Kamyki Naharina

Redakcja
Udostępnij:
Wyznania szczerego entuzjasty teatru

Paweł Głowacki

Paweł Głowacki

Wyznania szczerego entuzjasty teatru

Rzut kamykiem od słów, co je teraz stawiam lichą ręką, jest plaster ziemi, gdzie żaden kamyk nigdy nie bywa pominięty, bo nawet najlichszy okruch jest doskonały. Zawsze, tak tłumaczy sedno tej troski stary Żyd-kustosz, gdy przy wyjściu oddaję mu dyżurną jarmułkę. Mówi, jakby znał frazy Herberta: kamyk jest stworzeniem/doskonałym (...) - Kamyki nie dają się oswoić/do końca będą na nas patrzeć/okiem spokojnym bardzo jasnym.
 Nie wiem, czemu lubię tam być. Może dlatego, że na Cmentarzu Remu czas byczy się jakoś wyjątkowo dziwnie, jakby na wieki był podpięty do ciemnego wysokiego napięcia? Albo dlatego, że tylko tam, pomiędzy na sztorc wyrastającymi z ziemi całymi w wiecznych literach kamiennymi tablicami, oczy tych, co przywieźli jarmułki z domu, nagle stają się... spokojne i bardzo jasne? A może po prostu dlatego, iż na skraju ziemi niebanalnie zadbanych kamyków pysznie sobie żyje ściśle banalna grusza, która rok w rok wydaje owoce, że tylko palce lizać? Nie wiem. W dyżurnej jarmułce na głowie chodzę pomiędzy tymi, którzy jarmułki przywieźli z domu, patrzę w oczy spokojne i bardzo jasne, widzę, jak czyjeś palce nagle nikną w soczystych trawach, w błocie, w kopcach schnących liści albo w śniegu, by wyłuskać kamyk, i widzę, jak palce wolno i cicho przenoszą kamyk na owalną krawędź kamiennej tablicy. Kamień na kamień. One są zamiast kwiatów - _dzwonią mi w głowie słowa Żyda-kustosza. _W kwiatku na grobie jest nasza pamięć i w kamyku na grobie jest nasza pamięć, tyle że kamyk jest doskonalszy, bo trwalszy i mniej barokowy. Kamyk jest o całą swą doskonałą szarość dyskretniejszy. I nigdy nie więdnie. Bywa, że między kamyk a krawędź kamiennej tablicy palce wsuwają kartkę pełną liter wiecznego alfabetu. Kamień przyciska słowo do kamienia. I bywa, że jakieś pochopne palce postawią kamyk zbyt panicznie. Wtedy kamyk kolebie się chwilę, szukając spokoju stuka w kamienną tablicę. Nad przyciskanym słowem dźwięczy ciche puk-stuk, stuk-puk, puk-stuk...
 Już przy drzwiach na widownię coś jakby wątłe puk-stuk, stuk-puk, puk-stuk... Światła jeszcze nie zgasły, jeszcze szukamy swoich foteli, jeszcze głośno mówimy, ale kurtyny nie ma, a na pustej, ciemnej scenie coś już się kolebie, coś albo ktoś bardzo kruchy, utopiony w czarnym, wielkim garniturze po dziadku. Wiotki, czarny kamyk o oczach spokojnych i bardzo jasnych, choć czarnych. Tutaj nie ma sprzeczności, nie ma, bo jasność nie jest kolorem. Jasność jest skórą koloru. Puk-stuk, stuk-puk, puk-stuk... Siadamy, milkniemy, światła na widowni wciąż nie gasną, na scenę wsuwa się następny kamyk. Tak samo czarny, tak samo utopiony, wiotki i kruchy, o takich samych oczach. Później trzeci, piąty, enty, a każdy jak pierwszy, pierwszy jak każdy, zwielokrotnia się elastyczne kolebanie, prawie niesłyszalny rytm puku-stuku coraz śmielej szturcha leniwe powietrze... Ta krucha uwertura taneczna - jak ją inaczej złapać? W pajęczynę jakich słów? Na chwilę zostawiam kamyki, wrócę do nich.
 Oto na scenie kilkanaście motyli, które chcą już opuścić czarne garnitury kokonów. Można już lecieć! Można zachwycić świat pięknem barokowych esów floresów! Można olśnić szarość świata kolorami skrzydeł, przy których pawie ogony bledną! Wreszcie można pokazać, że się nic nie waży! Można, ale Ohad Naharin nie po to jest absolutnym fenomenem choreografii, by się staczać w tak banalne piekła czystego baletowego estetyzmu, w tę bańkę mydlaną, która nie jest w stanie udźwignąć niczego poza własnym pustym pięknem, a i to przez mgnienie zaledwie. Taneczne motyle Naharina nigdy nie polecą. Naharin na zawsze zaklął je w kamiennych kokonach, gdyż wie, że _kamyk jest stworzeniem doskonałym. _Dlatego zwykł swym tancerzom powtarzać aż do znudzenia: _tylko nie tańczcie. _I dlatego jedna z jego artystek kiedyś podziękowała Bogu za przyciąganie ziemskie. Kolebią się więc hipnotycznie, tak długo, aż ostatni wiotki kamyk stanie na proscenium i zacznie mówić do nas w wiecznym języku. Wtedy kurtyna przyciśnie go do ziemi, słowa zostaną w szczelinie. Będzie cicho, światła na widowni zgasną. Tak to się zaczyna. I z grubsza tak właśnie będzie w każdym z tych kilku aforyzmów tanecznych.
 Na początku albo na końcu każdego z nich zawsze będzie fenomenalnie dyskretny taniec-nie-taniec kogoś pojedynczego, a w środku zawsze będzie taniec-nie-taniec liczby mnogiej. Od tych pulsowań ludzkiej masy zawsze, niczym kropla od krawędzi wiadra, odrywa się jeden wiotki kamyk i zostaje sam ze swym kolebaniem. Aforyzm... Co jest treścią aforyzmu? Sam aforyzm. Jak mam przekazać treść tego szczególnego wieczoru? Zatańczyć? Które ze słów taneczne kamyki Naharina przycisnęły do ziemi bezlitośnie? Ciężkie buty?
 Tak, te słowa zostały przygwożdżone. Kamyki czasem tańczą-nie-tańczą w ciężkich butach. Co jeszcze? Zrzucanie ciężkich butów. Kostiumy w kolorze stali. Ciepło uczucia, które dwa kamyki pielęgnują jedynie wiotkimi arabeskami rąk. Uniformizacja i tęsknota do zwyczajnego bycia sobą dla siebie. Wspaniały pan w czarnym garniturze, pan, który całkiem jak Piękna Pani w Teatrze Śmierci Kantora, wciąż jest na scenie, niczym memento. Drżenie idealnych piersi kobiety, która zrzuciła stal podkoszulka. Demon na szczudłach, podkładający ruchy ust pod zawodzenia Ymy Sumac, czyli demon w sidłach parodii. Jakie jeszcze słowa? Jeszcze finalny nokturn Chopina. Czyli znów to samo - ogólny bezruch kamyków, a w środku lekka samotność tego, który wciąż jeszcze się kolebie dla samego siebie. Aż do ostatniej ciemności. Ostatnia ciemność...
 Po dnie rozkolebanych aforyzmów Naharina idzie czarny prąd nokturnu. Ale czy nokturn rzeczywiście musi być tylko czarny? Czy nie może mieć jasnej skóry? Oto pytania Naharina, nawiasem - pytania postawione na absolutnych szczytach teatralnego profesjonalizmu. Owszem, Żydzi to naród wybrany, wyjątkowy, to nacja skazana na pamięć pod wysokim napięciem. Dobrze, wszystko to prawda, ale jak dźwigać tę wyjątkowość, gdy normalnie chodzić się chce? Jak spokojnie wypić poranną kawę, gdy nad pamięcią człowieka krąży uparte widmo Bóg raczy wiedzieć ilu tysięcy wolt? Zwyczajnie. Należy nie przesadzać. Trzeba ową wyjątkowość i tę morderczą pamięć gryźć jak gdyby nigdy nic, powoli, samotnie, dyskretnie. Całkiem jak te wiotkie kolebiące się kamyki, co zamykały lub otwierały każdy z aforyzmów Naharina. Słowem - tam małpia, barokowa zbiorowość zawsze gotowa stoczyć się w niesmaczną ksenofobię, doszczętnie ujednolicona masa ludzka i ponury mruk przeróżnej maści izmów. A tutaj? Lekki świat pojedynczych dyskrecji.
 Tutaj stary, mądry Żyd-kustosz, przy którym żyć się chce. Niczym kamyk Herberta - niezłomnie _pilnuje swych granic. _Wie, że słowa wyjątkowe, wybrane, zostały w szczelinach między kamieniami, więc nic nie mówi, bo niby po co mówić słowa bylejakie. Ma też pamięć wielką i nieomylną - raz w roku zawiesza pilnowanie swych granic, wstaje, rusza na cmentarz i wraca z chałatem pełnym owoców, że tylko palce lizać. Nie może być inaczej, gdyż stary Żyd-kustosz wie, że kamyk nigdy nie więdnie, a gruszka zawsze w końcu spada. On wie wszystko.
VII Krakowska Wiosna Baletowa. Batsheva Ensamble - The Junior Company z Izraela. "Kyr, zachacha" i "Parte, Dance". Choreografia Ohad Naharin. Kostiumy Rakefet Levy. Światło Bambi. Dźwięk Frankie Lievaart. Występy na scenie Teatru Słowackiego.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie