Ucieczka albo śmierć

Redakcja
Gdyby jakimś cudem zamknięto Ryszarda Niemczyka ponownie w wadowickim więzieniu, trafiłby z pewnością do celi dla szczególnie niebezpiecznych. - Ale krzywda żadna by go nie spotkała - śmieje się dyrektor placówki, Bogdan Koźbiał. Choć po słynnej ucieczce gangstera kontrola goniła tu kontrolę, a na więziennej służbie wieszano psy, Niemczyk traktowany byłby dziś jak jajko.

   Nawet klawisze woleliby zagryźć język i powstrzymać się od złośliwych komentarzy. - Ale tak naprawdę wolelibyśmy nie mieć tu tego pana - dodaje dyrektor.
Nie talibowie
   Po niedawnym głośnym zdarzeniu na Mokotowie, gdzie samobójstwo w areszcie popełnił podejrzany o zabicie ministra Marka Dębskiego, służba więzienna czuje się wręcz zaszczuta przez media. Dyrektor Koźbiał nie chce się wypowiadać w tej sprawie, bo - jak podkreśla - to nie jego podwórko. Mówi tylko: - Jeśli ktoś jest bardzo zdesperowany, to nie pomogą żadne środki zaradcze. I tak odbierze sobie życie.
   W mokotowskiej aferze prokuratura wytknęła więziennym służbom wiele niedociągnięć i zaniedbań. Nie udało się jednak udowodnić, iż w samobójstwie ktoś "pomógł". - Dlaczego miał on w celi komplet igieł, nożyk do golenia i dodatkową pętlę zrobioną ze skarpetek? To powinno rzucić się w oczy podczas przeprowadzanej wielokrotnie w ciągu dnia rewizji? Chyba, że zlekceważono przepisy, dotyczące więźniów, zakwalifikowanych jako szczególnie niebezpieczni? Jak to się stało, że powiesił się na prześcieradle, a nikt nie zauważył, jak przygotowuje się do tego desperackiego kroku? - w ciągu ostatnich dni wciąż padało wiele pytań w tej sprawie.
   Wadowiccy funkcjonariusze próbują tłumaczyć kolegów. Solidarność zawodowa? - Nie, zdrowy rozsądek - oponują. - Każdy osadzony ma w celi jednorazową maszynkę do golenia, bo inaczej wszyscy wyglądaliby jak talibowie. Jeśli chce sobie przyszyć guzik, dostanie też igłę. Gdybyśmy zabrali więźniom przedmioty, którymi można sobie zrobić krzywdę, to zawsze zostaje szyba w oknie. Wystarczy ją zbić i pociąć sobie żyły.
   Dyrektor potwierdza: - Na szyby pancerne nas nie stać...
Papierowe prześcieradło
   A i powiesić się w celi, to nie problem. Kilka lat temu w Wadowicach jeden z więźniów wykorzystał w tym celu skutecznie kalesony. W ubiegłym roku młody aresztant - zatrzymany nie po raz pierwszy za kradzieże i rozboje - powiesił się na prześcieradle. Zostawił pożegnalny list, w którym napisał, iż nikt już nie będzie decydował o jego losie: ani prokurator, ani sędzia. Prokuratura Rejonowa w Wadowicach, która zawsze w takich sytuacjach bada sprawę niezwykle starannie, umorzyła postępowanie. Dziś pada jednak i takie pytanie: - Dlaczego nie używa się w celach papierowych prześcieradeł? Dyrektor Koźbiał skręca w dłoniach kartkę papieru. - Proszę próbować ją przerwać - mówi. - Niedawno, po samobójstwie w mokotowskiej celi, przeprowadzono eksperyment z jednorazowym prześcieradłem: nie zerwało się nawet pod dziewięćdziesięciokilogramowym mężczyzną!
   Samobójstwa w więzieniach były, są i będą. - Ale - co ciekawe - statystycznie dochodzi do nich rzadziej w Polsce niż w zakładach karnych na Zachodzie - mówi Koźbiał. Do wielu zaplanowanych samobójstw nie dochodzi dzięki temu, iż w celach przebywa po kilka osób. Jeden z więźniów z pociętymi nadgarstkami położył się wieczorem na łóżku piętrowym. Zaczęło kapać na głowę koledze. - Gdyby to on spał na dole, już by nie żył - wspominają funkcjonariusze. I zaraz dodają: - Czasem i współosadzeni nie zdążą z ratunkiem. W celi są przecież zabudowane sanitariaty. W trosce o intymność. Tam właśnie nie raz dochodziło do samobójstw.
Wbitka w oko
   Po słynnej ucieczce Niemczyka, wielu skazanych, w tym sprawców przestępstw ciężkiego kalibru, wywieziono z Wadowic do innych więzień. Ich miejsce zajęli głównie aresztanci. To wśród nich - jak podają statystyki - najczęściej dochodzi do samookaleczeń i samobójstw. Najczęściej tną się po rękach czym tylko popadnie. Niektórzy dla szpanu, inni po to, by się wyładować. - Przychodzą ludzie, którzy mają się dopiero przystosować do więziennych warunków. Dla nich to szok, szukają ujścia dla emocji - tłumaczą więzienni psycholodzy.
   Jeszcze kilka lat temu popularne były wbitki w oko. A wszystko przez decyzję jednego z sądów na północy kraju, który okaleczonemu w ten sposób więźniowi udzielił przerwy w odbywaniu kary. Sprawa rozniosła się błyskawicznie po więzieniach i kolejni desperaci wbijali sobie w rogówkę igły, spinacze, grafit z ołówków. W Wadowicach do rekordzistów należał Franek. Przez samoolaleczenia nie widział już na jedno oko, drugie - z wielkim trudem - uratowali mu okuliści z Bielska. Ordynator szpitala załamywał ręce. Lekarze walczyli o oczy, a Franek - zaraz po zabiegu - własnoręcznie je niszczył. Ale wbijał sobie też... gwoździe w czaszkę, nie wspominając o dziesiątkach nacięć na całym ciele. Gdy przed paroma laty rozmawiałam z nim w celi wadowickiego więzienia, tłumaczył, że robi to pod wpływem impulsu, narastającej w nim agresji, że nie może się powstrzymać. Po wszystkim odczuwa ulgę, spełnienie. - On już nie żyje. Zapił się na śmierć podczas przerwy w odbywaniu kary - komentuje wychowawca.
   Jak krótkowzroczni mogą być więźniowie i do jak absurdalnych i nie wytłumaczalnych zachowań posuwają się, byle tylko wyjść na wolność, przekonał się przed laty dyrektor Koźbiał. Wspomina: - W jednym z małopolskich więzień kupowali od zarażonego HIV-em krew. Myśleli, że jak sami będą nosicielami, zostaną wypuszczeni. Dziś pewnie żaden z nich nie żyje.
Życie po raz piąty
   W wadowickim więzieniu siedzi teraz mnóstwo młodych ludzi. Rocznik 80-82. Złodziejaszkowie i rozbójnicy, atakujący głównie staruszków. Wychowawcy ubolewają: - Analfabeci.
   Podstawowe wykształcenie, albo i nawet nie. Nie przeczytali w życiu żadnej książki, za to znają wiele filmów wideo i gier komputerowych. Serio opowiadają, że też mają "pięć żyć", bo tyle razy udaje się wskrzesić bohatera gry, z którym najprawdopodobniej się utożsamiają. - To przerażające - alarmuje dyrektor.
   Klawisze ze zdumieniem zauważają, że reaktywowana została - znana sprzed wojny - nieformalna funkcja pisarza więziennego. - To on, za papierosy, pisze wszystkie podania, które do nas trafiają. To nie żadne fachowe pisma, w których trzeba popisać się zasobem odpowiedniego słownictwa__i wiedzą, ale czasem jednozdaniowa prośba: "Proszę dyrektora o pasek do spodni".
   Kiedyś funkcjonowała w Wadowicach szkoła dla osadzonych, ale w ubiegłym roku została zlikwidowana. Pracy nie ma, może dziesięć procent z ponad trzystu więźniów zatrudnionych jest w gospodarstwie pomocniczym: przy posiłkach i w warsztacie. Coraz mniej czasu i sił chcą im poświęcać wolontariusze, za koncerty charytatywne (?) i tak się płaci, a środków na zajęcia kulturalno-oświatowe jest zbyt mało. Od dwudziestu chyba lat w więziennej bibliotece nie przybyła ani jedna książka, więc o wydawniczych nowościach można tylko pomarzyć, a stare woluminy wciąż się wycofuje.
   - Społeczeństwo musi zrozumieć, że inwestowanie w więzienia się opłaci - tłumaczy dyrektor. - Ci ludzie są bez perspektyw. Czasem nawet nie dziwimy się, że znów do nas wracają. Co ma zrobić niewykształcony chłopak po domu dziecka, którego wypuszczamy przed Wigilią na mróz z paroma złotymi w kieszeni?
   Gdy zdesperowani, pełni niewiary w przyszłość osadzeni nudzą się, najłatwiej o myśli samobójcze lub planowanie ucieczki. - Jeśli ktoś wpada na taki pomysł i próbuje go zrealizować za pomocą zakładników, bo dochodzi u nas i do takich prób, od razu zyskuje status niebezpiecznego - informują wadowickie służby więzienne. Od takiego zaszeregowania można się odwołać i wielu - w tym naprawdę groźnych bandziorów, podejrzewanych o udział w zorganizowanych grupach przestępczych - to robi. Zdarza się, że sądy przychylają się do ich wniosków...
Wolne miejsca
dla niebezpiecznych
   W zakładzie karnym w Wadowicach jest specjalny oddział dla niebezpiecznych więźniów. Dziewięć miejsc - na dziś nie wszystkie zajęte - przeznaczonych jest dla szczególnej kategorii osadzonych, wobec których stosuje się inne przepisy.
   Po nagłośnionych przez media zdarzeniach, jak ucieczka Niemczyka, czy samobójstwo na Mokotowie - dyrektor Koźbiał woli niczego nie ujawniać, zasłaniając się tajemnicą służbową. A już na pewno nie wyjawi, kto jest wśród owych niebezpiecznych. To nie te czasy, gdy wszyscy wiedzieli, że siedzi w Wadowicach m. in. słynny mafioso "Krakowiak", przewieziony później do jednego ze śląskich aresztów.
   Ale funkcjonariusze zakładu czasem przez przypadek dowiadują się, jakiej rangi aresztanta dostają. Tak właśnie było z Niemczykiem, który siedział w Wadowicach za drobne raczej przestępstwo, jedno z wielu popełnionych. - Dopiero z prasy dowiedzieliśmy się, o co jest podejrzewany i sprawdziliśmy, czy nie chodzi tu czasem o naszego Ryszarda N. W ten sposób na własne życzenie wystaraliśmy się o "niebezpiecznego", wobec którego natychmiast musieliśmy podjąć szczególne środki ostrożności - wspominają w Wadowicach. Jak się okazało, środki te były niewystarczające.
   - Gdyby kiedyś Niemczyk do nas wrócił, będzie traktowany jak inni więźniowie - zapewnia dyrektor. - Odsiadywał już u nas wyrok jeden z czterech skazanych za ucieczkę w 1979 roku, podczas której śmierć ponieśli nasi strażnicy (na dwóch współtowarzyszach uciekiniera wykonano karę śmierci). Do dziś pracuje kilku funkcjonariuszy z tamtych czasów, a mimo to żadnych represji, czy słownych szykan nie było.
AGATA PARUCH

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie