Ćwiartka, nuta, wiór

Redakcja
Udostępnij:
Gdy wybija godzina bez wyjścia i przez gardło musi przejść to, co nieuchronne, wtedy normalny człowiek nie wymachuje wielkimi słowami. Z reguły mówi cicho: ćwiartka, albo jeszcze ciszej: połówka. Tak właśnie szepce, bo raczej nie trąbi na pół sklepu: cały, pełny litr poproszę, kochana moja, litr, ale wyłącznie w tamtej, ładnej butelce z płaskorzeźbą twarzy Chopina!

   Chwalić Boga, jest tak, że liczba ćwiartek i połówek znacznie przewyższa liczbę litrów. Oraz tak, że język stroni od koturnów, od rozdymanego wora liczmanów, które na chama syntetyzują wszystkie sprawy tego i tamtego świata. Od tego, co nachalnie pełne, sztucznie zamknięte, pozornie skończone, język czmycha więc w to, co połowiczne, detaliczne i kruche. Nie chce być inaczej - słowo, będąc strzępem, lubi świat strzępów, bo tu się da oddychać. Połówka, strzęp, słowo, wiór, odpadek, nuta...
   No, właśnie. Znów słuchałem grającego na skrzypcach Nigella Kennedy'ego, i znów pomyślałem o właściwej kolejności rzeczy w sztuce. Tak, raczej nuta, bo raczej nie sonata. Raczej półnuta i ćwierćnuta, a nie symfonia, nie requiem. Najpierw drobiazg, a dopiero później jakiś finalny kolos.
   Tak, najpierw drobiazg. Realny, namacalny, na naszą miarę stworzony. Tołstoj mawiał: opisz swoją wioskę, a opiszesz świat. Raczej nie odwrotnie. Na początku zawsze jest strzęp. Na początku zawsze jest nuta. Owszem, to banał, ale banał u nas bez konsekwencji, ściślej mówiąc - z konsekwencjami fatalnymi. Tak się bowiem jakoś porobiło, że w filharmonii, słuchając symfonii, głównie słyszę cierpienie artystów, którzy się na kolosalną symfoniczność napinają, w związku z czym nie słyszę nut. W cieniu kolosa więdnie detal. Owszem, jest koturnowa podniebność, jest kolosalność formy muzycznej, ale jest i problem, bo ja akurat na ziemi siedzę, w zwyczajnym fotelu, zwyczajny pot mi cieknie pod pachami i wszystko, czego chcę, to tylko siebie usłyszeć w muzyce.
   W teatrze też zaczynają i kończą na dymie z komina. Jest jakaś potężna teza i potężna nieobecność syku realności. Na ten przykład - nie ma garba potwora, nie ma wściekłości tego zwierzęcia ludzkiego, które chciało świat zagryźć na śmierć, jest za to pokaz historiozoficznej zawartości tragedii Szekspira "Ryszard III". A kino, plastyka, literatura? Załatwiamy palące kwestie społeczne, ktoś inny więc kręci hipnotycznie kruchą "Amelię". Wstrząsamy sumieniami kiełkującego mieszczaństwa, w związku z czym to van Gogh, wieki temu, maluje swoje buty tak, że do dziś można poczuć ich smród. Silimy się na opis losów narodu na przełomie epok, dlatego też, chcąc normalnie z normalnym stryjkiem pogadać, musimy czytać Hrabala. Słowem, mamy do rozstrzygnięcia o wiele poważniejsze dylematy niż zwykłe słowo ćwiartka, wydukane szeptem i w lęku.
   Tak, wiem - już to mówiłem. Wiem, że się powtarzam, ale jak się nie powtarzać, skoro ten nasz fatalny błąd pomylenia kolejności rzeczy nie dość, że nie znika, to jeszcze wyraźnie nabiera krzepy? W sztuce tracimy grunt pod nogami, bo cud realności, kruchej, pełnej strzępów, detali i odpadków, już nie jest na wyciągnięcie naszej ręki. A Kennedy dotyka strun i jak zwykle słychać w tym dotyku szept, czuć lęk. I zwyczajna łza się kręcić zaczyna na rzęsie. Muzyka nabiera mięsistości, można się w niej dosłuchać kawałka siebie. Kolosalność formy przychodzi później i nie jest najważniejsza. Oto sztuka człowieka, który wie, że na początku jest nuta i że nuta jest w istocie wszystkim, co jest.
   Wie to, co trio "Kroke", z którym gra utwory z nowej, wspólnej płyty. Płyta wyjdzie w przyszłym roku, ale już dziś mam pewność, że będzie tak sensualna, jak ich granie na żywo. Kennedy, Tomasz Lato na kontrabasie, Jerzy Kukurba na skrzypcach i Jerzy Bawoł na akordeonie - dotykają pojedynczych nut, pieszczą je tak, że nuty rosną niczym czarodziejskie ciasto. Ciasto spływa na widownię. Jest normalnie, lekko, radośnie. Konstelacje strzępów najprzeróżniejszych zaczynają wirować w głowach naszych. Grają utwór "Time", a ja słyszę w nim tykanie mego zegarka. Grają kompozycję Kennedy'ego "Bridge", a ja wiem, że to jest most wyłącznie dla mnie. Grają "Ederlezy" i "Ajde Jano", a ja wreszcie nie mam wątpliwości, że w nutach tych kolebie się kruchy konkret, a nie tylko muzyczny papier boskiego Gorana Bregovicia.
   W końcu finał, w końcu Vittorio Monti i jego do nieprzytomności zakręcony "Czardasz". Można już wstać, można zdjąć buty, rozpiąć koszulę, można już zatańczyć z sobą. Wstaję więc, jak wszyscy, i pląsam wokół mej pojedynczej, prywatnej, intymnej osi. Czynię to, bo oni po to grają. Nie przyszli, by podnieść lub obalić jakąś kolejną tezę kolosalną. Przyszli i grają tylko po to, bym ja, by każdy z nas, słuchających, wreszcie mógł pobyć chwilę sam na sam z sobą. Wiedzą, że tego, co nieuchronne, naprawdę posmakować można tylko wtedy, gdy się podniebienia, ucha i skóry dotknie ćwiartką, nutą i kruchym wiórem.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie