zaginionych bez wieści, pozostała żywa jedynie gorycz porażki.
 Poprawie narodowego samopoczucia ma służyć kult żołnierza
- "afgańca", heroicznie wypełniającego swój obowiązek. O nim śpiewa się pieśni, pisze powieści, kręci filmy. Dwudziestu trzech byłych "specznazowców", którzy niegdyś
- przebrani za żołnierzy afgańskich - wzięli szturmem rezydencję Hafizullaha Amina w Kabulu i zabili go, dając pretekst do sowieckiej inwazji, teraz uroczyście obchodzi każdą rocznicę tamtej akcji. A bolszewicy po raz kolejny oskarżają Michaiła Gorbaczowa o zdradę: wojna, choć krwawa i nie do wygrania, integrowała społeczeństwo; jej zakończenie przyspieszyło rozpad Związku Radzieckiego.
 Jedenaście lat po wyprowadzeniu wojsk z Afganistanu, rosyjscy pogranicznicy, strzegący - na mocy porozumień WNP - tadżykistańsko-
afgańskiej granicy, z niepokojem patrzą na oddziały talibów - islamskich fundamentalistów, którzy zawojowawszy dziewięćdziesiąt procent terytorium Afganistanu, teraz grupują się na brzegach Piandżu i Amu-darii. - Jeśli opuścimy Tadżykistan - _mówią w Moskwie - to kraj ten natychmiast stanie w ogniu wojny domowej, a nam samym przyjdzie budować kolejną linię obrony już nad Wołgą..._
 A więc - wszystko jeszcze przed nami?

Krzysztof Dobosz

 1) BTR- transporter opancerzony
 2) PTU - professionalno-tiechniczieskoje ucziliszczie, odpowiednik technikum
 3) Imiona zmienione.
 4) BMP - bojewaja maszina piechoty, bojowy wóz piechoty.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie