Zło w sercu

Redakcja
Najbardziej bolesna dla ludzi tajemnica

CHANTAL DELSOL

CHANTAL DELSOL

Najbardziej bolesna dla ludzi tajemnica

   Opowieścią o grzechu pierworodnym chrześcijaństwo opisuje korzenie zła. Pokusę zła i zdolność jego czynienia przypisuje już pierwszemu człowiekowi. Europejski świat chrześcijański umieszcza zło u źródeł historii: dotyka ono wszystkich bez wyjątku istot ludzkich, ponieważ jest w pewnym sensie gwarantem wolności.
   W XVIII w. zło zaczyna być postrzegane w nowy sposób. Najbardziej znaczący wyraz zyskuje on u Jeana Jacquesa Rousseau. Pojawienie się zła umieszcza on w określonym momencie historii, dzieląc w ten sposób czas na dwie części: przed pojawieniem się zła i po. Od tej pory dająca się ustalić przyczyna zła wynika z działania niektórych ludzi: tego, kto wbił tyczkę i pierwszy powiedział "to jest moje!" (to jest tego, kto wymyślił własność prywatną), podczas gdy inni pozostają niewinni (na przykład sam Rousseau). Zło nie leży już u korzeni - zostało wymyślone przez pewne grupy i jeśli te grupy znikną, zniknie i ono.
   Rousseau jest w tym względzie ojcem współczesnych ideologii. W XIX i XX w. na skutek zanikania religii idea "grzechu pierworodnego" zostaje odrzucona. Przyjmuje się, że człowiek jest niewinny, jak u swych początków. Zło to zboczenie historii z właściwej drogi. Chodzi o to, by wyodrębnić grupy niewinne i grupy winne. Czasem więc z natury niewinni są Aryjczycy, a Żydzi z natury winni. Kiedy indziej z natury niewinny jest proletariat, a burżuazja z natury winna. Stąd legitymizacja jednych grup i eksterminacja innych, eksterminacja, której celem jest przywrócenie światu jego pierwotnej niewinności.
   Po upadku obu totalitaryzmów, z których manichejski był zarówno jeden, jak i drugi, refleksja nad złem zaczyna przechodzić interesującą ewolucję. Odrzucenie ideologii nie powoduje naturalnie powrotu do wyjaśniającego wszystko mitu o rajskim ogrodzie. Problem jednak pozostaje i następuje coś innego: manicheizm trwa nadal, teraz przede wszystkim jako sposób myślenia, mimo że ideologie, których był podwaliną, już zniknęły.
   Manicheizm nie jest jednak zdolny do życia i musi zostać zastąpiony nową filozofią, filozofią ludzkiej skończoności, zakorzenioną w chrześcijaństwie lub nie. Tu pojawia się Hannah Arendt i jej znacząca w tym względzie świadomość. Po bolesnych doświadczeniach porzuca ona manicheizm swojej epoki i przedstawia filozoficzne uzasadnienie tej decyzji. Spróbujmy odtworzyć drogę, jaką przeszła.
   W "Korzeniach totalitaryzmu" Arendt pisze, że wraz z nazizmem pojawiło się zło radykalne, którego wcześniej nie znaliśmy. Radykalne znaczy tu absolutne. Nie istnieje ani nie istniało nic podobnego: Czyściec reprezentują obozy pracy w Związku Radzieckim, w których zaniedbywanie jest połączone z bezładną pracą przymusową. Piekło, w najdosłowniejszym znaczeniu, ucieleśniały udoskonalone przez nazistów typy obozów, w których całe życie było dokładnie i systematycznie zorganizowane z myślą o jak najdotkliwszej udręce.
   Zwróćmy uwagę na wyrażenia: piekło w najdosłowniejszym znaczeniu oraz udoskonalone. Obozy nazistów wyglądają tutaj jak inna planeta, gdzie w przeciwieństwie do tego, z czym mieliśmy do czynienia w historii, więzień obozu koncentracyjnego jest absolutnie zbędny. Poczucie nierealności, które ogarnia nas, kiedy próbujemy pojąć rzeczywistość obozów, dobrze pokazuje, że ten system, charakteryzujący się absolutnym obłędem, daje nam wgląd w coś, czego, jak nam się wydawało, nigdy na tej ziemi nie spotkamy: w zło absolutne, zwane tu radykalnym, które, by tak rzec, wstąpiło z piekła na ziemię.
   Hannah Arendt z okresu "Korzeni totalitaryzmu" uważa więc, że między zbrodniami hitlerowskimi a niezliczonymi innymi zbrodniami, z jakich utkana jest historia, istnieje różnica co do natury. Pośrodku tego świata widzimy rzeczywiste oblicze diabła. Arendt skłonna jest traktować nazizm jako zło metafizyczne, różniące się jakościowo od innych barbarzyństw w historii, w czym bliska jest panującej powszechnie opinii.
   Po procesie Eichmanna (1961-1962) w myśleniu Arendt o problemie zła następuje zwrot. Obserwując oskarżonego i słuchając jego odpowiedzi, była przede wszystkim zaskoczona jego niepokojącą normalnością. Jednak co oznacza w tym wypadku normalność? Po pierwsze, psychiatrzy zapewnili, że Eichmann nie jest szaleńcem. Przede wszystkim jednak nie wykazywał on żadnych cech charakterystycznych dla sadysty: chęci zadawania cierpienia, ostentacyjnego cynizmu czy szyderczej pogardy dla ludzi.
   W rzeczywistości, jak pisze Arendt, wbrew wszystkim wysiłkom oskarżenia każdy mógł się przekonać, że ten człowiek nie jest potworem, jednak doprawdy trudno się było oprzeć wrażeniu, że jest błaznem. Eichmann nie czynił zła intencjonalnie, ponieważ nie znał kategorii dobra i zła. Jedyną liczącą się dla niego normą było posłuszeństwo i wierność nazistowskiemu państwu. Miał jednak jakąś zalążkową i ograniczoną świadomość moralną, ponieważ wzburzył go mord dokonany na niemieckich Żydach. Hannah Arendt uświadamia sobie, że współpracownicy nazizmu nie byli sadystami ani mordercami z natury, byli zwykłymi, prostymi ludźmi, którzy słuchali rozkazów i nie rozumieli, dlaczego zarzuca się im lojalność - uznawaną generalnie za cnotę.
   Normalność owa - konkluduje pisarka - była dużo bardziej przerażająca niż wszystkie potworności wzięte razem, ponieważ ten zwykły człowiek popełniał zbrodnie nawet o tym nie wiedząc.
   W ten sposób Arendt odkrywa straszną, niewypowiedzianą i niewyobrażalną banalność zła. "Banalność" nie oznacza, że należy uznać nazistów za niewinnych, przyjmując, iż wszyscy mogliby postąpić tak samo. Nie znaczy też, że chodzi tu o coś błahego, bo zbrodnia zawsze jest zbrodnią. Ale znaczy, że zło absolutne nie istnieje na tej ziemi (w przeciwnym razie znajdowałoby się właśnie w totalitaryzmie), ponieważ przy najlepszej woli nie sposób odkryć u Eichmanna żadnej diabelskiej czy demonicznej głębi, oraz że jego czyny były potworne, ale ich sprawca - a przynajmniej bardzo skuteczny sprawca, za jakiego go wtedy uważano - był całkiem zwyczajny, jak każdy, nie był ani demonem, ani potworem. _I odrzuciwszy zło absolutne w porządku Absolutu, który tutaj nie istnieje, Arendt ponownie umieszcza nazizm w historii, porównując go z innymi jej potwornościami.
   Nie chce utożsamiać całkowicie winnego ze zbrodnią. _Zmieniłam zdanie i nie mówię już o złu radykalnym... W chwili obecnej sądzę, że zło nigdy nie jest radykalne, ono jest po prostu skrajne - _pisze. Podtytuł "Eichmanna w Jerozolimie" będzie brzmieć: "Rzecz o banalności zła". Arendt zasłuży sobie tym na gwałtowne oskarżenia ze strony środowiska intelektualistów, przywoływane w jej korespondencji z Jaspersem: oskarżyciele _mówią, że Arendt gardzi ludzkością
i podejrzewają ją wręcz o chęć uniewinnienia zbrodni nazistowskich. Zbiorowy list opublikowany w "Le Nouvel Observateur" z 26 października 1966 r. nosi tytuł: "Czy Hannah Arendt jest nazistką?", skoro odrzuca manicheizm polegający na tym, że uniewinnia się ludzkość, a zbrodniarzom przypisuje się cechy szatańskie.
   Arendt próbuje więc pogodzić swoją epokę z pojęciem zła antropologicznego, wplecionego w sam korzeń bytu. Jest to trudne, ponieważ jej współcześni żyją jeszcze manicheizmem dwóch ideologii, według których granica między dobrem a złem przebiega między grupami ludzi, a nie wewnątrz każdego człowieka. Ciągle jeszcze panuje manichejski pogląd, że naziści są uosobieniem zła absolutnego, ponieważ jednocześnie uniewinnia się wszystkich innych. Opinia zachodnia w pewien sposób nadal pozostaje w takim stanie świadomości.
arendt może pomóc nam zrozumieć bolesną prawdę, którą Sołżenicyn sformułował następująco: Dopiero na zgniłej, więziennej słomie (...) stopniowo pojąłem, że linia oddzielająca dobro od zła przebiega nie między państwami, nie między klasami, nie między partiami - tylko przecina każde ludzkie serce, nie omijając żadnego. (...) Od tego czasu stała się jasna dla mnie zasadność wszystkich religii świata: walczą one z pierwiastkiem zła w człowieku (w każdym człowieku). Nie sposób oczyścić świata z wszelkiego zła, ale można w każdym człowieku zmniejszyć obszar jego władania. Od tego czasu stał się także dla mnie jasny fałsz wszystkich rewolucji w dziejach: niszczą one tylko współczesnych im nosicieli zła, (...) samo zaś zło, jeszcze bujniej rozrosłe, biorą sobie w spadku.
   Publikowany tekst jest wykładem wygłoszonym przez Chantal Delsol w ramach Uniwersytetu Latającego "Znaku" powołanego przez miesięcznik "Znak" i Fundację Kultury Chrześcijańskiej ZNAK.
   Patronat prasowy nad wykładami sprawuje "Dziennik Polski".

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie